Lewackie Renault

Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek widział bardziej zideologizowaną reklamę od tej oto reklamy Renault (polska wersja tutaj):

Copywriters Renault posłużyli się oczywiście lewacko-ekologistyczną ideologią, bo jak lepiej uzasadnić potrzebę posiadania samochodu na prąd? Kiedy reklamuje się taki produkt, korzyści wynikające z odwołania się do ekologistycznych bredni są oczywiste – być może jacyś bogaci ludzie kupią taki samochodzik, poprawiając sobie mniemanie o swojej osobie – przecież wykażą troskę o świat. Jednak, twórcy tej reklamy poszli o wiele wiele dalej, fundując odbiorcy jakąś dziwną, niespójną i niewiarygodną hybrydę lewackiej ideologii. Narrator pyta się nas:

A dziś? Czy nadal tak dobrze dopasowuje się [samochód] do naszego świata? Dlaczego niektórzy z nas jeżdżą własnym samochodem, podczas gdy inni nie mają żadnego środka transportu? Dlaczego korzystanie z życia dziś musi oznaczać niższą jakość życia jutro? Dlaczego przyjemność jednych ma być zawsze kosztem życia innych? [Wow!] I czemu nadal tylko nieliczni czerpią korzyści z postępu? W Renault uważamy, że czas to wszystko zmienić.

Po zahaczeniu o “globalne ocieplenie” (a jakże!) pada pointa:

Dla nas prawdziwy rozwój to taki, z którego korzystają wszyscy.

Aż trudno uwierzyć, że można było ułożyć taki głupkowaty, bredzący zlepek lewackiej paplaniny! “Dlaczego niektórzy z nas jeżdżą dziś własnym samochodem, podczas gdy inni nie mają żadnego środka transportu?” Ano może to być z wielu różnych powodów i tak samo było w przeszłości, bo przecież 50 lat temu także nie każdy miał samochód! Mało tego, właścicielami samochodów było o wiele wiele mniej osób niż dziś! Jednak nie to jest tu najgorsze, bo takie pytanie jest wołaniem wprost o redystrybucję: “Zabrać bogatym, rozdać biednym!”, “Dlaczego Ty masz samochód, a ja nie?! Oddawaj!” To jest socjalizm w czystej postaci! “Dlaczego korzystanie z życia dziś musi oznaczać niższą jakość życia jutro?” Bo tak zawsze było, jest i być musi. Weźmy następujące przykłady.  Jeśli mogę sobie pozwolić na wydanie 15 złotych na rozrywkę tygodniowo,to jeśli  zdecyduję, że danego dnia chcę za nie kupić bilet do kina i iść na film, to dnia następnego już takiego biletu nie kupię, bo nie będę miał już tych 15 złotych. Jeśli w tym tygodniu wydam wszystko, co mam, to w przyszłym nie będę miał nic. To jest oczywiste. Jednak na tym polu zaszła u tego ekologistyczno-lewackiego towarzystwa zmiana. Zaczęli się interesować przyszłością. A nie interesowali się? – ktoś spyta. Przecież ekonomiczny guru zwolenników “trzeciej drogi” (mieszania wolnego rynku z etatyzmem), John Keynes nie martwił się przyszłością, skoro mawiał, że “na dłuższą metę wszyscy jesteśmy martwi”. Co to za zmiana? To bzdura wpojona naiwnym hipisom i miłośnikom przyrody, bo to o przyrodę im chodzi. Trzeba ją ratować! – krzyczą – Bo naszym dzieciom i wnukom grozi klęska ekologiczna. Jakoś nauka tej klęski nie potwierdza – to po pierwsze. Poza tym, jakoś nie przejmują się w kontekście losów swoich dzieci zadłużeniem na potęgę finansów publicznych i groźbą załamania gospodarczego na skutek prowadzenia socjalnej oraz głupiej polityki gospodarczej i finansowej. A przecież zapłacić za to przyjdzie przyszłym pokoleniom!  Zatem, skoro w imię dobra dla przyszłych pokoleń lekceważy się grożącą załamaniem politykę finansową i gospodarczą na rzecz dbania o przyrodę,  to o co chodzi naprawdę? Bo przecież logicznie myślący człowiek zająłby się w służbie potomnym przynajmniej w równym stopniu ratowaniem systemu finansów. Odpowiedź jest łatwa. Chodzi o wyłudzenie od ludzi pieniędzy pod płaszczykiem wspaniałomyślności. Przecież, żeby takie Renault się sprzedało, musi za tym stać jakaś mocna podstawa ideowa. No bo inaczej to po cholerę bulić za samochód na prąd?! Za tego typu hasłami stoją ludzie, którzy chcą wyłudzić od nas nasze pieniądze. Pointa reklamy brzmi jak z jakiegoś lewackiego manifestu idei “zrównoważonego rozwoju”. “Dla nas prawdziwy rozwój to taki, z którego korzystają wszyscy”. A dla mnie i dla uczciwego człowieka nie! Bo korzyści powinien odnosić tylko ten, kto w jakiś sposób się do nich przyczynił, albo uczciwie na nie zasługuje (np. w przypadku spadku) a nie wszyscy. Ani mi się śni, żebym miał uznać swoją winę za to, że w Afryce nie jeżdżą samochodami. Co ja jestem temu winien i na jakiej podstawie ktoś uważa, że powinienem coś z tym zrobić?

Zrozummy, że źródłem bogactwa jest ciężka praca i oszczędzanie, okraszone pewną inteligencją, a nie redystrybucja, czyli zabieranie jednym i dawanie drugim.

Renault, shame on you!

Panem et circensem, czyli komisje śledcze jako bonusowe igrzyska

Nie będę się szeroko rozpisywał, bo sprawa nie jest tego godna. Uważam, że te całe igrzyska w postaci komisji powinny zostać natychmiast zakończone. Poseł to nie detektyw, nie policjant, nie prokurator. Należy uchylić immunitety podejrzanym i przekazać ich sprawy prokuraturze. Komisja śledcza służy wyłącznie zakamuflowaniu prawdziwego oblicza establishmentu politycznego. Oni chcą, żebyśmy myśleli, że oni bardzo walczą między sobą i się kontrolują, pilnują wszyscy nawzajem, podczas gdy to wszystko jest tylko pozorne. Na antenie się kłócą, potem są kolegami.  Zwodzą tylko społeczeństwo, próbują je odciągnąć od tego, co istotne. A ludzie się podniecają i dają nabierać. Czy ustalenia tych komisji mają dla nas jakieś znaczenie? Czy w ogóle mają one jakieś znaczenie? Zadaniem posłów jest ustawodawstwo, a nie jakieś zabawy w prokuratorów. Podejrzanym uchylić immunitet i oddać w ręce prokuratury. A Sejm niech się zajmuje sejmowaniem, a nie bawi się w karykaturalny sąd bez uprawnień!

PS. Dla niektórych osób tekst ten może wydać się truizmem. Jest nim w rzeczywistości. Jednak w obliczu tego, że mass media poświęcajną tak dużo czasu komisji hazardowej, uznałem, że  głos prawdy się przyda.

Jak się oczy mydli

Po przeczytaniu krótkiego artykułu na wp.pl zastanawiam się, kto jest naiwniakiem: ludzie stojący za parlamentarzystą Maurycym Gasparrim, czy społeczeństwo włoskie? Bo popatrzcie Państwo. Wspomniany Gasparri, polityk kolaicji rządzącej, domaga się wszczęcia dochodzenia w sprawie zakupu szczepionek przeciwko nowej grypie, gdyż szczepionki te nie zostały wykorzystane i pieniądze podatników zostały wydane bez żadnej korzyści dla nich. Ale ku mojemu zdziwieniu oskarżenie kieruje polityk w stronę firm farmaceutycznych! Wg niego firmy te spekulowały i wpływały na informacje na temat świńskiej grypy, i dzięki temu się nieuczciwie obłowiły. Gasparri zastanawia się też, czy można jakoś odyzskać te nieuczciwie zarobione pieniądze. Zatem, albo społeczeństwo włoskie jest tak głupie, że łyknie te banialuki, albo z rozumem skrajnie rozminęli się ludzie stojący za włoskim politykiem. Bo głównym odpowiedzialnym za marnotrawstwo pieniędzy publicznych na szczepionki jest oczywiście rząd! Nie uda się zmienić tego faktu, skarżąc się na firmy farmaceutyczne i nikt przy zdrowym oglądzie rzeczywistości nie uwierzy w te brednie. Przecież rząd dysponuje swoimi ekspertrami, ma ministerstwo zdrowia, zarządza opieką zdrowotną, ma poza tym służby specjalne, wywiadowcze, technologię. I co? I się nie zna?! A winę zwala na spekulacje firm farmaceutycznych?! Wolne żarty! Ale gdyby nawet uwierzyć władzy, to skoro rząd się nie zna na zapewnianiu zdrowia swoim obywatelom, to niech się w końcu zrzeknie tego zadania i niech przestanie wreszcie pobierać podatki na opiekę zdrowotną, dzięki któremu to “dobrodziejstwu” na zdrowie trzeba płacić podwójnie – państwu w podatkach i lekarzom przyjmującym prywatnie. Mhmm, może w przyszłym życiu.

O grypie, Polsce i biznesie szczepionek

Solidnie przygotowani przez ideologiczną machinę, obserwowaliśmy z zaniepokojeniem czarną wizję epidemii świńskiej grypy. Obawiając się zwykłych przeziębień, przedsiębraliśmy poważniejsze środki zaradcze, baliśmy się, żeby nie zarazić bliskich i czekaliśmy na wyzdrowienie z nadzieją, że to nie TA grypa. Teraz okazało się, że ta rzekomo straszna epidemia, wbrew prognozom epidemiologów, znacznie się kurczy. Właściwie to kurczy się ona głównie wbrew oczekiwaniom firm farmaceutycznych. Nie dość, że nie udało się im wcisnąć Polsce swoich szczepionek, to śmiercionośna pangrypa okazuje się być po prostu grypą.

Najbardziej zastanawiające jest dla mnie, dlaczego Polska się nie dała nabrać, tak jak cokolwiek demokratyczne (czyt. Mądre, Zapobiegliwe, Dbające o Swoich Obywateli, Czułe) rządy Niemiec, Włoch, Wielkiej Brytanii. Rząd niemiecki kupił 50 mln szczepionek, z czego zużył 5 %. Włochy wykorzystały 0,6 % zakupionych szczepionek, a Wielka Brytania 3%.  Mając na uwadze, że rządy tych państw nie płaciły ze swoich, Niemcy, Włosi i Brytyjczycy muszą być im bardzo wdzięczni za tą Mądrość. Niemcy chętnie by sprzedały 2 mln szczepionek Polsce. Ale co to jest 2 mln, jeżeli  zostanie im jeszcze 45,5  mln sztuk tej zbawczej substancji?

Wypada tylko się cieszyć, że przynajmniej póki co, rząd Tuska nie okazał się być tak Mądry jak rządy kolegów z Zachodu. Ale właściwie to dlaczego się nie okazał? Przecież, się nie oszukujmy, nie ma żadnej znaczącej różnicy między politykami polskimi a niemieckimi, włoskimi, brytyjskimi. Wszyscy dobierają się na pare lat do koryta, czerpiąc z niego, jak się da, bo w żadnym z tych państw rząd nie ma gwarancji, że ostanie się na następną kadencję. A to nie sprzyja przecież planom bardziej umiarkowanego wyjadania z koryta. Zatem, chciałoby się,  jak Tomasz Lis, spytać – Co z tą Polską?  Odpowiedzi mogą być dwie. Albo polski rząd jest uczciwy, zależy mu na odpowiednim gospodarowaniu finansami publicznymi i nawet za cenę ewentualnego spadku poparcia, spowodowanego wołaniem opozycji i ideologów o pomstę do nieba, uczciwości dotrzyma. Albo jest inaczej – rząd ten nie jest wcale uczciwy, a nie zakupienie szczepionek wynika z tego, że firmy farmaceutyczne nieprawidłowo określiły wysokość jego apetytu, mierzoną oczywiście w dobrej walucie i zaoferowały jej za mało. Może myślały, że Polsa to tak jeszcze nie do końca jest w Europie i zadowoli się odpowiednio mniejszą sumą, niż reszta. Możliwości są dwie, ale tylko jedna z nich jest prawdziwa. Jak Państwo myślą, która?

Absurd więzienia

Po przeczytaniu tytułu wpisu niektórzy mogli pomyśleć: wariat! libertyn! głupek! No to proszę najpierw przeczytać, co mam na ten temat do powiedzenia.

Jak wiadomo, jak ktoś zrobi coś, co państwo uzna za niepożądane i sprzeczne z jego legislacją (nie mylić z prawem), to państwo go umieszcza w, jak to mówią, zakładzie karnym. Generalnie, ludzie się wtedy cieszą, że “zbira zamknęli”. Ideologia państwowa tak przesiąknęła do umysłów ludzkich, że nawet poszkodowani przez ów zbira cieszą się. Dlaczego? Bo mówią, że zatryumfowała sprawiedliwość. Ideologia państwowa wypaczyła oczywiście również i to pojęcie, no bo gdzie tu sprawiedliwość? Dajmy na to, że ten “zbir” porwał czyjąś córkę i znęcał się nad nią fizycznie i psychicznie. Co to da rodzicom, że go zamkną? Jedynie zemstę, w żadnym razie sprawiedliwość. Żądza zemsty przesłania im nawet to, że wyrok sądu ich upokarza. Tak, upokarza, bo to między innymi oni będą płacić (podatki) za utrzymanie “zbira” w więzieniu. Zatem różnica między stanem sprzed wyroku, a stanem po wyroku jest taka, że stan na “przed wyrokiem” jest taki, że “zbir” dopuścił się agresji przeciwko córce tych ludzi, a stan “po wyroku” – “zbir” dopuścił się agresji przeciwko córce tych ludzi plus to, że od tego czasu będą łożyć na utrzymanie “zbira” w więzieniu. To się nazywa, że zwyciężyła sprawiedliwość. Jednak w takim wypadku zwycięża zemsta, bo powszechnie wiadomo, że “zbir” wolałby nie trafiać do więzienia, ale trafia. Dlatego realizuje się nie sprawiedliwość, a zemsta, czyli: “Ty nam zrobiłeś, co nam niemiłe, a teraz my ci tak zrobimy”. Fakt, że to  z ich pieniędzy jest niezauważony w ferworze zemsty.

A jak być powinno? Przede wszystkim należy powiedzieć, że sprawiedliwość, to nie zemsta. Sprawiedliwość w naszym przypadku to zadośćuczynienie. Jeśli przestępca dopuścił się agresji, powinno się go postawić przed sąd, ale nie ładować do więzienia, tylko zmusić do zadośćuczynienia. To on powinien płacić ofierze, a nie na odwrót. Wyrok powinien więc przewidywać zadośćuczynienie, a nie zemstę. Tylko poprzez działanie tego rodzaju można w ogóle próbować mówić o naprawieniu win i zadośćuczynieniu. W takiej sytucaji więzienie to jakaś koszmarna pomyłka.

Kościół i polityka

Moja parafia zaangażowała się ostatnio w politykę. Najpierw było to włączenie się w akcję Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej o Zmianie Ustawy z dnia 6 czerwca 1997 r. – Kodeks karny (Dz. U. Nr 88, poz. 553, z późn. zm.), znanego też pod poręczniejszą nazwą „Contrainvitro”, a teraz w kościele można było złożyć podpis pod obywatelską inicjatywą ustawodawcza, której celem jest ustanowienie święta Trzech Króli dniem wolnym od pracy. Kazań „politycznych” nie było. Liturgia swoją drogą, a polityka swoją.

Kościół „wtrącać” i „mieszać” się w politykę powinien. Wszystko jest polityczne, szczególnie w dzisiejszym świecie, zdominowanym przez omnipotentne państwo. Nie słyszałem głosów sprzeciwu wobec różnorakich, istniejących lobby. Dlaczego więc Kościołowi odmawia się prawa wywierania nacisków na państwo, po to, aby to państwo, regulujące zbyt wiele spraw, działało w jak największej zgodzie z jego nauką? Zupełnie mylne jest przekonanie, że Kościół powinien trzymać się od polityki z daleka. Więcej nawet, to jest niedorzeczne. Tak samo, jak niedorzeczna jest postawa klerka. Od polityki uciec się nie da. Wszystko jest polityczne. To, co prywatne, jest polityczne – jak mówią feministki i mają rację. Odbierając Kościołowi prawa głosu w kwestiach politycznych, ogranicza się go do sfery „nie z tego świata”. A Kościół jest z tego świata. Jest tu i teraz. Kościół to katolicy, którzy podobno w Polsce stanowią ponad 90 % społeczeństwa. Kościołowi nie może być obojętne, jakie jest prawo stanowione. I nie jest mu to obojętne, stąd katolicka nauka społeczna. W dodatku duchowni z reguły stosują się do cokolwiek kościelnej zasady niepopierania konkretnego ugrupowania politycznego i tak też powinno być.

Oczywiście z chęcią podpisałem się rękami i nogami pod inicjatywą przywrócenia Trzech Króli w poczet dni wolnych od pracy. Dlaczego w trzecie co do wagi święto kościelne mam kombinować jak się da, żeby zdołać znaleźć się na Mszy świętej? Zajęć nie kończę, jak się zwykle kończy pracę, czyli o 15, więc tym bardziej mi się to wszystko nie widzi. Argumenty, że Polskę nie stać na „kolejny dzień wolny od pracy” zachowajmy jako pamiątkę głupoty. Jeśli rzeczywiście Polska nie dałaby rady przetrwać, gdyby 6 stycznia z fabrycznych kominów nie poleciał dym, w szkołach nie zadzwonił dzwonek, a do przychodni nie przyszedłby spóźniony o godzinę, zaspany pan doktor, jest inne, jakże banalne rozwiązanie. Po prostu, kosztem jakiegoś wolnego dnia, ustanowić dniem wolnym 6 stycznia, bo ten dzień wolny od pracy być powinien.

A „in vitro”? Kościół jest, jak wiadomo, przeciwny hodowli człowieka, który czeka przed narodzinami w laboratoriach-poczekalniach, jedynych swoistych żłobkach, w których na darmo nasłuchiwać płaczu. Kościół jest contra „in vitro”. Nie może zgodzić się na hodowlę ludzi, tak jak w „Matrixie”. Demokratyczny styl myślenia, nakierowany na „dziś!”, „teraz!”, „natychmiast!” nie zauważa możliwych konsekwencji. Pokusy ulepszania człowieka przez naukowców mogą doprowadzić do wykształcenia się, jakby to nazwać, osobnej rasy, „superczłowieka”. W pewnym momencie decyzja na normalne zapłodnienie i urodzenie dziecka będzie być może oznaczać „skazanie” go na mniejszą odporność na choroby, mniejszą sprawność fizyczną, krótsze życie, mniej korzystny wygląd,… Miał być homo sovieticus, teraz ma być homo invitrus. Człowiek tymczasem ma być homo, hominis.

Polska XXI – Nowy gracz, nowe państwo

Pół roku temu swoje pięć minut w mediach miał, powstały pod egidą Centrum Konserwatywnego, portal „Polska XXI”. Jego twórcy: Kazimierz Michał Ujazdowski (redaktor naczelny), Jan Rokita, Rafał Dutkiewicz i Rafał Matyja utrzymywali, że celem ich jest stworzenie internetowego centrum konserwatywnej myśli politycznej, swego rodzaju forum wymiany myśli w debacie publicznej. Wydawało się tylko kwestią czasu, kiedy inicjatywa zacznie się rozszerzać. Jednak dość szybko portal dotknięty został przez, raczej nieoczekiwany, impas. Jak się okazało, była to cisza przed burzą.

27 września br. powołany został Ruch Obywatelski Polska XXI, utworzony przez twórców portalu (oprócz Rokity) oraz stowarzyszenia regionalne: „Dolny Śląsk XXI”, „Koszalińsko-Kołobrzeskie XXI”, „Lubelskie XXI”, „Małopolska XXI”, „Mazowsze XXI”, , „Pomorze XXI”, „Śląsk XXI”, „Ziemia Łódzka XXI” oraz stowarzyszenie „Młodzi XXI”. Prezesem Rady Ruchu został prezydent Wrocławia, Rafał Dutkiewicz. Ideologię RO Polska XXI wyrażać ma deklaracja „Nowe państwo Polaków”. Zapowiada on udział w najbliższych wyborach samorządowych, nie wyklucza też wysunięcia swojego kandydata na stanowisko Prezydenta RP. Mówi się, że o urząd ten ubiegać się będzie być może Dutkiewicz. Jednak póki co, założyciele Polski XXI robią wiele, by nie była ona kojarzona z partią polityczną.

Deklaracja Ruchu nawiązuje do idei konserwatywnych. Podkreśla się w niej dorobek cywilizacji łacińskiej i rolę chrześcijaństwa. Dokument postuluje silną władzę polityczną o ograniczonym polu działania. Podnosi się w nim również kwestię nowej konstytucji, opowiadając się za systemem prezydenckim. Zmian systemu politycznego członkowie Ruchu chcą też w parlamencie – postulują elitarny charakter Senatu, postulują wprowadzenie większościowego systemu wyborczego. Mocno akcentuje się w Deklaracji ideę decentralizacji i zasadę pomocniczości, a przede wszystkim potrzebę budowy solidarnego społeczeństwa obywatelskiego. Dokument ten mówi też o „nowoczesnym patriotyzmie”, który obok zwracania uwagi na symbole, realizowany ma być też w praktyce. Głównym celem „Polski XXI” ma być modernizacja kraju i skierowanie go na drogę mocnego rozwoju.

Co by nie mówić, deklaracja ta jest dość dużego kalibru. Nie jest ona programem – ten ma być zbudowany w efekcie szerokiej debaty – a jednak sporo miejsca poświęcono w niej kwestiom dość szczegółowym. Zabrakło natomiast odniesień do wielu palących kwestii, jak choćby reforma służby zdrowia. W zamian za to mamy sporo o zmianie systemu politycznego. Czy ma to sens? Na tym etapie raczej nie. Żeby tak śmiało mówić (co innego myśleć) o systemie prezydenckim, trzeba mieć swoich ludzi przy przyciskach do głosowania. Czy PiS nie szło do wyborów w 2005 roku z identycznym hasłem? Szumne projekty zmiany konstytucji spaliły na panewce, bo zabrakło właśnie głosów. A przecież PiS wygrało wybory, czego środowisku „Polski XXI”, mimo że źle mu nie życzę, nie przepowiadam. Po schowaniu między bajki snu o zmianie konstytucji, nadal zostaje w tym ruchu duży potencjał. Czy na scenie politycznej jest dla nich miejsce? Polacy są skłonni głosować na centroprawicę, a gdzie dwóch się bije… Problemem może być to, że podobne idee już były głoszone i nic z tego nie wynikło. Nie mam tu nawet na myśli, przypominającej XIX-wieczną pracę organiczną i pracę u podstaw, idei niby to „nowoczesnego patriotyzmu”. Chodzi o idee, które pamiętamy z poprzednich kampanii wyborczych i, w przeciwieństwie do naszych reprezentantów w Sejmie, nie zapomnieliśmy o nich w dniu wyborów. Problemem jest więc zdobycie zaufania wyborców, notorycznie oszukiwanych przez coraz to nowych „cudotwórców”, opierających swe rządy na fetyszach. Na kogoś jednak wyborcy zagłosują, a jeśli nie sprawdzili się jedni, nie sprawdzają się drudzy, to jest szansa dla trzecich. Szansa, która może jednak zostać niewykorzystana, jeśli RO Polska XXI otworzy swe szeregi dla tych polityków, którzy szwendają się po scenie politycznej od lat, przybierając podczas swej „kariery” różne barwy, jak KLD, UW, PC, AWS, PiS, PO itd., a którym to reprezentantom wyborcy już serdecznie dziękują. Znacznie lepsza może się okazać próba stworzenia „świeżego” produktu politycznego.

Aby Polska XXI odniosła sukces wyborczy – w jakichkolwiek wyborach – musi też stanąć w szranki do walki marketingowej oraz wyjść do ludzi. Internet to potężne medium, lecz, po pierwsze – nie każdy, kto z niego korzysta, spędza czas akurat na kształtowaniu swoich poglądów politycznych; po drugie – ludzie odwiedzający strony internetowe, będące organami jakichś środowisk politycznych (a taką stroną jest portal „Polska XXI”) najczęściej należą do już przekonanych. Jeżeli Ruch potraktuje sprawę poważnie i pozyska środki na kampanie wyborcze, ma szansę odnieść sukces.

Nowa “propaganda”

Dotychczas, jak słyszałem o wojnach, to nie było mi obce, że dla celów propagandowych jedna ze stron ogłaszała, że zajęła jakieś terytorium wroga itp. Celem tych zabiegów było np. wzmocnienie, albo utrzymanie morale żołnierzy i reszty społeczeństwa, ale także obniżenie morale wroga. Gruzja i Rosja wprowadziły do polityki wojennej praktykę odwrotną. Saakaszwili rozpowszechniał informacje, że Rosjanie zajęli miasto Gori i że kontrolują “większą część” Gruzji. Rosjanie natomiast twierdzili, że wcale miasta Gori nie zajęli. Jak się ponoć okazało, prawdę mówili Rosjanie. Nową politykę wojskową Gruzinów i Rosjan oceniam jednak inaczej w odniesieniu do każdego z tych państw. Dla Rosji był w tym sens. Jej terytorium nie zostało najechane, co w połączeniu z powszechnym w świecie, więc zapewne i w Rosji, przekonaniem o miażdżącej przewadze rosyjskich sił zbrojnych, każe myśleć, że zabiegi Rosji nie były żadnym masochizmem. Miała ona cel, by za bardzo nie narażać się środowisku USA i UE, dlatego zaprzeczanie głosom o zdobyciu tamtego miasta miało dla Rosjan sens. Co innego w przypadku Gruzji. Kraj został najechany, a prezydent mówi publicznie swoim rodakom, wbrew prawdzie, że Gori i “większa część” kraju została zajechana. W tym wypadku, kiedy należałoby podnieść morale wojska i społeczeństwa, albo chociaż go nie osłabiać, Saakaszwili okłamuje swój naród, jakby był jego zdrajcą. Może kłamiąc w tej sprawie, chciał doprowadzić do interwencji państw europejskich i amerykańskich. Wydaje się jednak, że nikt nie potrzebuje wodza wmawiającego własnemu narodowi, że został podbity.

Bezczelna Gruzja

Jak wiadomo, jest wojna rosyjsko-gruzińska. Chciałem zwrócić uwagę na pewien szczegół, o którym się nie mówi, być może z powodu chęci nieodbiegania nawet na krok od krytyki Rosjan. Mam na myśli to, że podejmując zbrojną akcję 7. sierpnia, Gruzini pogwałcili cywilizację europejską. Dlaczego? Przecież to oczywiste. Zbesztali, kultywowana przez Hellenów tradycję, wedle której podczas igrzysk nie prowadzono wojen. W wigilię rozpoczęcia igrzysk w Chinach, tradycja ta została podeptana. Dlatego nie jestem wrażliwy na klęski Gruzinów. Są pewne zasady…

Co w życiu gorsze

Niektórzy mogą sądzić, że w życiu jest zbyt wiele niewiadomych; że na zbyt wiele pytań nie zna się odpowiedzi; że przytłacza makrokosmos; że ograniczoność człowieka czyni zeń uczestnika komedii, której scenariusz nie jest mu znany. Możliwe, że mają rację. Jednak, czy nie ma czegoś gorszego na świecie niż te niewiadome? Myślę, że jest. Myślę, że gorsze są te wiadome; to, z czego zdajemy sobie dokładnie sprawę; to, czego przyczynę dokładnie znamy; to, co rozumiemy, a na co wpływu nie mieliśmy, albo mieliśmy; to, co aż nadto oczywiste, widoczne, że aż razi blaskiem, którego chciałoby się uniknąć, mrużąc oczy.

Cenzura Eronetu

Kiedyś w Internecie było OK, dziś nie za bardzo. Kiedyś Internet był bardziej wartościowy, to na pewno. Nie było tyle bzdur, to pewne. Ale już mi nawet nie chodzi o te bzdury typu “Ile zarabia ktoś tam” (nie napisze nazwiska, bo by jeszcze poprzez Google trafili tu ci, co nie chcą tu trafić). Chodzi mi głównie o erotykę. Kiedyś, jak ktoś chciał znaleźć w sieci erotykę czy pornografię, nie było problemu. Jaka jest więc różnica w porównaniu z dzisiaj, kiedy znalezienie stron porno nadal nie jest trudne? Główna różnica jest taka, że dzisiaj na erotykę trafia się w Internecie na każdym kroku, nawet szukając informacji o pogodzie. To jest zasadnicza różnica. Dziś najpopularniejsze portale internetowe emanują erotyką i seksem. Uważam, że właśnie jesteśmy świadkami zdominowania ogólnych najbardziej popularnych portali przez tematy erotyki i seksu. Temat: Gwiazda (znowu nie pisze, kto, j.w.) ma supermegawystrzałowo duże genitalia – kiedyś nie do spotkania na ogólnym portalu, dziś Interia pisze, rano o genitaliach piosenkarza, wieczorem o przyrodzeniu piłkarza. To tylko taki przykład, bo tematyka jest oczywiście nieco szersza. Na tych portalach pisze się również “poradniki” dla par. Wszystko ma sprawiać wrażenie, że ten, kto by nie przeczytał, straciłby niepowtarzalną możliwość zgłębienia tajemnej wiedzy. A więc nie wypada nie skorzystać. Czy cenzura w Internecie jest wskazana? Myślę, że tak. Cenzura obyczajowa, niekrępująca wolności słowa, a krępująca zniewalanie wolności ludzkiej. Wolnościowiec powie: “To zamach na wolność”. Ja, też z resztą wolnościowiec, powiem: “To obrona wolności myśli przed praniem mózgu”.

Aborcja, zmiana dyskursu; Jurek nie-radykał, a lewica-obłudnica!

Jak napisałem już w kiedyś, nie widzę żadnych powodów, by nazywać Marka Jurka radykałem. Ostatnio, przy okazji wyborów uzupełniających do Senatu, w których kandyduje Jurek, zaczęło się znów trochę o nim mówić i zapraszać go do mediów. W programie, który oglądałem, bardzo pochlebnie o Jurku wypowiedział się Stefan Niesiołowski. Etykietę radykała przypiął Jurkowi Ryszard Kalisz. No i znowu powtarza się moje pytanie ze wspomnianego wyżej tekstu: Dlaczego, do diabła, Jurek to radykał?! Kłamstwo powtarzane sto razy… Chyba na tym jedzie ta bezobyczajowa liberalna obyczajówka. Powtarzam to, co już napisałem – skoro w Polsce, kraju katolickim, uważa się człowieka, który jest za ochroną życia i ma w tej kwestii zdanie nieodbiegające od nauki Kościoła, za radykała… To jest coś nie tak! Dlatego, myślę, że to jest raczej wmawianie społeczeństwu przez te środowiska bezobyczajowej liberalnej obyczajówki, że Jurek to radykał. A z niego taki radykał, jak ze mnie ornitolog. Czyli nie jest z niego radykał.

Absurdem jest postawa lewicy w kwestii aborcji. Lewica – altruiści, bezinteresowny kolektyw, w którym też, a właściwie głównie, zwierzęta, planety wszystkie, woda pitna i niepitna, góry, lasy, rozpudy etc. Ale aborcja… Kto by tam się z lewicy interesował życiem człowieka?! Ważniejsze jest tzw. “prawo człowieka do decydowania o aborcji”. Tu jest właśnie ta obłuda lewicy – niby najpiękniejszej ideowo doktryny, która z krwią na rękach niesie świetlaną przyszłość Wszechświata.

Ostatnio miałem okazję wysłuchać ciekawego referatu na temat prawa naturalnego według Johna Finnisa. Filozof ten obok wielu bardzo ciekawych twierdzeń, wypowiada się też na temat aborcji. Proponuje on coś bardzo sensownego, czyli zmianę dyskursu dotyczącego aborcji. Zauważa, że w dyskursie tym, tkwiącym w nurcie liberalnym, dyskutuje się o aborcji tylko na pewnym poziomie – prawa do aborcji, albo braku prawa do aborcji. Finnis proponuje zmianę tego dyskursu na dyskurs nad substancją, co oznacza przeniesienie ciężaru dyskusji na kwestię, czy aborcja jest zła, czy jest dobra, zamiast dyskusji nad tym, czy ma się prawo do aborcji, czy nie. Finnis, jako przeciwnik aborcji, twierdzi też, że skoro nie jesteśmy w stanie określić dokładnie, kiedy rozwijające się w łonie matki życie można nazwać człowiekiem, należy przyjąć (i on tak przyjmuje), że żyjący człowiek pojawia się w momencie poczęcia. Jeżeli tak nie jest, twierdzi Finnis, to niech ci, którzy to mówią, udowodnią to. W ten sposób, w związku brakiem dowodów, kiedy należy uznać rozwijające się życie za człowieka, Finnis ciężarem znalezienia tych dowodów obarcza przeciwników twierdzenia, że życie ludzkie rozpoczyna się w momencie poczęcia. Rozumuje w stylu: Proszę bardzo, uważasz, że nie zabija się człowieka, tylko płód czy jak to nazwiesz, to udowodnij, kiedy zaczyna się człowiek.

Apatheia i apatia

Piękny przykład, który podał rotus w komentarzu do mojego wpisu o szczęściu, dotyczy innego rozumienia szczęścia – opisywany człowiek, jak to się mówi, “miał szczęście”, co znaczy tyle, że miał farta, miał fuksa. Panna kiwi ograniczyła się tylko do zanegowania tego, co (gdzieś na marginesie obok tego, “jak”) napisałem o szczęściu, nie dając choćby tropu, który mógłby nas naprowadzić na sposób, w jaki ona (panna kiwi) pojmuje szczęście. Napisała, że to, o czym piszę, to nie szczęście, tylko apatia. No to kilka słów o apatii.

Znalazłem – co prawda po angielsku, ale jestem przekonany, że panna kiwi i inni dobrzy ludzie, którzy odwiedzą mój blog, bez większych problemów zrozumieją, o co chodzi – pewien tekst, który tłumaczy, czym jest apatheia i który tu cytuję:

“So what?” you have said to me. “So what if only our reactions are under our control?” You went on at length, complaining that I gave you a taste of wisdom and then pulled away the spoon. Indeed, dear friend, perhaps I was too abrupt in my last letter. I shall this time around correct my former deficiency. You should, though, recall that too much wisdom at a time is dangerous to the foolish man.
If we cannot control the thousand natural shocks which this flesh is heir to, what can we do? We can resist them or we can accept them. To resist the course of events, we must steel ourselves to rail daily ‘gainst the heavens; to deny that what is, is; to work ceaselessly to change a world that will not be changed. It is possible that we find satisfaction in fighting a fight, but whether it is a good fight is arguable.
If we accept events, that is, if we keep our will in accordance with nature rather than decrying it, we find that our affairs run more smoothly. The whiplash of another does not sting quite so sharply; neither do we feel quite as strongly the pangs of envy, lust, pride, &c; we achieve what the Greeks called apatheia, apathy.
Now, we moderns have attributed to this wonderful word a disgusting meaning and connotation. We call teenagers “apathetic” because their stock response is “I don’t care;” political scientists say the same thing about electorates because they don’t vote, and so forth. For a Stoic, apatheia is an objective devoutly to be wished. It does not mean that he does not care, but rather that he accepts what happens and acknowledges that he cannot change what is already done. Moreover, the currents in the affairs of men are tranistory. An event might bring him pain, but he knows that the pain is fleeting. It might bring him joy, but that too is fleeting. Stoic apatheia is a state of calm that is unperturbed by events, but is not a state of truly not caring. In this world at this time, when instiutions long established seem constantly on the verge of collapse, when chaos and destruction lurk around every corner, how wonderful must that apatheia be!
What can we do, then, to achieve such a peaceful state?
Epictetus, in his Encheiridion or “Manual for Living,” advises that we start small. When beholding a vase, I should remind myself that it is only a vase, a thing of clay and fire. It is prone to fracturing, to shattering outright. It will break, as likely as not. What then? I have lost a vase, nothing more. When I go to the gym, or the baths as Epictetus writes, I remind myself what that means: that there will be shouting, some men tussling, grunting, perhaps jostling, and even theft. I should not go the gym expecting peace and quiet, a relaxing or reflective time, because I will be disappointed and, thereby, perturbed.
In this way, that is, by taking things as they are I can maintain my equanimity and my inner tranquility, even while everyone around us is losing theirs and blaming us for it.

Cura ut valeas, Amice. I will endeavor to more quickly answer your response next time.

źródło: http://stoictraveler.blogspot.com/2007/01/on-stoicism-part-ii-on-apatheia.html

Nie twierdzę, że ta filozofia jest najlepsza. Zgadzam się z definicją szczęścia zaproponowaną przez Epikura, która ociera się mocno o pojęcie apatheia, ale nie propaguję żadnej konkretnej drogi do osiągnięcia szczęścia. Szczęście rozumiane w ten sposób, czyli jako połączenie ataraksji i aponii, jest moim zdaniem raczej chwilowe, ale możliwe do częstego doświadczania. Nie ma charakteru trwałego, w stylu, żeby móc powiedzieć: “Teraz osiągnąłem szczęście i będę szczęśliwym człowiekiem do końca życia”. Mówiąc o szczęściu ludzie zwykle mają na myśli stan względnie trwały. Ja kłądę nacisk na możliwość doświadczenia szczęścia, nie na możliwość bycia szczęśliwym – co rozumiem jako stan względnie trwały. Dla przykładu, przyświeca mi takie rozumowanie, że szczęścia można doświadczyć obojętnie gdzie i obojętnie kiedy, a warunkiem jest choćby chwilowe znalezienie się w stanie aponii i ataraksji. Nie twierdzę, że szczęście jet możliwe do doświadczenia wtedy, kiedy zrealizuje się swoje cele, poukłada odpowiednio sprawy, itd. Bo po zrealizowaniu jednego celu pojawia się następny itd. A życie bez celu nie ma sensu. Na koniec zacytuję artystę Eldo, którego myśl bardzo trafnie koresponduje w pewnym sensie z tym, o czym mówię:

Nikt nie wie, po co biegnie. Czy na pewno po szczęście?
Czy sam bieg nie jest biegu sensem? To nie jest pewne.

Hip hop i filozofia

Ten WordPress daje użytkownikowi taką opcję, że można sobie podpatrzeć, po jakich słowach wpisywanych w google, na liście odpowiedzi pokazywał się blog. Zaglądam tam i widzę czasem, że ludzie wpisują frazy typu: filozofia hip hopu, hip hop filozofia, filozofia rapu. Zastanawiam się, czy to hip hop do tak wysokiej rangi w oczach niektórych wyrasta, czy może filozofia do takiej niskiej rangi spada. Jako hiphopowiec twierdzę, że prawdą jest to drugie. Słowo filozofia się zaciera. Każdy ma filozofię – np. bardzo często się słyszy, że filozofię ma trener. Potocznie się tak mówi i nic w tym złego nie widzę. Tylko, że jakoś nie mówi się o tej filozofii filozoficznej, dzięki czemu ta filozofia zostaje zastąpiona tamtą. Dzięki temu zjawisku ranga filozofii spada, bo spada ranga słowa filozofia. A hip hop… czy hip hop ma swoją filozofię, taką filozoficzną? Uważam, że nie. Ktoś może powiedzieć, że mówiąc o filozofii hip hopu, mówi się właśnie o tym potocznym znaczeniu tego słowa. Jeśli tak, to w porządku. Tylko, że ja nie jestem przekonany, że tym, którzy zestawiają hip hop i filozofię, chodzi głównie o to potoczne rozumienie. Hip hop nie ma żadnej filozofii, nawet tą potoczną trudno już w nim odnaleźć. Najtrudniej chyba w rapie, bo to ten element hip hopu zabrnął najwyżej i chyba też dlatego tak się zróżnicował, co jest kolejnym argumentem na to, że filozofia hip hopu nie istnieje.

Świat jest piękny

Słyszałem dzisiej, że podobno w Poczcie Polskiej wyszło jakieś zarządzenie, że kurierom, którzy wożą przesyłki, nie wolno jeździć z większą szybkością jak 70 km/h. Więc, jak jedziesz teraz na jakiejś trasie i jest Stau, to ludzie mówią, że z przodu jadą ci z poczty. Czyż to nie jest piękne.

“Dzięki ci człowiek za to, że w moment można tu zmienić w ironię świat”

O.S.T.R.

Czym jest szczęście?

Od czasu, kiedy stałem się “uczniem” Schopenhauera, uważałem, podobnie jak Artur, że szczęścia to człowiek za życia nie osiągnie. Cały czas będzie do czegoś dążył i nigdy nie zazna spełnienia. Potem spotykałem różnych ludzi, czytałem wywiady, oglądałem programy. I nierzadko ludzie mówili, że są szczęśliwi. Myślałem sobie, że im się coś myli i nie wiedzą w takim razie, czym jest szczęście. Tak myślałem, bo będąc pod wpływem Schopenhauera, sformułowałem definicję szczęścia, która mówiła, że jest to stan, w którym nie oczekuje się niczego więcej ponad to, czego już się doświadczyło, bądź doświadcza. Po czasie, pod wpływem innej już sytuacji, zmieniłem radykalnie, jak mniemam, swój ogląd na istotę szczęścia. Od tego czasu zacząłem przychylać się do poglądów Epikura, nie jako takich, lecz jego definicji i sposobu pojmowania szczęścia właśnie. W tym momencie, niestety, pewnie konieczne jest, bym chociaż w jednym zdaniu napisał, że epikureizm nie wychwala hedonizmu, jak to gdzieniegdzie się utarło. Otóż filozofia Epikura miała w sobie coś, co widać także u Schopenhauera, z tym że u Artura miało to gorzki smak. Schopenhauer jedyną ucieczkę – i to właściwie dosłowną – od popędów, ciągłego dążenia do szczęścia, którego i tak nie da się osiągnąć, widział w odwróceniu od tej pogoni uwagi. Dla Epikura natomiast szczęście było w zasięgu ręki. Wymagało co prawda ascezy i odrzucenia zmysłowych potrzeb, więc było trudne, ale jednak osiągalne.  Epikur dotyka, według mnie, sedna szczęścia, wiążąc je najściślej z ataraksją, czyli spokojem duszy. Jako drugi wyznacznik szczęścia wymienia aponię, czyli bezboleśność ciała. Czy szczęście to coś więcej, aniżeli połączenie ataraksji i aponii? Zadajmy sobie to pytanie.

A co wy z tą prawicą?

Ostatnio kilka razy otarłem się o jakieś debaty typu: Co z polską prawicą? Ni stąd ni zowąd dyskusja pełną gębą. PiS zjechał trochę w sondażach i się zaczęło przepowiadanie przyszłości. Co będzie z PiSem? Kto będzie po PiSie? Jaka będzie rola PO? Burza w szklance wody, rzekłbyś. Jak dzisiaj to wygląda? Rządzi partia nijaka, bezideowa, bagno. Mówi się, że bagno to po prawej stronie sytuować należy. Moim zdaniem, ani po prawej, ani po lewej. Ot, bagno. Jednak pozycja PO widziana jest na “ledwożeprawicy”, ale jednak – na prawicy. PiS – jak uważają ci, co głosu najwięcej mają, to prawica bezapelacyjnie. No więc, co z tego wynika? To, że Polska prawicą stoi? Skoro PO i PiS mają 78% mandatów w Sejmie… Dlaczego w takim razie wylewać litry atramentu na ten temat?

Ferdydurke

Z uśmiechem przyjąłem dzisiaj wiadomość, że Andrzej L. być może wystartuje w wyborach uzupełniających do Senatu, które na skutek śmierci senatora z Prawa i Sprawiedliwości, Andrzeja Mazurkiewicza, zostaną przeprowadzone na Podkarpaciu. Z uśmiechem, bo jestem spokojny, że ten pseudopolityk już się skończył i nie ma siły, która go wciągnie do parlamentu. I tyle. Taką o to pierdołą się zająłem i sobie piszę o takiej pierdole. Nie wiadomo, dlaczego, specjalnie nie odstaję w tym momencie pod względem wysiłku intelektualnego od wszelkich mediów elektronicznych. Tak bowiem ambitne tematy tam przeważają. Najlepszym przykładem gadania o dupie Marynie jest serial “Kawa na ławę”. Ten wzorowany zapewne na operze mydlanej “Moda na sukces” serial oddaje trafnie istotę misji mediów w Polsce. Chodzi o to, że co tydzień przy kawie na ławie spotykają się wybitni politycy (w tych rolach znakomitości pokroju Tadeusza Cymańskiego) i sobie gaworzą o tym i o owym, łącząc się co najmniej raz na program w jednoczesnym skowycie. Nad całym przedsięwzięciem czuwa pan redaktor Rymanowski. Po wypyskowaniu się, kilkakrotnej obrazie, wszyscy wzajemnie klepią się po dupach i życzą sobie miłej niedzieli. Scenariusz powtarza się w niedziele kolejną i wszystkie następne. Nic tylko poczekać jeszcze trochę, a zamiast “program z udziałem polityków” (bo, że “publicystyczny”, to już nie śmią nawet ci w telewizji mówić), nazwie się to po prostu “program rozrywkowy”. Idąc za ciosem rozbuduje się Sejm o miejsca dla publiczności i zacznie reklamować w TV jego obrady. Szczególnie, kiedy po przejęciu obowiązków ustawodawczych przez Unię Europejską, polski poseł będzie już mógł się oddać bez reszty temu, co posłowie lubią najbardziej. Niech żyje demokracja! Niech żyje nowoczesna Europa! Niech żyje farsa!

Polacy i kapitalizm

Janusz Korwin-Mikke postawił na swoim blogu tezę, że poparcie PO wzrasta właśnie dlatego, że partia ta porzuciła swoje liberalne projekty. Ludzie zagłosowali na PO nie dlatego, że chcieli liberałów, a dlatego, że nie chcieli PiS. Zagłosowali na PO, pomimo jej liberalnych projektów. Teraz widząc, że było to tylko czcze gadanie, są uspokojeni i dlatego popierają Platformę. Wydaje się, że jest to teza trafna. Nawiasem mówiąc, gdyby przed wyborami PO zamiast udawać partię liberalną, przedstawiła prawdziwe swoje zamiary, mogłaby osiągnąć wynik jeszcze lepszy. Dlaczego? Bo istotnie, Polacy nie chcą kapitalizmu. Pozostaje zapytać, dlaczego.

W niespecjalnie dobrym artykule naukowym pt. “Liberalizm konserwatywny Unii Polityki Realnej” autorstwa Danuty Karnowskiej, który to artykuł został opublikowany w “Athenaeum” w nr. 14-15 (2006), autorka wyraża jakby pewne zdziwienie, że mimo wolnościowej tradycji i talentowi przedsiębiorczemu Polaków, UPR, będąca apologetą wolnego rynku, jest partią marginalną. Problem ten jednak nie jest głównym przedmiotem zainteresowania Karnowskiej, dlatego autorka pozostała jedynie na powyższym wniosku. Sprawa stosunku Polaków do liberalizmu ekonomicznego wymaga jednak kilku zdań komentarza. Wydaje się, że sedno sprawy świetnie oddaje Hans-Hermann Hoppe, filozof libertariański, w przedmowie do polskiego wydania swojej książki “Demokracja: bóg, który zawiódł”, o czym za chwilę. Powszechna jest opinia, że źródłem antyliberalnej (w zakresie gospodarki oczywiście) postawy dużej części naszego społeczeństwa jest mentalność ukształtowana w okresie Polski Ludowej oraz brak umiejętności i gotowości do wzięcia swojego życia w swoje ręce, co również wiąże się z oddziaływaniem socjalizmu. Poglądy te zapewne są słuszne, ale nie wyczerpują poruszonej kwestii. Hoppe, który nie jest pewnie w swoim zapatrywaniu odosobniony, uważa, że winę za uprzedzenia społeczeństwa polskiego względem kapitalizmu ponoszą politycy, którzy znaleźli się u steru władzy w czasach, gdy Polska paliła za sobą demoludowy most. Filozof wytyka politykom, że wraz ze swoimi – jak pisze – “totumfackimi” z poprzedniej nomenklatury zagarnęli znaczny procent narodowego majątku. W efekcie, biznes dostał się w ręce, delikatnie ujmując, nie najczystsze. Widząc to, społeczeństwo, dotknięte bezrobociem, nie wyrobiło sobie o wolnym rynku dobrego zdania. Wnioski Hansa-Hermana Hoppego są słuszne i nie należy ich pomijać w analizowaniu postaw polskiego społeczeństwa. Warto zadać sobie pytanie, co należy zrobić, by Polacy opowiedzieli się za liberalizacją gospodarki. Uważam, że nadzieja jest w tym, by próbować przekonać ich, że praktyki, którymi otwarto nową kartę naszej historii, więcej wspólnego miały z “czarnym rynkiem”, niż z wolnym rynkiem.

Miedwiediew>Putin

Tylko w jednej telewizji, ale nie pamiętam, w której, powiedzieli coś, co odnośnie zmiany genseka w Rosji uważam i ja. Otóż nie sądzę, że Miedwiediew będzie grzecznym chłopcem Putina. Nie mówię, ile czasu musi upłynąć, ale pewnie niewiele, żeby nowy car przyzwyczaił się do władzy i zbudował swój własny dwór, w którym Putin nie będzie nawet odźwiernym. Tak należałoby rozumować mając na uwadze historię XX-wiecznej Rosji. Taki choćby Józef Stalin konsekwentnie usuwał wszystkich, którzy mieli jakiś wkład w rewolucję październikową i próbę przemienienia “widma” w rzeczywistość. Ale to był Stalin, nie Miedwiediew, dlatego Putin zachowa pewnie nie tylko życie, ale nawet dostatnie życie. Z władzą jednak się będzie musiał pożegnać.

Liberalizm a mandaty za przekroczenie prędkości.

Zabrałem ostatnio głos w dyskusji na temat zasadności istnienia mandatów za przekroczenie prędkości i w ogóle na temat zasadności istnienia ograniczeń prędkości. Bodźcem do dyskusji był artykuł w “Najwyższym CZASIE!” donoszący, że Grzegorz Schetyna, MSW, proponował prywatyzację mandatów drogowych. Jednak, dyskusja dotknęła zagadnienia bardziej ogólnego. Toczyła się ona na stronie internetowej “Najwyższego CZASU!” i, co normalne, brali w niej udział entuzjaści myśli wolnościowej. Owa myśl wolnościowa jest określeniem chyba najpojemniejszym spośród wszystkich rodzajów myśli. Problem polega na tym, że wiele osób, uważających się, jak domniemam, za liberałów, jest innego przekonania politycznego. Akurat w odniesieniu do wspomnianej dyskusji, nie chodzi mi o liberałów socjalnych, czy socjoliberałów, bo założę się, że niejedna czytająca ten tekst osoba pomyślała, że piję do jakichś odchyleń lewicowych. Nie. Chociaż z drugiej strony to, do czego piję zaszufladkować jest trudno, a jest to anarchokapitalizm – radykalny odłam libertarianizmu. Otóż ci, którzy opowiadają się za zniesieniem ograniczeń prędkości i uważają się za liberałów, swoje przekonania sytuują błędnie, i zamiast czytać choćby nawet Roberta Nozicka, powinni przerzucić się na przykład na Murraya Rothbarda. Odwołując się do, ich zdaniem, racjonalnych (to słowo szczególne dla anarchokapitalistów, ale i ogólnie dla libertarian) argumentów przeciwko ograniczeniom prędkości, mijają się całkowicie z istotą klasycznego liberalizmu, który daje człowiekowi wolność zawsze wtedy, kiedy nie wynika z tego naruszenie wolności drugiego człowieka. A tak nie jest w przypadku ruchu drogowego. Chodzi o to, że ograniczenia prędkości i mandaty za niedostosowanie się do nich, jako takie, mają rację bytu, bo chronią innych ludzi, ich wolność. Jeżeli ktoś miałby swoją prywatną autostradę, po której jeździłby tylko sam jeden, to ograniczenia są niepotrzebne, bo miałby on takie samo prawo dbać o siebie jeżdżąc ostrożnie, jak i zabić się. Nie występowałoby ryzyko, że zabije kogoś innego. Ale na drodze, po której porusza się więcej niż jeden człowiek, takie ryzyko występuje. Nawet libertarianin, Nozick, pisał:

Moje prawo własności do mojego noża pozwala mi umieścić go, gdzie chcę, ale nie w twojej piersi.

Dlatego ci, którzy mówią na siebie liberałowie, a są za zniesieniem tych ograniczeń, nie są liberałami, bo, różne są punkty widzenia, ale ja twierdzę, że anarchokapitaliści to nie liberałowie.

Niania Europejska, co decyzje podejmie za nas.

Zieloni, socjaliści i komuniści podczas debaty w Parlamencie Europejskim twierdzili, że decyzja o rozmieszczeniu w Polsce i Czechach elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej powinna zostać podjęta kolektywnie przez całą Wspólnotę Europejską. Jest to podważenie suwerenności państwa polskiego i kolejny dowód na to, że w zintegrowanej ostatecznie Europie nie będzie miejsca w ogóle na coś takiego, jak suwerenność państwa. Wszystkie decyzje będzie podejmować nomenklatura z I Sekretarzem UE. Przywódca niemieckich chadeków – von Wogau – obawia się, że tarcza nie będzie chronić takich państw Unii jak Włochy, Cypr i Malta i nie można do takiego stanu rzeczy dopuścić. Oczywiście! Polska nie ma prawa prowadzić polityki zagranicznej i wojskowej w swoim interesie! Najpierw dobro Unii, a dobro Polski… Dobro Polski jest złem, bo zakłada partykularny interes tylko jednego regionu neokomunistycznego państwa europejskiego. Tego chcemy. Cieszymy się Schengen, nie widząc jak Unia wysysa z nas resztki suwerenności.

Uwagi o władzy wykonawczej RP.

Nie masz wrażenia, że Polska ociera się o dwuwładzę? Dwa ośrodki – prezydencki i rządowy – chcą rządzić Polską. Mimo, że większą legitymację ku temu ma prezydent, to premier i rząd ma w naszym kraju do powiedzenia najwięcej. Prezydent robi, co może, by mieć we władzy jak największy udział. Robi tak, ale dopiero od czasu, gdy premierem został Tusk. Stara się tworzyć silny ośrodek, mający być przeciwwagą dla rządu. W prawie każdej sprawie prezydent, czy to bezpośrednio, czy przez swoją Kancelarię, której uosobieniem jest Pan Mała Dziewczynka ztj Michał Kamiński, zabiera głos. Konstytucja nie precyzuje jasno niektórych kwestii – w których sprawach ważniejszy (to słowo specjalnie przeze mnie dobrane) jest premier, a w których prezydent. Wtedy zaczyna się kompromitująca cały kraj szarpanina, którą każdy zna – Pan Mała Dziewczynka ztj Pan Zjadłem Wszystkie Rozumy szczeka zajadle, na co, przyznać trzeba, kulturalniej reaguje środowisko Platformy Obywatelskiej. Jestem zwolennikiem systemu prezydenckiego, ale jeśli go nie ma, to prezydent musi się z tym pogodzić. Poza tym, należałoby popracować nad konstytucją. Polska to taki dziwny kraj, gdzie zawsze najważniejsze akty są niedopracowane i są źródłem sporów. Wracając do prezydenta – jego wzmożona aktywność zaczęła się dopiero po przejęciu rządów przez PO. Wcześniej, mimo zapowiedzi z kampanii wyborczej, nie był jakoś przeaktywny. Teraz zdaje się to nadrabiać. Myślę, że prawdopodobnie jest to związane ze zbieraniem argumentów na przyszłą kampanię prezydencką, a uważam, że nie służy dobru kraju. Niech Platforma pokaże, co potrafi. Potem ją ocenimy, ale póki co, niech rządzi.

Co z filharmonią?

Muzycy, widząc zapalczywość swoich “należących” do państwa kolegów, również stwierdzili, że zarabiają zupełnie niegodziwie i myślą chyba o jakimś strajku. Gdybym ja był premierem, odpowiedź byłaby prosta: “Nie podoba się? Prywatyzacja.” Nie widzę powodu, dla którego państwo ma utrzymywać instytucje typu filharmonia. Jeżeli instytucje kulturalne nie potrafią zapewnić sobie środków na działalność i pensje dla pracowników, to niech zostaną sprywatyzowane. Wbrew być może istniejącym pozorom, i w naszym państwie nie brakuje ludzi, którzy nie wiedzą już co począć z majątkiem. Dlaczego nie zabiegać o ich mecenat? Jeśli jednak nie ma widoków na takowy, a sytuacja jest niezadowalająca – sprywatyzować.

Tożsamość.

Nie lubię socjologii. Akceptuję tę naukę, ale jest mi dość obojętna, mimo że stykam się z nią często, zbyt często. Jednak, to o czym chcę napisać, to właśnie socjologia. Właściwie to na pewno są różne teorie, odpowiedzi na pytania, które w tym momencie mam w głowie, dlatego ten wpis jest raczej zachętą do komentarzy. Jeśli przeczytałby to ktoś znający się na socjologii (ja z pewnych powodów nie zamierzam się w to zagłębiać – tzn. nie będę tego szukał w opracowaniach naukowych), to chciałbym, żeby poczynił tu jakiś komentarz.

Chodzi mi o tożsamość. Jeśli dobrze pamiętam, tożsamość człowieka budowana jest na podstawie ról społecznych, jakie człowiek gra. Problem polega na tym, że człowiek gra różne role. Np. w Stowarzyszeniu Rodzin Katolickich jest poukładany, grzeczny, a na spotkaniach w gronie kolegów z pracy klnie, ile wlezie, i gra rolę lekkoducha. Podobną sytuację opisuje Peter Berger. Człowiek jest dyrektorem firmy. Jest bardzo stanowczy i ostry. Jednocześnie, jako mąż, jest zupełnie podporządkowany żonie. Według Bergera problem pojawia się, kiedy np. sekretarka i żona spotkają się i wymienią uwagi na temat dyrektora-męża. Berger pisze, że takie zdarzenie powoduje, że człowiek ten udaje się do psychoanalityka, by wspólnie z nim poukładać nową tożsamość dyrektora-męża. Zastanawiam się, czy jest jakaś obiektywna “tożsamość”, niezależna od środowiska. Na zdrowy rozum powinna być, choć socjologia, jak napisałem (i o ile dobrze pamiętam), mówi, że tożsamość tworzona jest na podstawie odgrywanych przez człowieka ról społecznych. Czy istnieje coś takiego jak tożsamość obiektywna?

Korwin bredzi.

W ostatnim czasie zwykłem sympatyzować z Januszem Korwinem-Mikke. Ale nastąpił temu kres. Jego poglądy zbyt emanują darwinizmem społecznym. O tym, że chyba ostatecznie stwierdziłem, że nie oddałbym głosu na Korwina zdecydowała jego wypowiedź, do której linka zamieszczam poniżej. Mam wrażenie, że kieruje się on pojęciami “Ubermensch” i “Untermench”. Przeczytajcie, co mówi Janusz Korwin-Mikke:

“Strata ludzi to nie jest problem. Jeżeli na przykład w wyniku, bo ja wiem, narkomanii by zginęła połowa Polaków, to zginęliby ci, którzy mają złą wolę. Dla narodu jest to korzystne, generalnie rzecz biorąc. Jeżeli byłaby zaraza i wyginęłaby połowa Polaków, wtedy dla narodu jest to korzystne, bo wyginęli najsłabsi. Natomiast tu mamy do czynienia z czymś innym. Giną bądź emigrują najcenniejsi ludzie. I to jest strata dla narodu straszliwa. My sobie z tego nie zdajemy sprawy.”

(źródło: http://pl.youtube.com/watch?v=ni8nIfjL3pk&feature=user)

Nie wiem, jak to zinterpretuje Sławek, broniąc Korwina, ale dla mnie to jest kult narodu, jak np. u Hitlera, u Dmowskiego. Czyż dla liberała nie jest najważniejsza jednostka? Skąd wobec tego u Korwina taka troska o hodowlę narodu ? A jeśli miałbym bardzo chore i podatne na wszelkie zarazy dziecko, które bym bardzo kochał, to co? Jakby umarło wskutek zarazy, to miałbym stwierdzić za Korwinem, że dobrze się stało, bo najsilniejsi przetrwali, tak? Tylko, że kult siły to nie jest to co mnie interesuje i to, że przetrwali najsilniejsi, dziecka by mi nie wróciło.

Czego brakuje mi w postulatach Unii Polityki Realnej?

Odpowiada mi wejście w dorosłość, które proponuje człowiekowi UPR. Odpowiada mi zwiększenie mojej wolności do decydowania o sobie. Problemem jest wciąż jedna, ale zasadnicza sprawa. Tak jak i piewcy myśli liberalnej, tak i partia UPR głosi, że liberalizm gospodarczy ma szansę powodzenia jedynie wtedy, gdy społeczeństwo wyznawać będzie odpowiednie postawy moralne. Dlatego UPR chce oprzeć prawo i życie publiczne na chrześcijaństwie. To mało. Nic nie zagwarantuje wykorzenienia zła, niemoralnego postępowania. Dlatego uważam, że w postulatach UPR brakuje zagwarantowania praw pracowniczych. W ogóle o tym się nie mówi w tej partii, która np. panicznie boi się związków zawodowych. A egzekucja praw pracowniczych wydaje mi się jednak konieczna.

Filozofia w hip hopie

Do tego wpisu przekonałem się po przeczytaniu komentarza very do mojego dawnego wpisu o Kancie. Przyznam, że zastanawiałem się nad tym zagadnieniem od jakiegoś czasu.

Cechą rapu jest to, że jest on niejednorodny, bo jest to tylko forma. Rapował np. Kazik, hiphopowcem nie będąc. Poza tym, nawet hiphopowcy, jak sami twierdzą, nagrywają nie tylko płyty hiphopowe (Pezet, Eldo, Kaliber 44). Na początku rap był muzyką, która miała głównie bawić. Poważne tematy pojawiły się w tym gatunku w późniejszym czasie. Hiphopowcy piszą po prostu to, co chcą napisać. Nie ma ograniczeń poza alfabetem i pomysłowością. Eldo nagrał kawałek, którego – używając terminów polonistycznych – podmiotami lirycznymi są diabeł i poeta. Tede nagrał kawałek, którego tematem są kolejne utwory z jego wcześniejszej płyty. Jednak istnieje przekonanie, że kawałek hiphopowy nie ma mówić o poezji, czy o filozofii, nie ma szukać jakichś uniwersalnych prawd, nie ma zbawiać świata, ani zajmować się metafizyką. Ma być przełożeniem rzeczywistości, z którą ma do czynienia raper, na muzykę. Ma być komentarzem do sytuacji, czy to z najbliższego otoczenia, czy to sytuacji społecznych, politycznych. Uważam, że rap, który za główny temat obrałby filozofię, nie byłby hip-hopem.

Pezet – Muzyka rozrywkowa

Jak wiadomo wszem i wobec, ukazała się nowa płyta Pezeta, rapera, który zasłużył sobie na to, żeby obok jego albumów, jakie by nie były, nie przechodzić obojętnie.

“Muzykę rozrywkową” najkrócej określiłbym – inteligentny hardcore. Większość kręci się wokół klubów, seksu i podwórka. Sam Pezet zawzięcie podkreśla, że jest to płyta trueschoolowa. Moim zdaniem, trochę za dużo jest tu właśnie seksu i klubów, jak na trueschool, choć to zależy, co weźmiemy za trueschool. W historii rapu nigdy nie brakowało tematów spod znaku ‘money, cash, hoes’, ale to jest temat na całonocne dyskusje… Pezeta oskarżałem jakiś czas temu o brak konsekwencji. Z romantyka z “Muzyki poważnej” zmienił się w chama z kawałka “Codziennie” (na “Muzyce rozrywkowej” ten utwór, w innej wersji, ma tytuł “Czterdzieściprocent” – i, co ciekawe, Pezet mówi pod koniec: “Tak było wtedy, teraz jest inaczej”). Jednak teraz, słuchając całego nowego albumu, dochodzę do wniosku, że Pezet stał się po prostu cynicznym sukinsynem – i nie ma tu oczywiście mowy o tym, że obrażam Pezeta, czy coś. By to zrozumieć, trzeba posłuchać tej płyty. Pezet jest, jak we wszystkich chyba swoich kawałkach, świeży. Znowu eksperymentuje z flow, składa rymy inaczej. Tak jest w sumie na każdej płycie. Pokaż mi kogoś, kto nie był w szoku, gdy po “Muzyce Poważnej” wyszła “Historie z sąsiedztwa”. Na każdej nowej płycie można być pewnym, że Pezet zaprezentuje coś innego, zarówno pod względem technicznym, jak i treści, co w tym ostatnim przypadku spowodowało, że “Muzyka Rozrywkowa” jest dla mnie zbyt seksistowska i klubiasta. Nie znaczy to, że myślę, że ta płyta jest słaba. Pezet chyba nie jest w stanie obecnie nagrać słabej płyty, bo jest raperem wybitnym, który przez ładnych już parę lat utrzymuje się na najwyższym poziomie. Poza tym, Pezet jest najbardziej dobitnym polskim raperem. Jego rymy wbijają w fotel. Swietnie potrafi też zinterpretować to, co go otacza. “Muzyka rozrywkowa” nie jest z zasady płytą dla kobiet. Przynajmniej moim zdaniem, chociaż dziś kobieta to nie musi nic znaczyć… Pezet wyjątkowo dużo uwagi poświęcił na tej płycie kobietom. Opisuje je w bardzo złym świetle, chociaż nie odnosi się do kobiet w ogóle, ale do typu kobiet, o których nawija. A nawija o nich dużo i tak dosadnie jak chyba nikt wcześniej. Ale z palca tego nie wyssał, opisał to, co widział… Nie będę się rozpisywał na temat bitów. Kociołek, Szogun i Korzeń zrobili spójny album. Mi najbardziej podobały się bity Szoguna do “Nie tylko hit na lato”, “Noc i dzień” i “Lojalność?”.

Właściwie jestem zawiedziony tą płytą, a ją wychwalam. Bo to jest po prostu kolejna bardzo dobra płyta Pezeta, a mój pewien dystans wynika z tego, o czym już pisałem. Na Pezeta szkoda zbyt wielu zwrotek o kobietach, klubach, seksie – jakkolwiek to zabrzmi. On umie rapować o takich rzeczach, że wymienione powyżej mógłby zostawić do rozwinięcia karierowiczom, dla których guru jest Fifty. Ciężko wybrać faworyta z płyty. Moja dwójka: hardkorowa “Lojalność?” i nieco cukierkowy, za sprawą refrenu, utwór braci (Pezeta i Małolata) “Noc i dzień”.

Rzeczpiaskownica Polska, czyli obrażone prezydenciątko.

Do różnych rzeczy nas PiS przyzwyczaił, zgoda. Ale to, co teraz się dzieje w związku z tą obrazą Prezydenta na Tuska to już dobitnie skreśla grubą krechą tych dziwaków. Mi już brakuje słów, ja nie wiem jak to zwerbalizować. Piaskownica to jest chyba dobre słowo. Mamy piaskownice prezydencką nie pałac prezydencki.

Premier w imieniu Prezydenta za pośrednictwem mediów przekazuje, że Tusk ma przeprosić Prezydenta za swój stosunek do bezdomnego, który wyzwał Prezydenta, czy za coś takiego. Jak Tusk nie przeprosi, to Prezydent z nim nie będzie rozmawiał. No ręce mi opadły. Ja nie wiem, czy oni mnie podpuszczają, czy co. Jeśli  tak, to aż za dobrze, bo po prostu ręce mi opadły. Pamiętacie, jak Tusk z Lechem Kaczyńskim rozprawiali wspólnie u tego ostatniego w sprawie wcześniejszych wyborów? Wtedy jakoś zaszłości piaskownicze Prezydentowi nie przeszkadzały. Mam rozumieć, że tak się mu teraz przypomniało? Czy może trzeba go przytulić, bo PiS nie wygrał wyborów?

Sayonara Lepper, czyli przyczynek do normalizacji.

Zapytano mnie, jaki widzę sens wyborów; czy są potrzebne. Przeciwko wyborom nic nie miałem. Mało tego, byłem za nimi od jakiegoś czasu. Jedna kwestia była dla mnie decydująca. Twierdziłem, że jeśli wybory przyniosą choćby to, że “Opalony” ze swoją watahą nie wejdzie do parlamentu, to uznam, że dobrze się stało, że były te wybory. I cieszę się. Cieszę się nie dlatego, że ktoś zmądrzał czy coś jak to. Cieszę się, że mordy tej wstrętnej i cynicznej nie będę już oglądał (oby nigdy). Za tym idą inne przyjemności – nie będę oglądał też mord Lyżwińskiego (chyba, że pokażą, że idzie siedzieć, co w przypadku Andrzeja też przeze mnie oczekiwane), Beger, Maksymiuka. Czyż to nie jest jakaś ulga? Cieszmy się drobiazgami. Cześć Lepper.

Waryński

Waryński

-Dlaczego Waryński jest smutny na “setce”?

-Bo mu zabrakło do pół litra.

“Społeczna percepcja konserwatyzmu i liberalizmu”

Dzięki temu, że otrzymuję na maila Newsletter’y od PTBRiO zetknąłem się z bardzo interesującym dla mnie badaniem, które przeprowadził znany wszystkim (choć wcale nie najlepszy w swoim fachu) instytut CBOS. Tytuł badania jest taki jak tytuł mojego wpisu, a komunikat z badań znaleźć można pod tym tym adresem.

“Warto jednak zauważyć, że ponad dwie piąte Polaków (43%) nie ma żadnych konkretnych skojarzeń ze słowem konserwatyzm, nie potrafi powiedzieć, co ono znaczy.”

Czy nie jest to kolejny argument w sprawie, o której pisałem jakiś czas temu (patrz: Znieśmy powszechne wybory)?

Podczas gdy ponad 60 proc. społeczeństwa popiera partie konserwatywne – np. PiS i PO, 43 proc. społeczeństwa nie wie, co to jest konserwatyzm. I nie są to raczej wyłącznie przeciwnicy konserwatyzmu. Chyba że te 43 proc., które nie wie – nie popiera, a 57 proc., które wie – jest za tymi partiami. Jakby nie było musi wyjść co najmniej 10 proc. tych, którzy nie mają pojęcia, co to jest konserwatyzm i jednocześnie popierają partie konserwatywne. Poza tym, jak czytamy w komunikacie: “Jedynie co dziesiąty badany (10%) określa własne poglądy jako konserwatywne”, a dalej: “Aż dwie trzecie respondentów określających się mianem liberałów (65%) deklaruje, że ma poglądy
antykonserwatywne.” Ciekawe w takim razie, dlaczego PiS i PO, LPR mają w sumie poparcie może i nawet 70 proc. społeczeństwa.

Po drugie, podczas, gdy filarem konserwatyzmu, obok tradycji, jest religia, komunikat pokazał, że tylko 4 proc. badanych wspomniało o wartościach moralnych i religijnych, mówiąc o rozumieniu przez nich słowa konserwatyzm.

20 proc. oceniających konserwatyzm negatywnie, powiązało go z uwstecznieniem się w poglądach. Tylko pogratulować intuicji.

Na przywołanie zasługuje również to zdanie: “Okazuje się, że słowo liberalizm jest niezrozumiałe dla znacznej części Polaków. Ponad połowa (52%) nie ma jednoznacznych i zarazem konkretnych skojarzeń z tym określeniem.”

Czytając:

“Natomiast ci, którym określenie liberał kojarzy się negatywnie, w znacznej mierze traktują liberalizm jako ogólnie coś złego (30%) (…).”

myślę nic innego jak to, że przejęli bezmyślnie to, co Kaczyński trąbił na okrągło podczas kampanii w 2005 r., czyli zestawienia – dobra Polska to Polska solidarna, zła Polska to Polska liberalna. Bo nie wiedzą , dlaczego liberalizm jest zły, wiedzą, że jest zły i tyle. Bo Kaczyński tak mówił, to tak jest.

Ostatni cytat, który uważam za warty przytoczenia:

“(…) z opinii badanych wynika, że na polskiej ocenie politycznej nie ma ugrupowania, które jawiłoby się jako konserwatywne zarazem liberalne. Według własnych przekonań respondentów, a tym bardziej według oceny poglądów poszczególnych partii politycznych konserwatyzm wiąże się antyliberalizmem, a liberalizm z antykonserwatyzmem”.

Też ładna ta opinia.

Pozostaje zadać sobie pytanie, czy jest sens próbować na siłę, sztucznie narzucać w Polsce model społeczeństwa obywatelskiego, podczas gdy Polacy nie mają w większości niezbędnej wiedzy, nie wykazują znajomości niezbędnych pojęć, bez których dyskurs publiczny wydaje się mocno upośledzony.

Dlaczego nazywacie go radykałem?

Słów, które zaraz Państwo przeczytacie, będę starał się dotrzymać. Mianowicie, nie mam zamiaru pisać o wydarzeniach politycznych aż do wyborów. Nie chcę sie po prostu paprać w tym gównie w czasie, kiedy śmierdzi najmocniej. Nie śledzę popisów politycznych – można ten czas spożytkować lepiej.

Chcę wspomnieć jeszcze o jednej sprawie, której dotyczy tytuł postu. Mam na myśli Marka Jurka. Usłyszeć można o nim, że jest radykałem. To mnie dziwi. Nie widzę ani jednego powodu, dla którego uznałbym nazwanie Jurka radykałem, uzasadnionym. Wiosną było o nim głośno, kiedy odszedł z PiS na znak protestu przeciwko decyzji posłów odnośnie ochrony życia poczętego. Otóż, jak wiadomo, Jurek był zwolennikiem zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Zdaje się, że to wtedy przypięto mu etykietę radykała. Jeżeli poglądy Jurka w kwestii aborcji były faktycznie powodem tego, że jego nazwisko musi być obecnie okraszone słowem “radykał”, to jest problem. Problem z Polakami, którzy postrzegając się w ponad 90-ciu proc. za katolików, za radykalne uważają poglądy, które są bezdyskusyjne i oczywiste w religii katolickiej. Warto się zastanowić, w którą stronę pójść. Bo jak można być katolikiem, nie akceptując katolicyzmu?

Na LiD.

W Internecie (przynajmniej polskim) dużo jest lewicy. Procentowo możliwe, że jest to nawet jakieś 20 punktów więcej niż w społeczeństwie ogólnie. Bo kiedy sondaże dawały LiD 8%, w Internecie w tym samym czasie na te partie stawia 28%. Stąd może mój wpis. Chcę zauważyć, że ta niby lewica to żadna lewica i jeśli komuś przyświecają wartości lewicowe, to powinien sobie zdać sprawę (jeśli jeszcze tego nie zrobił), że na pewno nie LiD jest jego reprezentantem. Więc jeśli jesteście Państwo poglądów lewicowych – na LiD nie głosujcie. Jeśli jesteście poglądów liberalnych to nie wiem, ale ja bym i tak na LiD nie głosował na Waszym miejscu. Właściwie, jako zniechęcający do głosowania na LiD, powinienem liberalizującej części Czytelników polecić głosowanie na PO. Ale nie chcę kłamać – bo z PO to taka partia liberalna, jak z PiS prawica. Bo PiS to przecież niezbyt prawica. To partia konserwatywno-narodowa – tak ją bym określił. Platforma Obywatelska zwykła być również partią konserwatywną. Ale jak to będzie za chwilę to nie wiadomo, bo PO wykazuje trochę takie skłonności do skoków z kwiatka na kwiatek – jak to wśród partii bagiennych (bagno = centrum – przyp.). Właściwie nie ma w Polsce partii, która byłaby liberalna zarówno pod względem światopoglądowym, jak i gospodarczym. światopoglądowo to niech będzie LiD, ale gospodarczo – oni są w ogóle jacyś gospodarczo? Ni to liberałowie, ni to socjaliści – nie wiadomo. Chociaż Olejniczak postuluje równość – a tego słowa bez dodatku “wobec prawa” u liberałów raczej nie usłyszymy. Jest jeszcze ten “dyplomata” Kwaśniewski ztj Kula U Nogi LiD. Mam nadzieję, że Olek gorąco przyczyni się do słabego wyniku partii. Dziś przeprosił za wywiad dla niemieckiej gazety, w którym zachęca Niemców do przemyślenia swojej powściągliwości wobec Polski, w razie gdyby Kaczyńscy wygrali ponownie wybory. Ale za słowem przepraszam powinno pójść: “Zawiodłem Polaków, złamałem zasady przyjęte na całym świecie, skruszony wycofuję się z życia politycznego”. Może jest jeszcze na to szansa, nie przesądzajmy. W każdym razie, jedno zdaje się być pewne – LiD jest partią, na którą Polacy nie powinni głosować. A na kogo głosować? Oto jest pytanie ważkie i smutne.

Klika uwag.

Co do dzisiejszych i ostatnich wydarzeń w polskiej polityce, opinia publiczna ma wiedzę zbyt małą, by na tę chwilę można było pokusić się o jakieś obiektywne wnioski. Chciałbym napisać tylko o kilku sprawach, które można, według mnie, obecnie obiektywnie ocenić i zanalizować.

Od początku pomysł LiS, który szczególnie propaguje Giertych, a wedle którego to pomysłu Janusz Kaczmarek miałby zostać premierem nowego “technicznego” rządu, jest pomysłem poronionym. Jest to pomysł absurdalny, bo został przedstawiony już po tym, kiedy zaczęło być głośno o podejrzeniach wobec Kaczmarka. Wydaje się oczywiste, że osoby, co do której istnieją takie podejrzenia, jak to ma miejsce w wypadku byłego MSWiA, nie wolno robić premierem. Najpierw trzeba wyjaśnić wątpliwości i dopiero po oczyszczeniu z zarzutów możliwe są takie kroki, jak wysuwanie kandydatury Janusza Kaczmarka na stanowisko premiera. A w ogóle to dlaczego nagle Giertychowi tak się spodobał Kaczmarek? Jest to kolejny dowód na słuszność tego, o czym pisałem już spory czas temu. Z tym, że w tym wypadku społeczeństwo zachowało więcej zdrowego rozsądku niż politycy. Pozornie. Bo Giertych z Lepperem przecież też to wiedzą, ale z ich strony to jest głupota celowa. Skoro poróżnili się z PiS, no to jak możnaby nie poprzeć Kaczmarka. Bo skoro PiS jest przeciw Kaczmarkowi, to trzeba być za Kaczmarkiem – oto logika Giertycha.

Zaintrygowała mnie wypowiedź Kalisza na temat dostępu do informacji o akcjach CBA w świetle prawa. Spośród wypowiedzi, z którymi zetknąłem się wczoraj, uważam ją za najistotniejszą. Powołując się na ustawę o CBA i na Konstytucję, powiedział Kalisz, że wiedzę na temat operacji CBA ma prawo posiadać wyłącznie Ziobro. Pytanie nie powinno wobec tego brzmieć: Czy Kaczmarek ostrzegł Leppera? Pytanie powinno brzmieć: Jakim prawem Kaczmarek o akcji CBA miał wiedzę? Nawet premier nie miał prawa wiedzieć. Dlatego bezprawny przeciek nastąpił wcześniej i dopuścił się go ten, kto o akcji CBA powiedział Kaczmarkowi.

Po raz kolejny słyszałem dzisiaj z ust polityka PiS – “Jeśli ktoś jest uczciwy, może spać spokojnie”. To samo zdanie kieruję do PiS i do Kaczyńskiego. Jeśli wszystko jest w porządku i w Polsce – jak to twierdzi Jarosław Kaczyński – przywracana jest normalność, to dlaczego PiS broni się przed komisją śledczą? Gdyby wszystko było w porządku i PiS nie miałby sobie nic do zarzucenia, to poparłby powołanie komisji śledczej (ew. komisji śledczych). Widać jest inaczej. Poza tym, gwiazdy PiS gdzieś się pochowały. Wszędzie wysyłają Putrę, w Sejmie na pytania odpowiada jakiś Czartoryski. Gdzie są ci wielcy PiSu?

Na koniec dwie rzeczy. Pierwsza to cytat z Leppera, który mnie totalnie rozbawił. “Tam w kotle na samym dole będzie pan mieszał” (do Putry). Po drugie, podpowiedź dla dziennikarzy – to jest J-A-R-O-M-I-R, nie Jarosław (Netzel).

Koalicja PO-PiS, czy – tym bardziej – PiS-PO.

Na stronie internetowej “Dziennika” jest sonda: “Czy koalicja PO-PiS po wyborach jest realna?” Wyniki: “TAK” – 25%, “NIE” – 60%, “Trudno powiedzieć” -  9%, “Nie interesuje mnie to” – 5%.

Ciekawe, kogo teraz wybiorą, skoro już nie mają złudzeń, że koalicja PiS i PO jest realna. Bo zawsze było usprawiedliwianie się, że miała być koalicja i że Polacy bardzo na nią liczyli, a politycy ich oszukali. Takie usprawiedliwianie się, że to nie wyborcy są winni. Właściwie, moim zdaniem, nie są winni, więc nie mieli się co usprawiedliwiać. Lepszym słowem byłby tu “żal”. Większość społeczeństwa miała żal do polityków, że nie stworzyli pożądanej koalicji. Skoro więc Polacy wybrali PiS i PO z legitymacją do koalicji i z przekonaniem oraz więcej niż nadzieją, że ta koalicja powstanie, to dziś – w sytuacji, kiedy nie tylko obserwacja sceny politycznej, ale także sondaże przeprowadzane wśród społeczeństwa mówią, że koalicja PiS i PO jest nierealna – wynik wyborów, konsekwentnie, powinien być inny. A będzie tak samo – na pierwszych dwóch miejscach uplasują się te same partie co ostatnio. I koalicji znowu nie będzie. Dlatego, drogie społeczeństwo, proszę nie mieć potem żalu do polityków, że znowu nie ma koalicji, w którą sami nie wierzycie.

Ocena z religii i nie tylko.

Są takie momenty, kiedy wolę się zastanowić kilka razy, zanim utwierdzę się w swoim przekonaniu. Jest tak i tym razem, a chodzi o przedmiot religię. Biskupi mówią nie tylko jednym głosem, ale i jednym tonem (i to jakim). Dzisiaj słyszałem trzy wypowiedzi: Dziwisza, Pieronka, Głódzia. Spośród nich autorytetem jest dla mnie Pieronek, bo Głódzia nie trawię, a Dziwiszowi nie ufam. W związku z tym, że głos zabrał Pieronek, sprawa jest dla mnie już nie tak łatwa, jak zdawała się być, bo wiem, że mogę się mylić.

Zanim o istocie.

Zastanawiam się między innymi, dlaczego Kościół tak zdecydowanie i dosłownie natychmiastowo zareagował na wypowiedź Legutki, w której padły słowa nieprzychylne projektowi Giertycha co do wliczania oceny z religii do średniej ocen. A że zareagował natychmiastowo teraz to znaczy, że mógł zareagować również w sprawie Rydzyka – a nie zareagował. Ja bym nawet powiedział – schował głowę w piasek. Nie było komentarzy. A tutaj, proszę – hierarchowie sobie nie żałują… Czyżby duchowni mięli jakąś zasadę jak np. lekarze – że jeden nie może publicznie skrytykować drugiego? Nic nawet z tego, że Pieronek wypowiedział się w sprawie Rydzyka w sposób, który mnie uspokaja… bo po jakim czasie?

Wracając do istoty – religii w szkole, to nie rozumiem, o co ten hałas duchownych. Wszystko podpowiada mi, że ocena z religii wśród ocen liczących się do średniej to zły pomysł. Nie przywołuję argumentów takich jak lewica – że państwo jest laickie; że narzuca się obywatelom rzecz, która nie może być narzucona; że to jest sprzeczne z modelem państwa, itd. Moje argumenty raczej opierają się na rzeczywistej bezcelowości tego, że religia będzie wśród ocen wklepywanych do kalkulatora. To prawda, że wiedzę religijną można ocenić na równi z inną wiedzą. Jednak czy religia sprowadza się w szkole tylko do historii biblijnej? Jeśli tak, to dlaczego na świadectwie widnieje “religia/etyka”? Etyka jest w tym wypadku zamiennikiem dla niewierzących i innowierców. Jest to dowodem na to, że w założeniach przedmiotu religia jest nie tylko nauczanie historii biblijnej, ale coś więcej. Na religii uczy się również konkretnego postępowania. Postępowania, które ma być wpojone na całe życie i którego nie da się sprawdzić na klasówce; postępowania, którego nie wolno sprawdzać i oceniać, bo to nie jest rola nikogo z ludzi. Dlatego z religii/etyki nie powinno być oceny w ogóle. Jakoś nie słyszałem, żeby Chrystus po nauczaniu ludzi robił im kartkówki. I to chyba nie dlatego, że nie było jeszcze wtedy papieru. Albo wyobraźmy sobie, że dziecko ma rozwolnienie przed klasówką z religii, albo ma komisa z religii, albo powtarza klasę, bo ma lacza z religii. Poza tym, nie spodziewam się, żeby odtąd społeczeństwo się umoralniło, czy choćby zwiększyło wiedzę religijną. Na przykład z historii, z której ocena przecież liczy się do średniej, większość nie wie, co to na przykład odsiecz wiedeńska. Bo przecież jedyne i jakże przewspaniałe, przez wszystkich znane z daty (ba, dziennej nawet!) zwycięstwo Polski to bitwa pod Grunwaldem. I jakoś fakt, że historia zawsze się do średniej liczy nie wpływa na poprawę sytuacji i ogólnie – tępy jest nadal tępy – czy mu uwzględnią tą tępotę do średniej czy nie.

Kościół jest innego zdania, tylko nie bardzo słyszę jakieś argumenty. Może się mylę, ale, jak wyżej, argumentów duchownych nie słyszę, dlatego, jak dotąd, do dyspozycji mam tylko swoje.

Znieśmy powszechne wybory.

Jako dziecko byłem świadkiem – jak każdy – wielu rozmów na tematy polityczne. Właściwie trudno nazwać te tematy stricte politycznymi – to była zwykle, że tak powiem, “polityczna obyczajówka”. Nie obracałem się na salonach – już bliżej było mi do strzech, ale salony to na tyle niereprezentatywna mniejszość, że to, co słyszałem mogę uznać za najczęstszy sposób postrzegania polityki w Polsce. A zazwyczaj rozmowy sprowadzały się do bezpodstawnych zarzutów, nieustannego kompromitowania polityków, złej analizy wydarzeń, skupiania się na aferach, pomijania pozytywów, obwiniania za wszystko polityków. Szczególnym przypadkiem są kobiety, bo zdecydowana większość pań nie ma zielonego pojęcia o polityce. Nie wierzysz? To spytaj żonę, ciocię, siostrę, babcię, partnerkę np. o to, kto jest marszałkiem Sejmu (lepiej nie Senatu, bo się obrazi już na dobre). Wracając do rozmów przeciętnych Polaków o polityce – nikt nie rozmawia, czy Polska ma być socjalna, czy liberalna, konserwatywna czy liberalna. Nie ma mowy o – jednym słowem – przyszłości. Może i trudno się dziwić, bo żeby mówić o przyszłości, trzeba co nieco wiedzieć o przeszłości i opanować jakieś podstawy do dyskusji politycznej – a w Polsce świadomość historyczna i polityczna jest kulejąca na obie nogi. Jednak nabycie takiej świadomości wymaga pewnego nakładu sił, co jest szczególnie trudne, gdy nie ma się takowych zainteresowań. A mieć ich przecież nie trzeba. Sam nie interesuję się np. giełdą i małe mam o niej pojęcie. Dlatego nie wymagam od każdego interesowania się polityką. Domagam się czego innego – znieśmy powszechne wybory. Prawo wyborcze niech przysługuje tym, którzy zdadzą test sprawdzający niezbędną wiedzę polityczną – choćby taką, co to znaczy “lewica”, a co to znaczy “prawica” – bo tego to raczej sporo ludzi jeszcze nie wie. (Ewentualnie powiedzą, że lewica to Kwaśniewski a prawica to Wałęsa – co nie jest takie oczywiste). W ten sposób decyzje wyborcze Polaków mogą stać się mądrzejsze, bo bardziej świadome. Ponieważ wcale nie jest tak, że im większa frekwencja, tym lepiej. Wysoka frekwencja nie gwarantuje mądrego wyboru. Dobre wybory może gwarantować to, że pójdą zagłosować ludzie mądrzy, a głupi nie. Bo jeśli zagłosuje masa głupców i ludzi niemających pojęcia o polityce, i niech to będzie frekwencja nawet 80 proc., to mimo tak wysokiej frekwencji, wybór będzie pewnie gorszy niż w przypadku, gdyby głosowali tylko mądrzy, znający się na polityce – nawet gdyby miało to obniżyć frekwencję do np. 25%. Wmawia się nam, że frekwencja ma być wysoka. Wałęsa, odsetek obywateli, którzy wzięli udział w ostatnich wyborach, skomentował na gorąco: “Jestem wściekły! (…)”. A dlaczego? Bo ma głosować ślepa masa, którą łatwo jest omamić wynalazkom typu Lepper?

Tekst-morderca

Rzecz działa się tak:

Do moich dwóch fumfli podchodzi dwóch kolesi. Ci kolesie nie są ulubieńcami moich fumfli i vice versa. Poza tym, coś było na rzeczy. Jeden z moich – To co, solówa. Na to jeden  z tamtych – Jaka, kurwa, solówa?! – po czym z za spodni wyciąga siekierę i jeb obuchem w głowę mojego fumfla. Na to mój człowiek zrzucił tego z siekierą ze schodów (bo to na ganku się działo) i razem z drugim moim człowiekiem zaczęli tłuc obu tych “przyjezdnych” (podobno z takiej jednej dzielnicy obok byli). No i ci “przyjezdni” musieli w końcu “odjechać”, przynajmniej był to rozsądny dla nich wybór. Ale najlepsze było właśnie na końcu. Jak “odjeżdżali”, to jeden z nich zdążył jeszcze wykrzyczeć – Dzisiaj płoniesz!!! – co uznaliśmy zgodnie za tekst-mordercę, bo tekst prawdziwie miażdży.

Autożałoba Polaków wskazana.

Niestety potwierdziło się to, o czym pisałem poprzednio. Narodowa żałoba ma być zdeptana. The Rolling Stones dają dziś koncert w Polsce i wbrew wcześniejszym planom, aby koncert zaczął się już po północy, kiedy żałoba się skończy, muzycy zagrają dzisiaj tj. w środę. Sonda na Interii, w której to sondzie wzięło dotychczas udział 1666 osób pokazuje, że aż 75 proc. tych, którzy wzięli udział w badaniu, chce koncertu. No i po co nam była ta trzydniowa żałoba, panie Prezydencie? W ten sposób ofiary zostaną upokorzone, bo podczas gdy telewizja nie nadaje komedii, nie odbywają się imprezy, flagi spuszczone są do połowy masztu, fałszywy spokój przerwą The Rolling Stones. I nie jest to wyłączna wina zespołu czy organizatorów. Po prostu oni wiedzą, że ludzie i tak przyjdą, bo wiedzą, że ta żałoba to od początku cyrk i nie odczuwają żadnej potrzeby refleksji i spokoju. Jednak summa summarum koncert nie powinien się odbyć. Mimo tego, że ta żałoba to szopka, to skoro już ta szopka jest, to niech by się ona skończyła bez tego koncertu.

PS.

Stan na godzinę 12:21 – w sondzie Interii wzięło już udział prawie 13 i pół tysiąca osób. Wynik nie drgnął.

Trudne słowa.

Nie chciałem pisać na ten temat, ale zmieniłem zdanie. Chodzi o tragiczny wypadek autokaru we Francji. Właściwie chodzi nie o sam wypadek, a o wydarzenia mu towarzyszące.

Jak zwykle przy okazji tragedii mam do czynienia z obłudą. Obłudą przede wszystkim dziennikarzy. Wiele dałbym, żeby zobaczyć, czy po wyjściu ze studia “Faktów” Pochanke jedzie do domu i płacze lub modli się za ofiary. Po tym, co zobaczyłem, myślę, że powinienem spodziewać się, że tak właśnie postąpi. Nie podoba mi się szum medialny wokół płaczących ludzi. Filmowanie, jak ludziom puszczają nerwy, filmowanie ich, jak nie wiedzą, co począć i co gorsza polowanie na takie momenty to nie jest misja mediów. Media to są hieny. Widziałem w materiale, jak kamerzysta biegł za kimś bliskim poszkodowanej osoby i zabiegając mu drogę gorączkowo coś mówił. To nie jest potrzebne.

Proszę sobie wyobrazić, jak czuć się musiał Lech Kaczyński modląc się na miejscu katastrofy, podczas tych wszystkich “pstryków” i błysków – bo te hieny nie dadzą człowiekowi spokoju nawet podczas modlitwy. Nie jest chyba możliwe skupienie się na modlitwie w takiej sytuacji. Po drugie, czy Lech Kaczyński rzeczywiście się modlił, czy tylko wykonał gest właśnie pod media? W tym drugim przypadku, błyski i hałas na pewno nie byłyby przeszkodą, a koniecznością.

Denerwuje mnie narzucanie przez media Polakom żałoby. W bardzo potrzebnym, nadal aktualnym i ostrzejszym od mojego felietonie Ziemkiewicza padły godne uwagi słowa:

Nikt nie jest w stanie aż tak się przejąć tragedią kogoś, o kim tylko słyszał. Owszem, możemy wykonać jakiś gest solidarności. Wpłacić na ofiary, pójść na mszę, spuścić flagi, powstrzymać się przez jeden dzień. Normalny człowiek współodczuwa z innymi i chce jakoś okazać swe współczucie. Jakimś gestem. To jest szczere, ale z natury rzeczy trwa chwilę.

To jest sedno. Rozdmuchiwanie tragedii służy tylko jej deptaniu. Za pomocą przesady niszczy się autentyczność, jak wiadomo – lepsze jest wrogiem dobrego. Te akcje medialne i wyczyny polityków są obłudne i upokarzają ofiary i ich bliskich. I trzeba zacząć o tym mówić głośno, bo ta narzucona nam poprawność polityczna może nas w końcu zdominować. Choć przyznaję, że więcej jest już głosów przeciw temu spektaklowi niż przy okazji ostatnich żałób narodowych. Dziś w “Wiadomościach” czy innych “Faktach” prowadząca powiedziała, że oficjalna żałoba trwa trzy dni, dalsza – we własnym zakresie. A przecież jeden dzień żałoby narodowej byłby najbardziej odpowiednim, godnym sposobem oddania hołdu ofiarom wypadku. Reszta jest obłudą, żałobą na siłę, która będzie zdeptana i zlekceważona, bo zdecydowana większość nie będzie zwracać na nią uwagi.

Absurdem jest przeznaczenie 100000 zł przez Premiera i 10000 zł przez Kancelarię Prezydenta dla rodzin ofiar. Cynicy mogą zacząć o dyskusji na temat korzystniejszej dla rodziny śmierci. Jak umierać, to w spektakularnym wypadku, dobrze jak za granicą. Rodzina ofiary, która zginęła przez weekendową trąbę powietrzną, nie ma co liczyć na chociaż tysiąc od Premiera i Kancelarii Prezydenta razem wziętych. Czemu on nie zginął na tej pielgrzymce? – ma się zastawiać rodzina ofiary?

Zobacz też:
http://motoryzacja.interia.pl/wiadomosci/bezpieczenstwo/news/za-tydzien-zginie-kolejnych-100-osob,948768
http://interia360.pl/polska/artykul/idiotyzm-narodowej-zaloby,228

Kwaśniewski, patron LiD.

Po przeczytaniu tego artykułu przyszło mi do głowy kilka refleksji. Zdaje się, że Kwaśniewski jest przekonany o tym, że LiD nie ma szans na samodzielne utworzenie większościowego rządu. Biorąc pod uwagę fakt, że LiD to przecież nie jest żadna partia, tylko – jak to się mówi – szeroki blok lewicy i centrum, widać już na początku, że to twór tyleż marny, co nieudolny. LiD to już jest koalicja i to nie byle jaka (pod względem ilościowym oczywiście). SLD, SdPl, UP i Partii Demokratyczna nawet połączone nie są w stanie uzyskać tyle głosów, żeby móc samodzielnie stworzyć rząd. Ja to wiem, Wy to wiecie, ale nawet patron Aleksander Kwaśniewski to wie. Wie, bo już mówi, że “wiąże nadzieje z Donaldem Tuskiem” (patrz link powyżej). Taki powrót do polityki, gdzie żeby rządzić trzeba stworzyć 10 koalicji, poczynając od poziomu startu w wyborach, a nie wiadomo gdzie kończąc, to nie jest nic godnego poklasku. To ma być ten spektakularny powrót Kwaśniewskiego? Polska Agencja Prasowa podała, że Rada Programowa LiD, w skład której weszli liderzy partii tworzących ten twór, zaczęła się sprężać i program LiD ma być gotowy już nawet do końca sierpnia. Ciekawe, co będzie zawierał ten program, jak się wytnie krytykę i krytykanctwo obecnego rządu. Jak na razie, poza właśnie krytyką i krytykanctwem, nic od Kwaśniewskiego, ani żadnego LiDowca , w kwestii programu nie słyszałem. Najgłośniejsza była dotąd kwestia stosunku do PO. Olejniczak zbeształ Platformę, Kwaśniewski wiąże z nią nadzieję – ot jedność LiDu. Przy okazji widać, jaki z Kwaśniewskiego lewicowiec, skoro tak prze ku partii konserwatywnej, jaką jest PO. Wątpię, żeby światopogląd lewicowca i konserwatysty pasował na tyle, żeby nie mając noża na gardle, na ileś tam tygodni/miesięcy/lat (wszak u nas to nigdy nie wiadomo) przed wyborami, Kwaśniewski marzył o Tusku. O tak! Co do kwestii homoseksualizmu, to PO i SLD by się pogryźli jak Tyson z Holyfieldem! Właściwie to wszyscy wiedzą, że Kwaśniewski nie jest lewicowcem. Podobno ma zapędy liberalne, jak to się powszechnie uważa. Ale gdzie nawet liberalnemu lewicowcowi do PO?! A on tu już ręce i nogi do nich na nie wiadomo ile jeszcze przed wyborami wyciąga! To jest, Proszę Państwa, wiedzący, że, bez 10 koalicji na krzyż, premierem nie będzie, karierowicz i polityczny przedsiębiorca.

Giertychy

Giertychy

Piękna to saga,

Franciszek, Jędrzej, Maciej, Roman.

Giertychów to saga,

Kto nie zna, niech natychmiast skona!

Franciszek – Giertychów polityczny protoplasta,

Zatroskany o losy gospodarki państwa.

Jędrzej – polityk w służbie swego narodu,

Odkrył, że wszystko przez Żydów, Prusaków i Masonów.

Maciej – naukowiec, w pełnym znaczeniu słowa.

Kreacjonizm… Toż to teoria naukowa!

Roman – minister, wicepremier, szef partii.

O wychowanie dzieci należycie walczy.

I choć ewolucji biologicznej w dziejach nie było,

Na ewolucję Giertychów popatrzeć miło.

Trochę na temat polskiej demokracji.

To jest Trackback do postu, a raczej małej wymiany zdań na Blogu Voltera (Czy PIS może wygrać następne wybory?)

Ja myślę, że naród nie wiedział, czym do końca będzie demokracja. Przywódcy “Solidarności” powielili komunistów – też zapowiedzieli swego rodzaju raj na Ziemi. Dlatego wielu ludzi twierdzi, że “S” ich oszukała, bo to nie tak miało być. Trudno się tym ludziom dziwić, bo nie znali systemu liberalnej demokracji, a jedynie ten babun językowy – demokrację ludową. No bo skoro demokracja to połączenie demos i kratos, czyli władza ludu, to demokracja ludowa to… ludowa władza ludu, czyli tautologia. Ale to tak na marginesie. Tęskniącą za “komuną” osobę zapytałem, dlaczego obalili socjalizm, skoro był dobry. Odpowiedziała mi, że “S” mówiła, że będzie lepiej (w sensie – jeszcze lepiej). Dlatego nie jest oczywista odpowiedź na pytanie, czy, gdyby w latach osiemdziesiątych społeczeństwo wiedziało, czym będzie w Polsce demokracja i miało możliwość wyboru ustroju, to, czy wybrałoby socjalizm czy demokrację. Jestem przekonany, że miażdżąca większość klas i warstw niższych wybrałaby socjalizm. Oczywiście sympatie ku tamtej epoce to nie wyłącznie domena klas i warstw niższych. Właściwie mój post sprowokowany został dyskusją ściśle polityczną, a ja raczej zabrnąłem w gospodarkę. Pod względem politycznym to chciałbym wierzyć, że polska demokracja jeszcze się dociera i że wraz z końcem tej dekady to docieranie się zakończy. Jeżeli już mowa o demokracji, to chciałbym też systemu prezydenckiego, jak w USA, dlatego, że Polska potrzebuje moim zdaniem silniejszych rządów. Niestety Polska ma to do siebie, że musi być trzymana za pysk Po prostu, im dalej na Wschód Europy, tym bardziej jest to potrzebne. Ostatnie europejskie monarchie (takie, w których rzeczywista władza należała do monarchy) upadły właśnie po wschodniej stronie kontynentu – w Austro-Węgrach, Niemczech, Rosji.

Lech “Zakała” Wałęsa

Jedynym przemawiającym do mnie argumentem, dlaczego ten filister jest najpopularniejszym Polakiem w USA, jest wypowiedź Krasnodębskiego, że w angielskim tłumaczeniu słowa Wałęsy brzmią poważniej. To mnie przekonało. No bo gdyby Amerykanie rozumieli tę prostacką, choleryczną paplaninę, która z językiem polskim mało ma wspólnego, to mam nadzieję, że nie zaprosiliby Wałęsy, jako jedynego przedstawiciela kontynentu europejskiego, do niesienia flagi podczas ceremonii rozpoczęcia Igrzysk Olimpijskich w Salt Lake City. Mówią, że szlachectwo zobowiązuje, ale co tam. Wałęsa nigdy nie myśli zanim powie. Nigdy. Jego wypowiedzi są prostackie pod względem formy i treści. Poza tym, jakby wyłączyć głos, to i tak widać, że nic mądrego tam nie stoi. Za wypowiedzi typu “jedno tu tylko słowo pasuje: S-syn” lub “Durnia mamy za prezydenta!” powinna ta święta krowa zapłacić. Taki Hubert zszedł do sklepu na chwile, wyzwał prezydenta i miał spektakularny proces. Od waszego przywódcy narodu, waszej legendy powinniście wymagać chyba czegoś więcej. Ale nie. Wałęsa może powiedzieć, co chce. Dlaczego? Bo to Wałęsa. Od jakiegoś roku Lechu (ztj TW Bolek) lansuje się na Gadu-Gadu. Nie mam jego numeru na liście, ale ma go mój brat. Zamieszczam tu kopię tego, co mój brat dostał przez gg od Lecha:

“Kłaniam się i Pozdrawia Lecha Wałęsa pod adresami;;

http://www.mojageneracja.pl/1980 http://www.lwarchiwum.home.pl

Wszystko dosłownie co otrzymałem z IPN publikuję .Nie publikuję natomiast otrzymanych oddzielnych listy nazwisk tak agentów jak i pracowników komunistycznych służb [[na razie ]

Polecam szczególnie ponad 700 strony Archiwum oryginalnych dokumentów z IPN z otrzymanych7000 ale pozostałe dokumenty są z zatartymi nazwiskami .Czekam na odkrycie tych nazwisk i wtedy pozostałe wszystkie opublikuję

Przejrzyj i odpowiedz sobie i mnie kto więcej złego zrobił w czasie walki o Wolną Polskę–SB z Komunistami ? / czy kolesie ?

Panie Prezydencie, ale po co to wszystko, teraz trzeba budować Polskę a nie

>wracać i wracać do tego co było, żyjmy tym co będzie

>Odp; LW

>Sprawy są poważne , jestem atakowany , a największe, najmądrzejsze Polskie

>zwycięstwo niszczone i w zdradę zamieniane . nie mam wyboru muszę stawać w

>obronie prawdy i godności zwycięzców

walesa 7:57:36

przed szarlatanami z Torunia i

>wszelkiego typu popaprańcami .

 

Polska nierządem Kaczyńskich stoi

 

To anarchia! Walka władzy ze wszystkimi. Kontrolowane wycieki i niszczenie Polski zagranicą. Fale protestów społecznych zatrzymywane kolejną listą agentów i aresztowaniami. A w anarchii nawet słowa na „s” są za słabe.

 

Użyłem takiego zakrytego słowa w reakcji na kompromitujący Polskę wywiad prezydenta Kaczyńskiego dla francuskiej telewizji. Jak widzę, każdy je jakoś interpretuje i dopisuje odpowiednią treść. Nie komentuję tego, nie ujawniam mojego zamiaru i intencji, chociaż po wczorajszych występach takich ludzi, jak Kurski, Szczygło czy Ziobro, każde nawet najmocniejsze skojarzenie z tym skrótem okazuje się za słabe. Ciekawe, że najostrzej rozszyfrowują to słowo ludzie z otoczenia prezydenta Kaczyńskiego. Czyżby nie nasuwało im się żadne inne określenie na swojego szefa? Odbiór społeczny tego skrótu powinien dawać prezydentowi do myślenia! Na nieznośną anarchiczną rz

walesa 7:57:36

eczywistość w Polsce brakuje słów. A zaczęło się tak niewinnie od „sp….aj, dziadu”.

To nie w słowach problem. One tylko mówią o fatalnym klimacie stworzonym przez tych nienawistnych i zakompleksionych „ludzi z brzytwą”. Za chwilę będziemy mieć powtórkę z czerwca 1992. Wtedy udało się uchronić kraj przed anarchią w wykonaniu nieodpowiedzialnych – tych samych – ludzi, którzy teczkami chcieli ratować swój polityczny byt. Dzisiaj taki scenariusz może się powtórzyć, ale z gorszym tragicznym finałem. Problemy służby zdrowia, falę protestów i frustracji społecznych chce się zatrzymać nową listą agentów. Mamy teraz listę „500”. Może trzeba cały naród wpisać na taką listę. Lekarzy, nauczycieli, dziennikarzy, jeśli oczywiście nic nie znajdzie na takich prowodyrów strajków i nieposłusznych CBA. Na listach będą wszyscy, oprócz dwóch małych ludzi i ich kilku przybocznych aż w końcu sami się nawzajem powpisują. Wcześniej jeszcze zdążą nas skazać na izolację w Europie, skłócą z Rosją i z in

walesa 7:57:36

nymi sąsiadami, bo nie rozróżniają racji stanu od własnej racji maniakalnej.

Ostrzeżenia głosi na świecie prezydent Kaczyński. Mówi w tym samym wywiadzie, że „po 1989 roku powstał układ oparty na nieuzasadnionych przywilejach osób związanych z poprzednim systemem. Podważyliśmy ten system, nie ma ludzi nietykalnych. Nikt nie może stać ponad prawem. W imię obrony demokracji broniono nieuzasadnionych przywilejów”. W ten sposób przedstawia na arenie międzynarodowej swój kraj i wielkie zwycięstwo Polski nad komunizmem prezydent RP. Ten, który powinien dbać o wizerunek Polski na świecie i chronić symbole najlepiej rozpoznawalne. I z lekkością stwierdza, że nikt nie może czuć się niewinny, nikt nie jest nietykalny.

To oczywiste, że przyjmowanie i głoszenie takiej teorii zmian w Polsce to nic innego jak podważanie naszego narodowego sukcesu. To burzenie w oczach świata wiarygodności kraju, który jest postrzegany – z dala od naszego wewnętrznego piekiełka – jak właśnie kraj sukcesu i zw

walesa 7:57:36

ycięstwa. Teraz jest to niszczone. I to przez kogo – przez przywódców państwa, którzy zapomnieli, że byli uczestnikami tego procesu – pewnie bez ich udziału i przeszkadzania efekty byłyby dużo lepsze. Teraz łudzą się, że po zburzeniu wszystkiego zbudują cokolwiek lepszego. Jaka to budowa widać przez ostatnie kilkanaście miesięcy.

Nie mogę milczeć w takich sprawach. Nigdy nie miałem w zwyczaju atakować urzędującego prezydenta zagranicą. Przekonywałem na świecie: „ci Kaczyńscy nie są tacy straszni, jak myślicie, to wcale nie antysemici, jak twierdzicie, to nie tacy populiści, jak głosicie. Wcale nie chcą wyprowadzić Polski z Unii, nie chcą walczyć ze wszystkim, jak słyszę od Was. Zrozumcie ich, to polscy patrioci, chcą dobrze”. Tak starałem się przekonywać, bo tak widziałem swoją rolę. Nawet Kwaśniewskiego, którego, delikatnie mówiąc, nie darzyłem sympatią, nie atakowałem. Jak już mówiłem nieraz, na arenie międzynarodowej należy występować razem. Namacalny efekt był na Ukrainie,

walesa 7:57:36

kiedy najpierw ja, a potem prezydent Kwaśniewski wsparliśmy Pomarańczową Rewolucję. Dziś widzę, że z obecnym prezydentem chyba nie byłoby to możliwe. Po pierwsze, by się bał, a po drugie, po trzecie i czwarte też by się bał. Bałby się stanąć przeciwko Kuczmie, bałby się wystąpić przed rewolucjonistami, no i bałby się, co powie jego brat, bo od lat on o wszystkim decyduje i manipuluje. I te manipulacje zasłaniają ich kompleksy i słabości. Na szczęście, nie całkiem, bo fakty mówią wiele. Nie podniosłem larum, kiedy Kancelaria Prezydenta zablokowała moje spotkanie z prezydentem Bushem, bo zależało mi na powodzeniu tej wizyty. Razem naprawdę można było osiągnąć więcej dla Polski. Kiedy to spotkanie okazało sie klęską Kaczyńskiego zwróciłem na to uwagę. Starałem się nie zauważyć żałosnego incydentu z zasłonięciem na wywiad z prezydentem Kaczyńskim nazwy lotniska w Gdańsku im. Lecha Wałęsy, ale teraz widzę, że trzeba takie rzeczy pokazywać, bo są mocno przemyślane i tworzą ciąg intryg

walesa 7:57:36

.

W tych grach i manipulacjach poszli ustami prezydenta tym razem za daleko. Takie świadectwo o Polsce i o mnie daje prezydent przed francuską opinią publiczną, przed tą samą, która kochała Solidarność:

(…) Wałęsa doszedł do władzy z ideą doprowadzenia do końca rewolucji „Solidarności”. Najpierw wsparł się na najbardziej radykalnej części społeczeństwa, przede wszystkim na antykomunistach, a następnie swoją władzę oparł na dawnych tajnych służbach komunistycznych”. Dziennikarz: A więc to on zdradził? „Oczywiście, że on. Powtórzę jeszcze raz: to, co mówię, nie jest skomplikowane, ponieważ ówczesna rzeczywistość nie była tak złożona. Opierając się na opozycji przekonał byłych komunistów, że oni są najlepsi, aby rządzić. Tak już zdarzyło się w historii, to nic nowego, ale trudno uznać to za wierność ideałom „Solidarności”. Dziennikarz: A zatem, czy demokracja w Polsce była zagrożona po 1989 roku? „Tak, do 1995 roku”.

Jakoś nie przypomina tu prezydent, że obaj z bratem Jarosła

walesa 7:57:36

wem pracowali w mojej Kancelarii i tego zagrożenia nie widzieli we mnie. Tylko wszędzie wokół węszyli spiski i zdradę, a sami porządków antykomunistycznych nie chcieli robić. Jakimi byli antykomunistami pokazali w 1995, co nawet przypomina prezydent:

„A jeśli często mi zarzucano, mnie i mojemu bratu, że sukces Kwaśniewskiego był dla nas ulgą, to przyznam, że tak było. Ja wiem, że to spowoduje zgrzytanie zębów wielu antykomunistów polskich, że to nie jest politycznie poprawne, ale tak – przyznaję to, ponieważ uważałem, że Kwaśniewski, nawet jeśli jest człowiekiem z innej opcji politycznej niż moja, był mniejszym zagrożeniem dla demokracji, niż Wałęsa”.

W ten sposób opisuje urzędujący prezydent Polskę. Tak opisuje Solidarność, bo jestem na świecie symbolem tej wielkiej Solidarności (nawet jeśli obecna władza próbuje to korygować), Solidarności, której, jak widać coraz wyraźniej, nie rozumieli Kaczyńscy. Przecież mówią światu, że ta cała Solidarność to zwykła zdrada, a prawda

walesa 7:57:36

jest tylko po ich stronie. Czy ja mogę i powinienem w tej sytuacji nadal bronić ich zagranicą, świecić oczami i nadstawiać karku? Wierzyłem, że dla dobra Polski muszę. Oni skutecznie pozbawiają mnie takiej wiary!

 

A ja tym razem przyjechałem do Francji, żeby walczyć o Expo 2012 dla Polski. I taką mam zapłatę od prezydenta…”

 

Inteligentnemu człowiekowi nie trzeba chyba tłumaczyć, że lawirując na temat użytego przez siebie zwrotu “S-syn”, Lechu się ośmiesza. Właściwie osiągnął taki poziom, że co niektórym jest go pewnie po prostu żal. On nie zdradzi, co miał na myśli, niech każdy rozszyfrowuje to, jak chce. No dobrze, więc jak można to rozszyfrować? “S-syn” to może być “Skurwysyn” albo “Sukinsyn”. Innej możliwości nie widzę. Za to mogę powiedzieć, że takiej superpersonie, na jaką się Lechu kreuje, to raczej nie przystoi. Po pierwsze, nie wyobrażam sobie publicznych wypowiedzi takiego typu o głowie jakiegokolwiek państwa!

Jeszcze raz zacytuję fragment:

“Czyżby nie nasuwało im się żadne inne określenie na swojego szefa? Odbiór społeczny tego skrótu powinien dawać prezydentowi do myślenia!”

Po tych słowach można się zacząć zastanawiać, czy Wałęsie nie spadł sufit na głowę. No powiedz mi, Wałęsa: Jak można ten skrót odebrać?! Na jakie sposoby superinteligentny gościu, niczym Waldek z Cargo, Lech Wałęsa interpretuje skrót “S-syn”??

Oczywiście musiało zostać przypomniane “Spieprzaj dziadu!”, a jakże! Ba, według Wałęsy, od tego się wszystko zaczęło. Tylko, że ni jak ten wtręt o “Spieprzaj dziadu!” pasuje do jego wypocin. Bo niby co wszystko się zaczęło od tego?!

Lechu mówi:

“Takie świadectwo o Polsce i o mnie daje prezydent przed francuską opinią publiczną, przed tą samą, która kochała Solidarność(…)”

i oczywiście ma amnezję, że to on pierwszy wydał świadectwo o polskim prezydencie. Przecież Kaczyński został poproszony przez telewizję francuską o komentarz na temat wypowiedzi Wałęsy. Ale mam nadziej, że nikt się nie dał tym tanim chwytom Wałęsy. Skoro myśli, że takimi trikami kogoś przekabaci, to się myli. Ale z drugiej strony… na co więcej stać Lecha?

Kolejny cytat:

“Przecież mówią światu, że ta cała Solidarność to zwykła zdrada(…)”

Kolejna próba manipulacji ze strony Wałęsy. Kaczyńscy tak nie mówią. Mówią o tym, że Wałęsa zdradził ideały “Solidarności”, a nie, że “Solidarność” była zdradą.

Dalej:

“Czy ja mogę i powinienem w tej sytuacji nadal bronić ich zagranicą, świecić oczami i nadstawiać karku? Wierzyłem, że dla dobra Polski muszę. Oni skutecznie pozbawiają mnie takiej wiary”.

Znowu próba wciśnięcia, że to Kaczyński pierwszy zaatakował Wałęsę w zagranicznych mediach. Dla ścisłości wywodu, napiszę: Było odwrotnie.

Właściwie to Lechu sam tym swoim gadaniem wbił sobie gwóźdź i ci, którzy się jeszcze nie przekonali jaki jest Lechu, to już się nie przekonają. Więc jeśli przeczytałaś to wszystko, Twoje zdanie zostanie pewnie takie samo. Jeżeli miałaś Lecha za bohatera i autorytet, to pewnie nic się nie zmieniło. A jeśli miałaś takie zdanie jak ja, to je zachowałaś.

prawdziwe dz

To jest dobre, co? Co jak co, ale na pewno ten, kto wpisał “prawdziwe dziwki” znalazł tu to, czego szukał.

O pielęgniarkach strajkujących.

Decydują się na strajk, na zajęcie pomieszczenia w Kancelarii Premiera RP i skarżą się na warunki. Skarżą się, że nie mogą się umyć, że nie mają zapewnionej higieny, że śpią na (czy pod) gazetach. Ja się pytam: Do kogo one mają o to pretensje?! Niech jeszcze rozpoczną głodówkę, to wtedy będą płakać, że nie mają co jeść. To tak, jakbym poszedł na pielgrzymkę do Częstochowy i narzekał do Matki Boskiej, że mnie nogi bolą, że mam odciski, etc. Sprawa jest prosta. Decydujesz się na coś, to wiedz, z czym to się wiąże. Te pielęgniarki są żałosne. Jak się strajk znudził, to do domu, a nie pretensje do garbatych, że ich dzieci są proste.

Przeczytałem dziś ciekawy artykuł w “Press” z kwietnia 2006 (Ameryki tu nie odkrywam, może wszyscy czytali) o reklamach skierowanych do grupy wiekowej 18-24, do której nawiasem mówiąc się zaliczam. W tym oto artykule pt. “Top Target” Małgorzata Zgutka napisała sporo ciekawych rzeczy, przywołując też opinie innych. Artykuł traktuje głównie o strategii robienia reklam adresowanych do wspomnianej grupy wiekowej. Przyznam, że uogólniona analiza młodzieży jest moim zdaniem trafna. Chociaż, jak już kiedyś pisałem, nie lubię uogólniać w takich kwestiach klasyfikowania kogoś do danej grupy i opisywania. Ale nie o tym. To, co dla laika w sprawie metod robienia skutecznych reklam (czyli dla mnie) było zawsze oczywiste, to fakt, że reklama operująca jakimś slangiem (którego w dodatku nikt nie używa, a jednym z powodów jest to, że zanim zrobiono tą reklamę, to slang w tym czasie się zmienił 3 razy), jakimiś czapkami z daszkiem do tyłu, czy melodeklamowanie, że “wszystkie ziomki jedzą tylko lody Koral”, w kręgu 18-24-latków nie ma szans spotkać się z czymś innym niż wyszydzenie, czy zażenowanie. W tym artykule ta oczywistość była przedstawiona w miarę odkrywczo, co może być usprawiedliwione, ale też pokazuje mi, jak czasem niezrozumiała jest młodzież dla “dorosłych”.

W którymś z ubiegłorocznych numerów “Press” był też ciekawy wykres. Przedstawiał on odpowiedź na pytanie, w jakim stopniu dany sportowiec kojarzony jest z markami, które go sponsorują. Po pierwszych kilku nazwiskach, zakryłem dłonią wykres i próbowałem zgadnąć markę, która była najbardziej kojarzona ze sportowcem, jako marka go sponsorująca. Smiać mi się zachciało, kiedy doszło do Hołowczyca. Wykres przedstawiał, bez wyraźnej przewagi żadnej z nich, firmy typu Castrol, Dębica. Ja obstawiłem Lays, ale ku mojemu zdziwieniu Laysów nie było wcale…

Na koniec dzisiejszego postu, zamieszczam screena z mojej listy “Po wpisaniu tych fraz wyszukiwarki pokazały Twojego bloga”. Trochę się zastanawiałem, dlaczego po wpisaniu takiej frazy, wyświetlił się mój blog, ale co tam…

tyty

Blog definitions.

These are some of the definitions I found on one of my favourite websites – www.urbandictionary.com. As they say “Urban Dictionary is a slang dictionary with your definitions.” I agree with these definitions I pasted here. I found it amusing to read some of them, too. The most balanced opinion I found, seems to be the Vladimir’s one.

2. livejournal

the reason losers like me wake up each morning

today i went to school. now i am home. like omg comment and love me

by hectoliter

 

1. blog

n.
Short for weblog.
A meandering, blatantly uninteresting online diary that gives the author the illusion that people are interested in their stupid, pathetic life. Consists of such riveting entries as “homework sucks” and “I slept until noon today.”

by NGX


2. blog

a place where people bitch about their daily activities which nobody is interested in. topics like why they argue with boyfriend and how they end up together at last, daily aneroxic activities like drinking blended organic fruits and vegetable for breakfast, lunch and dinner, talking about cutting themselves with a razor blade and how good they felt, bitch about their shopping activities and what they got.

just another way to seek attention and sympathy from other people.

Sample of a blog entry:
Today i argued with my babypooh, he got mad a me just because justin asked me out for lunch, he ended up ignoring me and not calling me. i don’t know what i’ve done wrong and why am i crying over it right now. it’s just stupid, he’s not the man that he used to be, i still remember how he treats me when we first started, it was all so nice and perfect. but now, we’re like arguing over small matters almost every week. i don’t think i can take this anymore, i’m just tired of this relationship.

owh look, someone actually commented on my previous entry.

by Uncle Bob

4. blog

A recent and disturbing trend on the internet. A blog lets people easily post comments onto a webpage. While blogs have many purposes, some of which can be useful, most people seem to use blogs as a way of having an online diary. These people have such massive egos and are so narcissistic that they believe that other people would be interested in reading their pointless ramblings. Even more disturbing is the fact that many people have such boring lives that they have nothing better to do than to read these stupid online diaries. They just feed the egos of the “bloggers” and encourage them to continue posting nonsense. Hopefully, “blogging” will turn out to be just a fad that passes quickly.

tim: Hey i just set up a blog on my website.
joe: What have you written in it?
tim: Oh just some random drivel.
joe: Sounds like the typical blog.
tim: Yeah, but plenty of people will still read it, and that will make me feel special.
joe: That’s sad.
tim: I know.

by whodey

6. blog

Short for weblog. Blogs originally had purpose when the few people who had them actually had interesting and/or informative things to say. These blogs still exist, and are quite enjoyable to read, however the advent of blogger.com and livejournal.com has changed this once meaningful application into utter shit, allowing every day idiots to write about how shitty their lives are and why everyone should care.

Good Blog: Informative news, real humor and entertainment. Often build and published by someone with a brain.

Bad Blog: “School sucks”, what you had for lunch, why your depressed because your 14 year old boyfriend dumped you and its the end of the world.

by Vladimir

1. blogalicious

(adj.)
1. The state of being in which one finds joy in updating one’s
blog.
2. A
blog or blog entry that one finds highly enjoyable.

“I’m feeling particularly blogalicious today!”
“That is one blogalicious entry there!”

by Rann

O obronie hip hopu.

Hip hopu się nie broni, hip hop broni się sam.

Tupac Shakur

Family Tree

(4 Mother)

Because we all spring
from different trees

does not mean
we are not created equally

Is the true beauty in the tree
or in the vast forest in which it breathes
the tree must fight 2 breed
among the evils of the weeds

I find greatness in the tree
that grows against all odds
it blossoms in darkness
and gives birth 2 promising pods.

I was the tree who grew from weeds
and wasn’t meant 2 be
ashamed I’m not in fact I am proud
of my thriving family tree

O braku altruizmu

W podręcznikach piszą, że potrzeba altruizmu jest jedną z podstawowych potrzeb człowieka. Czyżby? Ludzie bardziej przejmują się byle jakim katarkiem niż drugim człowiekiem. Swiat jest skąpany w próżności. Tylko “ja”,”mnie”, “mi”.

Oto kilka przykładów statusów z mojej listy w komunikatorze (nie specjalnie zebranych, ot tak właśnie z czasu, kiedy to piszę): “ta cisza prowadzi do nienawisci….zawsze tak jest :/”, “Everytime he call – I come… but this time I think about ME! “, “nie ważne z kim możesz być.ważne bez kogo nie potrafisz żyć”, “i co teraz? ;/”

Właściwie nie pamiętam, żeby ktoś był przygnębiony z powodu jakiegoś problemu drugiej osoby. Nie pamiętam, żeby ktoś martwił się o kogoś. Egocentryzm opanował człowieka. Jakaś moda nastała, żeby się nad sobą użalać. Jak ktoś nie ma na co się żalić, to wymyśla takie rzeczy, że w ogóle nic na to nie odpowiadam, bo mi sił brakuje. Internet to ich główne narzędzie. Proszę zajrzeć na stronę nlog.org (ciężko się ładuje, bo serwer pewnie ma migrenę od tych wynurzeń). Wytworzyło się tam specyficzne środowisko. Bo oprócz tego, że każdy z Blogowiczów jest, najdelikatniej mówiąc, egocentrykiem, to jednak nie brakuje tam wcale, oczywiście fałszywego, altruizmu. To jest jakieś towarzystwo wzajemnej adoracji. Piszą rzeczy typu: Dziś kupka już troszkę lepsza, ale brzuszek nadal boli:(((. Jak ktoś chce sobie poczytać, jaki człowiek umie być głupi, to polecam ten przyczółek. Z takich szerzej znanych w internecie person – “wielka” internetowa “gwiazda”, “diva” byś rzekł! (śmiech) – też ma swoje popisy na nlog.org. Przynajmniej kiedyś miała, ale pewnie nadal to kontynuuje. No bo kto by się oparł pokusie?! Skoro dziennie czytało ją pewnie z kilkaset osób. Już nie wspomnę o blogach samobójczych – to jest dopiero piękne! Sam Goethe mógłby się niejednego nauczyć. Ale pisać o tym można w nieskończoność… Chodzi mi o to, że ludzie zapomnieli o swoich bliźnich, o jakiejkolwiek formie nawet nie pomocy, ale choćby dostrzeżenia problemów drugiego człowieka. Nie sięgają dalej niż czubek własnego nosa. I o to krzyczę. Niech człowiek będzie choć trochę bardziej ludzki!

W ręce 10% Polaków trafia 70% PKB. W ręce 70% Polaków trafia 10% PKB. Natomiast w ręce 20% Polaków trafia 5% PKB -  to jest ta grupa wykluczonych.

Tak powiedział pewien profesor. Co jest nie tak?

Jeszcze o studentach.

W tej notce odnoszę się do komentarzy do wpisu Pismaku, czemu sam…

Moje porównanie z “dziwką” było oczywiście do pewnego kręgu dziennikarzy, nie do studentów.

Ogólnie uważa się studentów za w miarę jednolitą grupę, wpasowującą się w pewien styl bycia, mentalność. Jednak jest to definitywnie błędne rozumowanie. Na własnej skórze mam okazję przekonać się o tym, że studenci jednego kierunku niewiele moga mieć wspólnego ze studentami innego kierunku studiów. Mimo tego, że drażni mnie uogólnianie, ponieważ człowieka postrzegam raczej jako indywidualną jednostkę i nie kieruję się socjologicznymi schematami w postrzeganiu ludzi, to jestem przekonany o tym, że w pewnym stopniu osoby wybierające dany kierunek studiów, wpasowują się w pewien, mniej lub bardziej określony schemat. Zauważyłem to i mimo swojego indywidualistycznego podejścia do człowieka, uważam, że studenci danych kierunków charakteryzują się poniekąd podobieństwami (chociaż nie jest to totalne uogólnienie, a jedynie pewna tendencja). Jako jeden z wielu studentów studiujących nie po to, żeby za kasę rodziców móc przez kilka lat pobawić się w innym mieście, widzę tych, którzy na zajęcia chodzą tylko dla obecności i ani im w głowie, żeby cokolwiek z nich wynieść. Myślą tylko o imprezach i beztroskim życiu. Moja recepta jest prosta – ja takich ludzi po prostu olewam. Chociaż na jednym kierunku, który studiuję jest takich cwaniaczków zdecydowanie więcej niż na drugim – i żadnego zdziwienia tutaj nie ma, bo ten kierunek bardziej “cwaniakowaty” jest o 100% bardziej popularny wśród takich próżnych dzieci bogatych tatusiów, niż ten drugi kierunek. Akurat bardziej podoba mi się właśnie ten bardziej “cwaniakowaty”, na którym z resztą jest wielu bardzo wartościowych ludzi, jak ja to mówię – rasowych humanistów, chcących się rozwijać. Z wspomnianego przez eDa ostracyzmu niech sobie myślący student niewiele robi.

Idź za głosem serca, pierdol presję rówieśniczą. Ćwicz to co chcesz, nawet gdy kumple nie ćwiczą”.*

*Peja, W Konwencji rap, [w:] Zipera – Druga strona medalu, 2004, Prosto Records.

śmieszny kurs. PRL nie tak obcy dziś.

Rozbroiła mnie dzisiejsza informacja o tym, że w którymś ze szpitali lekarze są uczeni przez policjantów, dlaczego nie wolno przyjmować łapówek. Zorganizowano w tym celu specjalne szkolenie. To jest śmiechu warte. Uczyć to można narkomanów, żeby nie korzystali z tych samych strzykawek, co ich koledzy po fachu. Ale policja w tym kraju uczy moralności lekarzy?! Dla dorosłych ludzi policja organizuje szkolenia, żeby nie brali łapówek?! To co, oni nie wiedzą, że to jest niemoralne, że to jest złe?? To jest absurd. Ostatnio jedną z mód jest moda na różne płyty, dodatki do gazet i książki o PRL. Ale się nabijają na okładkach, zachwalając te produkty w stylu: “Codzienne życie w PRL, życie pełne absurdów. Gwarantowana zabawa”. Warto tylko zwrócić uwagę na to, że dzisiaj to życie jest nie mniej absurdalne i wydaje się (tylko 3 lata żyłem za komuny, więc nie poczuwam się do ostatecznego wyrokowania) dla wielu ludzi bardziej brutalne od tamtego. Wobec tego razi mnie trochę (a co dopiero tych, którzy odczuwają to na własnej skórze), że tak się teraz wszyscy naigrawają z PRL-u, a jednocześnie nie zwracają uwagi na absurdy współczesne. Z wypaczeń przeszłości można się śmiać, ale spytaj świadków dnia dzisiejszego czy z powodu teraźniejszych paranoi jest im do śmiechu.

Dobre zmiany w prawie

Popieram zmiany w kodeksie karnym. Najbardziej zadowolony jestem z tego, że za zabicie bandyty na swoim terenie nie będzie groziła kara pozbawienia wolności. Czekałem na to. Mój dom – moja twierdza. Inne zaostrzenia w prawie także popieram. Karanie za samo wnoszenie noża czy broni palnej na stadion jest według mnie jak najbardziej pożądane. Niby po co komuś pistolet albo nóż na meczu?

Pismaku, czemu sam nie zostałeś inżynierem?

Nudzą mnie już artykuły użalające się nad humanistami. Autorzy tych wypocin martwią się o mnie 100 razy bardziej niż moja matka. Nie znajdę pracy i w ogóle po co ja jestem, nie przydam się i ogólnie bez sensu. Nieźle muszą te pismaki w łapę dostawać od tych wszystkich Rockefellerów, że im się nie nudzi pisanie cały czas tego samego. Mówiąc dobitnie – rasowy humanista w dupie ma 10 tysięcy miesięcznie, bo w dupie ma ten pieprzony wyścig szczurów i ten pieprzony materializm. Jak ktoś idzie na studia np. na etnologię, to jest świadomy tego, że pracując w zawodzie, nie dorobi się raczej lexusa ani willi z basenem. Jest tego w pełni świadomy i – co najważniejsze – gówno go to obchodzi. To jest humanista. Pismaku, zrozum ten szczegół. Chyba, że go rozumiesz, tylko że piszesz tak przez ten hajs od Rockefellerów – to już co innego. I wtedy jesteś dowodem, że jak komuś hajs taki drogi, to nie musi być inżynierem, wystarczy że się sprzeda jak dziwka, jak ty.

Polak – katolik

“Polacy to religijni analfabeci

Tak wynika z badań, jakie dla “Newsweeka” przeprowadziła firma SMG/KRC.

Tylko 20 proc. osób, określających się jako wierzący katolicy, umie wymienić
dziesięć przykazań, a ponad 30 proc. nie zna żadnego. Jedynie 18 proc. potrafi podać imiona czterech ewangelistów, a prawie 43 proc. z tych, którzy określają się jak głęboko wierzący, jest zdania, że można wyspowiadać się z grzechu pierworodnego.
Polacy ciągle chętnie określają się mianem katolików, jednak ich wiara ma coraz mniej związków z nauką Kościoła. Coraz częściej staje się zbiorem
zupełnie prywatnych wyobrażeń.

* Sondaż przeprowadzono na reprezentatywnej próbie 1000 dorosłych Polaków.
Tekst i pełne wyniki badań w świątecznym numerze “Newsweeka”.
“(źródło: www.newsweek.pl)

Ja mam nadzieję, że ta wiadomość jest związana z prima aprile.

Czy praca magisterska ma zostać?

Od początku mam w tej sprawie jasne zdanie: chcę pisać pracę magisterską. Egzamin zamiast pracy to moim zdaniem obraza studenta. Studia stałyby się bardziej jak “wyższa szkoła niższa”. Zastąpienie pracy magisterskiej egzaminem oznaczałoby właściwie zmniejszenie możliwości studiowania. Studia byłyby studiami w mniejszym stopniu. Dorn mówi coś o rynku prac magisterskich. Niech się więc zajmie likwidacją tego rynku, zamiast likwidować prace. Skoro to jest jego jedyny argument, to trochę żałosne. Zniesienie prac magisterskich to także likwidacja seminariów magisterskich, czyli zmniejszenie godzin pracy profesorów, czyli mniejsze nakłady na szkolnictwo wyższe. Może tu szukać przyczyn? Uważam, że pisanie pracy magisterskiej to jest sedno studiów, a nie jakiś egzamin. Z egzaminami to bardzo różnie bywa. Egzamin nie nauczy studenta pracy ze źródłem. Nie nauczy go wyciągania wniosków, myślenia, pisania pracy naukowej i w ogóle pisania. Po prostu nie rozwinie go. Studia to nie tylko wiedza, to też badanie i umiejętności. A co ze studentami trzeciego stopnia, czyli doktorantami? Jeśli nie nabędą podczas studiów magisterskich umiejętności pisania pracy naukowej, to praca doktorska najczęściej będzie ich pierwszą większą pracą. Tym samym prace doktorskie będą po prostu słabsze, a tytuł doktora mniej, powiedzmy, prestiżowy, poważany.

Jeżeli chodzi o prace licencjackie, to nie jestem tak zasadniczy, bo pisanie pracy po to, żeby za dwa lata napisać drugą (chociaż czeka to oczywiście tylko tych licencjatów, którzy podejmą studia magisterskie), może wydać się niedobre. Z drugiej jednak strony ci, którzy zechcą zakończyć studia na licencjacie nie pisaliby pracy wcale, czego, jak to już napisałem, nie popieram. Jeżeli mam się opowiedzieć po którejś stronie, to mówię: Niech zostaną te prace.

Manifestacja i kontrmanifestacja.

Przypadkiem, włócząc się po mieście, trafiłem dzisiaj na jakąś manifestację feministek. Na prześcieradle przeczytałem: “Dość piekła kobiet”. Stała jakaś grupka kobiet i trzymały takie tam różne rzeczy z hasłami swoimi. Otaczała je straż miejska, trochę przechodniów się zatrzymało i patrzyło. Wstąpiłem do księgarni, ale nie mieli Dudka, więc wyszedłem zaraz. Na zewnątrz jakieś krzyki. Nie wiedziałem skąd, ale po chwili zauważyłem kontrmanifestację Narodowego Odrodzenia Polski. Oprócz kilku “narodowców”, obóz ten stanowiła powiększająca się grupka zamaskowanych szalikami męt (ale ja ich nie oceniam!). Tych już oddzielał poważniej wyglądający kordon policji, nie straż miejska. Zaryzykowałem przejście obok tych zamaskowanych. Ale się nie zatrzymywałem, bo niejeden miał apetyt na mojego fullcapa, a ja też jednak wolałem pozostać jego posiadaczem, więc byłby tu pewien konflikt interesów. W tym czasie od tych feministek przemówił taki feministyczny głos powitalny. Taki leniwy, pretensjonalny, przeciągający sylaby, obliczony na to, żeby trwać w nieprzerywalnym monologu. Jednym słowem, feministyczny. Powitał tych, którzy rozumieją i tych, którzy nie rozumieją. Widocznie ci obok musieli wziąć to ostatnie do siebie, bo zaczęli gwizdać i krzyczeć. Najlepsze było jak ci “narodowcy” zaczęli krzyczeć: “Precz z komuną!!”. Nie wiem, ja się przynajmniej nie domyśliłem, jaki związek był tej manifestacji feministek z komuną. Ale ogólnie spoko, że przynajmniej ktoś zakłócał  tych  zwolenników aborcji. Chociaż pewnie większość w tym obozie “narodowym” nie umiała tabliczki mnożenia (bo te męty zamaskowane), a co dopiero zrozumieć, o co chodziło. Od siebie dodam, że hasła typu: “Moje ciało, mój problem” to w kontekście aborcji debilizm. Czuje się zobligowany do obrony życia ludzkiego, dlatego aborcji mówię “NIE”.

Impliciteexplicite

Dostałem zaproszenie od Agnieszki (salon nowojorski) do jakiegoś łańcuszka św. Antoniego :). Chodzi o to, żebym napisał o sobie 5 jakichś rzeczy, które miałyby powiedzieć komuś coś o mnie. Muszę przyznać, że cały czas trzymam się wyznaczonej sobie w pierwszej notce zasady, więc taka notka o sobie nie jest mi mile widziana. Nie żebym się ukrywał przed wojskiem czy coś, ale tak mam. Nie zadzieram też nosa czy coś jak to. Każda notka zawiera jakieś moje przemyślenia, więc daje też jakiś obraz mojej osoby. I niech tak pozostanie:).

Syndrom Polski. Paneuropejski podręcznik do historii.

Wspólnotę Europejską, a ściślej – przewodniczących jej Germanów dopadł syndrom Polski, czyli syndrom przeszłości. O tym, że europosłowie zajmują się samymi bzdurami to wiadomo, ale może zabrakło już im spraw typu: doradzenie odpowiedniej instytucji, ile procent tłuszczu powinno być w czymś tam. Zaczerpnęli więc zza Odry o wiele ciekawsze pole do działania, czyli historię. U nas historia ma się dobrze. Dziennikarze np. “Wprost” chyba już nie wychodzą z archiwów. Nie twierdzę, że nie należy zajmować się historią czy badać archiwaliów. Ale to powinni robić historycy a nie dziennikarze i politycy. Ale widać do zawodu historyka ciągnie ich niemiłosiernie. Raczej nie z zamiłowania a z chęci wywołania sensacji i instrumentalnego posługiwania się historią. Nie wiem, jaki mają cel Niemcy w tym, żeby przeforsować taki sam podręcznik do historii dla Unii Europejskiej, ale można się domyślać. “Polskie obozy”, naziści, którzy zmanipulowali naród niemiecki. Oczywiście naziści to według wykładni części (nie wiem jak dużej) Niemców, to ludzie, którym Niemcy nie przypisali narodowości, czyli tacy przybysze niewiadomo skąd. Bo o tym, że istnieją ludzie (narody) bez własnego państwa to wiemy. Ale o tym, że żyją ludzie niemający narodowości… Chyba że tych nazistów jakoś wychodowano, w jakichś miejscach odosobnionych, co sprawiło, że nie mieli narodowości. W różne rzeczy ludzie wierzą, ale ja mogę komuś, kto przyjmuje taką wykładnię, jedynie parsknąć śmiechem w twarz. Po drugie, ktoś i tak by musiał wychodować tych nieunarodowionych nazistów, więc wtedy ten ktoś byłby odpowiedzialny. Więc kto to? Tego nie mówią. Co do tego podręcznika paneuropejskiego – to sprawa jest niełatwa. Po pierwsze, ludzie z każdego kraju uczą się historii powszechnej, czyli najważniejszych wydarzeń w skali świata. Ale uczą się także historii swojego kraju. Polacy uczą się historii Polski, a Hiszpanie historii Hiszpanii. I pod tym względem nie da się napisać podręcznika dla wszystkich. Chyba że składałby się on z kilkudziesięciu tomów opisujących osobno dzieje każdego kraju. Oczywiste jest przecież, że dla Francuzów nie ma sensu uczenia się tego o historii Włoch, czego uczą się Włosi i na odwrót. Nie da się więć stworzyć takiego podręcznika dla wszystkich. Można ewentualnie stworzyć wspólny podręcznik do historii powszechnej, ale dodatkowo będą musiały istnieć podręczniki do historii poszczególnych krajów. Nie jest to może zły pomysł, ale należy się zastanowić, kto miałby zdecydować o zawartości podręcznika. Napewno najgorszy wariant to politycy. To byłby dopiero spektakl, aż nie chce mi się myśleć. Napisaniem takiego podręcznika do historii powszechnej zająć powinna sie komisja złożona z historyków wszystkich krajów unijnych. Fundamentalne znaczenie ma proporcjonalność – z każdego kraju musiałaby być wybrana taka sama liczba ekpertów. Członkowie tej komisji powinni być wybrani przez niezależne od nacisków rządów środowiska naukowe i wtedy możnaby spróbować. Napisanie takiego podręcznika nie byłoby łatwe, ale może udałoby się go stworzyć. Polacy mogliby uzyskać prawdę w podręczniku o spawach dotyczących obozów koncentracyjcyh i Zydów, ale równie dobrze efekt finalny mógłby być taki, że uczniowie (w tym jak najbardziej polscy) uczyliby się, że Polacy są winni holokaustu.

Ile można? Wielgus daj spokój.

Nie wieszałem psów na Wielgusie, jak było o nim niedawno głośno. Pomyślałem, że leżącego się nie bije. Ale jak widać, abp Wielgus już się podniósł i to z impetem. Stwierdził, że chce autolustracji, która ma wykazać, że nie był tajnym i świadomym współpracownikiem bezpieki. Sąd Lustracyjny orzekł, że ta autolustracja zostanie przeprowadzona. Wielgus najpierw zaprzeczał, potem ściemniał, potem się przyznał i przeprosił, a teraz znowu nam zawraca głowę, że jednak jest niewinny. Niech go wyślą na msjonarza czy coś, bo mi się nie chce już o nim słuchać. Sroda popielcowa, która miała być z założenia dniem skruchy polskich duchownych, chyba się pod tym względem nie udała. Przynajmniej w przypadku Wielgusa, ale to właśnie dzięki jego osobie ten dzień skruchy postanowiono. Czyli wszystko wzięło w łeb. Na nic ta cała skrucha. A Wielgus psuje wizerunek Kościoła, bo co to za ksiądz, który swoją “ziemską” prywatę przedkłada nad dobro Kościoła? Co to za ksiądz, któremu tak zależy na “ziemskiej” sprawiedliwości?

O politykach i dziennikarzach, czyli o grupach siebie wartych.

Nie ma potrzeby powtarzać po raz enty, że niektórzy ministrowie i posłowie z PiSu pomylili zawód polityka z zawodem historyka. Być może zapomnieli, co to w ogóle jest polityka, co znaczy to słowo. Pytam po co w ogóle ten raport o WSI? O Macierewiczu większość ma już zdanie wyrobione. Nie mam zamiarów czytać jego kolejnych chaotycznych “skrótów myślowych”. Jest jeszcze ten oszołomski elektorat, który za zaleceniem biznesmana Rydzyka, modli się za pomyślność dla Macierewiczowskich scen. Ale po co w ogóle robić jakieś raporty o WSI? Przecież już te służby zlikwidowali, więc niech się zaczną w końcu czymś na bieżąco zajmować. Bo jak tak dalej pójdzie, to za parę lat TA ekipa zostanie przez następną oskarżona o to, że nic nie zrobiła, gdy się źle robiło. Na domiar złego, będą dalsze części raportu. Ciekawe, czy PiS kiedyś stwierdzi, że to już koniec, że wszystko oczyścili, napisali, aresztowali, wymienili. Wątpię. Już mamy zapowiedź kolejnych raportów czy aneksów do raportu o WSI, więc gra trwa. PiS będzie regulował temperaturę w polityce, jak będzie to mu na rękę. Gnoza nadal będzie tylko dla rządu. PiS tak naprawdę nie chce skończyć z przeszłością, bo to oznaczałoby koniec z PiSem.

Ale winne są też media. Opublikowano raport, media do Wałęsy, ten od durniów, PiS do prokuratury, kamera znowu do Wałęsy. Pytają cały czas, co jeden sądzi o drugim, ten drugi ogląda to w telewizji, czyta w gazecie i w kolejnym dzienniku, przed kolejną kamerą się odgryza, grozi. I efekt jest taki, że “Wiadomości” zaczynają się od tego, co kto o kim powiedział i kto kogo i za co poda, czy nie poda do sądu. Chyba nie o to chodzi, żeby w ławach sejmowych było pusto, a parlamentarzyści siedzieli w sądach na procesach jeden przeciwko drugiemu, o to, kto ukradł Annie Walentynowicz gumę do żucia. A może właśnie o to chodzi…

Rząd jest zły tylko jako całość. Poszczególni ministrowie są kochani.

Sikorski nagle znalazł się na czwartym miejscu w sondażu, w którym pytano Polaków, na kogo zagłosowaliby w wyborach prezydenckich, gdyby wybory odbyły się w najbliższą niedzielę. Były MON wyprzedził nawet najbardziej opalonego członka rządu, ustępując tylko Tuskowi, Kaczyńskiemu i Borowskiemu. Po odejściu Dorna, wydawałoby się nielubianego ministra, Polska znowu stwierdziła, że Dorn OK, że wywalili go, że szkoda itd. W niepamięć poszły nieładne wypowiedzi ministra, który rzeczywiście swego czasu nie błyszczał. Wszystko, co złe mu zapomniano i ze współczuciem zastanawiano się, dlaczego doszło do jego dymisji. Mnie zastanawia, dlaczego Polacy, ci Polacy, którzy bardzo negowali rząd, nagle okazują taki żal, jakby stanowiska tracili ich najlepsi, ulubieni ministrowie. Trochę to dziwne, ale mam wrażenie, że chodzi tutaj o pewną skłonność, którą można przypisać wielu Polakom, nawet do tego stopnia, by stwierdzić, że jest to cecha narodowa. Tą cechą jest współczucie i gloryfikowanie przegranych. Jest ona tak silna, że przestaje się  liczyć nawet to, że taki Sikorski i Dorn byli członkami znienawidzonego rządu. Podobnie jest z faktem, że na swoich klęskach Polacy budują patriotyzm. Pewnie jakby Kaczyński odwołał wszystkich ministrów, to obserwując reakcje Polaków, opłakujących członków rządu, możnaby uznać ten rząd za najlepszy, jaki można było powołać. Z tym, że nigdy nie żałowanoby tego rządu jako całości, ale wzdychanoby za poszczególnymi jego członkami.

Nie nabieram się na “akcję Sikorski”

Na pożegnaniu Sikorskiego pompa jak rzadko. Media płaczą, blogi płaczą, jutrzejsze dzienniki płaczą. Tylko dlaczego? Nie wiem skąd nagle takie głosy poparcia dla Sikorskiego. Podkreślają one, że był to jedyny “światowy” członek rządu Kaczyńskiego; jedyny minister, którym można było sie pochwalić przed światem. Nie wiem dlaczego, ale mam takie wrażenie, że te wszystkie, nie wiadomo za co prawione komplementy, mają inny cel. Myślę, że pod tymi słodkimi opiniami na temat byłego MON kryje się chęć skrytykowania i pogrążenia braci Kaczyńskich. Nie pamiętam innej dymisji równie krytykowanej przez media i ogólnie społeczeństwo. Co niby takiego zrobił ten Sikorski, żeby tak go żałować? Może podziwiają go za to, że kształcił się na Zachodzie; za to, że zna “wielki swiat”; za to, że ma dobrą aparycję. Ale co on takiego zrobił jako MON? A co do jego wykształcenia i przygód z “wielkim światem”, to może warto przypomnieć jak do tego “wielkiego świata” się przedostał.

“Był przewodniczącym Uczniowskiego Komitetu Strajkowego podczas wydarzeń bydgoskich w marcu 1981 roku. W latach 1981-89 uchodźca polityczny w Wielkiej Brytanii.” (www.radeksikorski.pl)

Niech każdy interpretuje to jak chce. Według mnie to cwaniactwo – stanąć na czele jakiegoś tam strajku szkolnego, potem zwiać do Wielkiej Brytanii i tam jako uchodźca polityczny zacząć sobie nowe życie, podczas gdy nie tak banalni opozycjoniści mieli jeszcze kilka rzeczy do zrobienia w Polsce. A Sikorski studiował sobie w tym czasie na Oksfordzie, a potem pisał reportaże. Niezła “kariera”.

O degradacji generałów i ogólnie o PiSie

Politycy PiSu przygotowują ustawę, która ma zdegradować twórców stanu wojennego, generałów, którzy weszli wskład WRON: Jaruzelskiego, Kiszczaka, Siwickiego i Hermaszewskiego. Jak zwykle PiS musi mieć jakiś temat zastępczy, żeby tylko nie zająć się teraźniejszością. W sprawie lustracji zgadzam się – jest ona konieczna i to z niejednego powodu. Ale jaki ma sens zajmowanie się ustawami degradującymi emerytowanych generałów? Co to zmieni? Poza PiSem niewielu Polaków pewnie poczuje jakąkolwiek ulgę, a PiSowi i tak to nie starczy. Może na jakiś czas odetchną, ale to są ludzie skażeni nienawiścią i napewno po krótkim czasie wymyślą coś nowego. Przed Polską są ważniejsze sprawy niż to, czy Jaruzelski ma mieć tytuł generała czy nie. W sprawie tej ustawy zabierał głos Szczygło z Kancelarii Prezydenta, więc być może związany jest z tą ustawą prezydent. Proponowałbym, żeby zajął się raczej sprawami pracowników i wymuszeniem na pracodawcach przestrzegania praw pracowników, o którym to postulacie czytałem w jego programie wyborczym. Druga sprawa to to, że (jak akurat słusznie twierdzą Niesiołowski i Lepper) tego typami spraw powinien zajmować się sąd, a nie politycy. Powinien, jeżeli już ktoś musiałby, bo uważam, że nie należy wcale zajmować się degradacją generałów. Teraz PiS ich zdegraduje, a następny rząd może z powrotem przywróci im utracone stopnie. A jeszcze następny może znowu im odbierze, itd. Determinacja polskich polityków, a szczególnie PiSu jest tak silna, że nie przeszkodziłaby im nawet śmierć 84-letniego dzisiaj Jaruzelskiego. Nie zdziwiłbym się, gdyby głosowali nad tym w Sejmie nawet, gdyby Jaruzelski już nie żył. Co więcej, byłoby to według mnie prawdopodobne. Ale cóż, PiS musi mieć wroga. Jak systemy totalitarne. Hitler miał głównie Zydów, Związek Radziecki był pod tym względem o wiele gorszy. Tam “wrogiem ludu” mógł stać się każdy. PiS ma za wrogów właściwie nie tylko komunistów i postkomunistów, ale też ludzi typu Igora Chalupca, który zawinił tylko tym, że do stanowiska prezesa Orlenu doszedł wcześniej niż Kaczyńscy do władzy. I właśnie tą sprawę uważam za najbardziej absurdalną i bulwersującą w ostatnim czasie. Chalupiec nie stracił stanowiska ani za błędy, ani za przestępstwa jak np. korupcja, ani za choćby podejrzenie związku z UB czy SB. Stracił je dlatego, że zrobił karierę w III RP, co dla Kaczyńskich jest nie do zaakceptowania. Analogicznie można powiedzieć prawie wszystko. Dlaczego mamy uznawać doktoraty Kaczyńskich? Za komuny zrobili!

Polsko, kraju głupi.

W Bydgoszczy wpuścili na rynek jakąś lewą mąkę. Naukowcy z UKW przeprowadzili badania, z których wynika, że mąka zawiera toksyny mogące powodować problemy z nerkami, a nawet raka nerek. Wspaniałomyślni naukowcy nie podali jednak marki tej mąki. A niech się naród pochoruje! – myślą. Sanepid nic oficjalnie nie wie, sprawę zna z mediów i ma sprawę w… . Nie może się tym jeszcze zająć, bo … (i tutaj jakieś pierdoły). No to poczekajmy, aż się naród pochoruje. Polska służba zdrowia nie może się doczekać nowych pacjentów, szpitale puste, lekarze się nudzą i gdyby nie szansa, że przez tą lewą mąkę ludzie mogą zacząć chorować, to NFZ musiałby zwijać interes. Polsko.

O rewelacji TVP na temat raportu The Likwidator’a.

W “Wiadomościach” podali, że ich ekipie udało się dostać do raportu WSI, który ma być opublikowany za kilka dni.  Sensacja, że WSI próbowały zdobyć kontrolę nad mediami może i byłaby dla mnie sensacją, ale jakby kto inny był tym likwidatorem, a nie (polityczny) schizofrenik – Macierewicz. (Specjalnie napisałem “polityczny”, żeby zwrócić uwagę, że w naszym parlamencie się przyjęło, że jak się powie, że “polityczny”, to można bez lipy powiedzieć wszystko o wszystkich.). Nie mam zamiaru w ogóle przyjmować do wiadomości jakichkolwiek raportów Macierewicza. Za tą wypowiedź to i ja byłbym w tym raporcie jako wróg narodu (może gdzieś mnie jeszcze wciśnie na boku). A Wildstein jako dyrektor TVP to niby nie jest kontrola nad mediami? Tak jednotorowego myślenia, jakie reprezentuje ten cały PiS, to można pozazdrościć.

Prawdziwi zostaną.

Teraz mogę już powiedzieć: chyba się pomyliłem. Myślałem, że Kościół w Polsce, rozumiany jako wspólnota katolików, czeka kryzys. Dobrze znane są mi przykłady, kiedy ludzie zniechęceni instytucją Kościoła, odwracają się od wspólnoty Kościoła i zarazem od swojej religii. Nie przychodzi mi nic innego do głowy, jak tylko to, że ich wiara jest krucha. Silna wiara nie jest zachwiana przez trudności Kościoła, co więcej – trudno mi pojąć tych, którzy odrzucają wiarę ze względu na postawy jednostek, nawet gdy jednostką taką jest hierarcha kościelny. Dzisiaj święto Trzech Króli, kościół pełny. Fakty ostatnich dni jakby nieistotne, niewyczuwalne. Powinno się pamiętać, że należy oddzielić dwie sprawy. Pierwsza to prawo do posiadania własnego zdania, nawet bardzo krytycznego, na temat instytucji Kościoła. Natomiast druga to trwanie w wierze (co wymaga też pewnego rodzaju kontaktu z klerem), na co sytuacja w Kościele nie powinna mieć negatywnego wpływu. Myślę, że taka właśnie postawa ma w Kościele w Polsce wielką przewagę. Nie wieszczę więc kryzysu. Spodziewam się co prawda, że niektórzy odsuną się od Kościoła, ale dla większości z nich, zło w Kościele będzie pewnie tylko pretekstem. Prawdziwi zostaną.

Legalize it, ale…

Jestem za legalizacją marihuany, bo skoro Bóg dał człowiekowi wolność, to niech człowiek ma wolność. Należałoby tylko wprowadzić ograniczenie sprzedaży do specjalnie określonych miejsc, gdzie wstęp byłby od 18 czy 21 lat, zakaz palenia w miejscach publicznych, no i może ograniczenie posiadania tychże liści tylko do określonej, niewielkiej ilości, albo nawet tylko w tych miejscach tudzież “palarniach”, o których w tym zdaniu wspomiałem. Rozwiązania mogą być różne, pewnie doskonalsze od tych zaproponowanych przeze mnie. Chcę zwrócić uwagę na to, jaki cel przyświeca mi w tych obwarowaniach. Chodzi o to, żeby zminimalizować szanse dotarcia tak zwanego siuwaksu (po co mam pisać “marihuany”, skoro to słowo ma tyle synonimów, ile przekleństw ma polski język) do osób, do których nie powinien dotrzeć – czyli do tych, za których myślą jeszcze inni, czyli do dzieci. Myślę, że to, co zastosował wobec nas Bóg, czyli wolną wolę bez ograniczeń, można nazwać liberalizmem liberalizmów. Jednak człowiek żyje w społeczeństwie, które organizuje się tak, by człowiek był nie tylko wolny, ale i bezpieczny. A to w parze nie idzie. Społeczeństwo ogranicza wolność człowieka po to, by zwiększyć bezpieczeństwo jego bliźnich. Jest to pewnego rodzaju umowa społeczna, której brak spowodowałby wysoce negatywne skutki. Wolność bez ogranczeń to brak bezpieczeństwa. Dobro jednostki często stoi w sprzeczności z dobrem ogółu. Zdaje się, że społeczeństwo, by utrzymać porządek społeczny i względne bezpieczeństwo, musi ograniczać ten Boży liberalizm, by prawidłowo funkcjonować. Jednakże, zalegalizowanie giboniwa [marihuany - przyp. autora] na ściśle określonych zasadach uwzględniających cel, o którym była mowa, to rzecz, którą jesteśmy smakoszom bata [marihuany - przyp. autora] winni.

Filozofia w szkołach

Za sprawą pomysłu wysuniętego przez Giertycha, zaczęła się w Polsce debata nad potrzebą wprowadzenia filozofii w szkołach. Osobiście, zgadzam się z tym, że filozofia powinna być przedmiotem w liceach. Wydaje mi sie, że człowiek, który kończy liceum, czyli zdobywa średnie wykształcenie, powinien mieć podstawową wiedzę o filozofii. Niby jest ona wpleciona w język polski, ale pewnie nie wszędzie i w zbyt małym wymiarze. Jeżeli chodzi o przydatność filozofii w życiu, to napewno nie jest ona mniej przydatna niż inne przedmioty. Nawet jeśli byłaby nauczana pobieżnie, w nienajlepszy sposób i przez nienajlepszych nauczycieli, to i tak warto. Ci, którym filozofia się spodoba, zaczną czytać sami. Niech ten przedmiot choćby zainteresuje część uczniów filozofią. Nie posługiwałbym się przytaczanym argumentem, że w Europie Zachodniej uczy się filozofii, a np. we Francji matura z tego przedmiotu jest obowiązkowa. Obecny poziom kulturowy na Zachodzie to jest dno i zamiast szukać tam wzorców, powinniśmy raczej znaleźć je w polskim szkolnictwie okresu międzywojennego. Jednak przy omawianiu tej kwestii przychodzi mi do głowy jeszcze inny problem. Potrzebna jest reforma, która doprowadziłaby do likwidacji większości liceów. W ich miejsce powinny powstać szkoły zawodowe i technika, bo coraz bardziej zwiększa się zapotrzebowanie na zawody, które zdobywa się po ukończenii tych szkół. Także dlatego, że licea są dzisiaj wypchane ludźmi, którzy nie powinni do nich trafiać, ale tych szkół jest tak dużo, że dostać się do jakiegoś tam liceum, to nie jest sztuka. I tym samym skończyć liceum to nie jest sztuka, bo poziom w większości jest taaaaki sobie. W tych liceach z dolnej półki wprowadzić filozofię, to tak jakby głuchy kupił sobie płytę z muzyką. Dlatego mój pogląd jest taki, że należy zwiększyć prestiż liceum i wtedy można wprowadzić do niego filozofię, łacinę, literaturę klasyczną.

Jak z tego wybrnąć?

http://www.zwoje-scrolls.com/zwoje44/text02p.htm
Zdaję sobie sprawę, że jest wigilijna noc. Kolację wigilijną, itp. mam już za sobą, więc – jak to rapował Ash: “Kiedy gwiazdy lśnią i jest cichy cały dom” – siadłem przed komputerem i zacząłem trochę szperać w internecie. Natknąłem się zupełnie przypadkiem na dwa bardzo ciekawe artykuły. Jeden z nich to ten, do którego łącze zamieściłem powyżej. Jest to tekst prezentujący 10 zasad, które według autora – Piotra Sztompki – “odnoszą się wprost do problemu lustracji i pozwalają łatwo odróżnić lustrację “dziką” od cywilizowanej.”. Zgadzam się z większością twierdzeń zawartych w artykule. Daleki jestem od prezentowania twardej opinii na temat lustracji. Niechętnie wypowiadam się na ten arcytrudny temat. Myślę, że lepiej nie formułować jakichś tez, gdy nie ma się wystarczającego przekonania, co do ich słuszności. Nie ma przecież konieczności prezentowania czy nawet posiadania jakiegokolwiek stanowiska w sprawie lustracji. No chyba, że jest się na przykład premierem, MSWiA, MS,… Jednak, chciałbym odnieść się do pewnej kwestii, co do której się z profesorem Sztompką nie zgadzam. Pisze on tak:

“Paradoksalnie, domniemani agenci, to także często ofiary systemu, czasów, w których żyli, presji, która przekroczyła ich odporność. Może zasługują choć trochę na współczucie, a nie tylko odwet.”

To już moim zdaniem przesada. Zdaję sobie sprawę, że miały miejsce różne okoliczności, wobec których jedni ulegali i dali się werbować. Jednak obok nich byli też ci, którzy znosili może i jeszcze gorsze próby bezpieki, nie dając się zwerbować nigdy. Ktoś może powiedzieć, że każdy człowiek jest w różnym stopniu silny, by przezwyciężyć tego typu rzeczy i nie dać się zwerbować, i że w takim razie nie powinno się oceniać wszystkich według tych samych kryteriów. Tego typu głosy znane są w nauce, ale nie uważam ich za słuszne. Analogicznie, są ludzie źli i dobrzy. Gdyby uznawać legitymację złych do czynienia zła, bo tacy właśnie są, nie moglibyśmy im nic zarzucić. Wytłumaczenie byłoby takie: przecież takimi zostali stworzeni. Mało tego, idąc dalej tym tokiem myślenia, nie moglibyśmy chwalić dobrych za ich dobroć, ponieważ takimi zostali stworzeni i nie ma w ich postępowaniu ich zasługi. Według mnie to absurd. Dlatego uważam, że wolno mieć negatywną opinię o pewnych służących bezpiece kapusiach, jak również pozytywną o tych, którzy złamać się nie dali. Mogę zgodzić się z profesorem Sztomką, że agenci byli ofiarami, jednak uzupełniając tę wypowiedź o dopełnienie – (ofiarami) własnej słabości. W zdaniu, które zacytowałem razi mnie także słowo “odwet”. Wskazywałoby ono, że to, co może spotkać ujawnionych agentów, będzie adekwatne do ich haniebnej działalności w PRL-u. Zauważmy do czego niejednokrotnie prowadziła działalność tajnych współpracowników. Zauważmy, jakie krzywdy oni wyrządzili ludziom, którzy mieli ich za przyjaciół. Czy ktoś mówi o podobnych skutkach lustracji?? Mało tego, śmiem twierdzić, że koniec PRL-u nie przyniósł końca szkodliwej działalności agentów i ich TW – tajnych współwinowajców.

Początek. Boże Narodzenie.

Witam.

Na blogu tym będę dzielił się swoimi przemyśleniami na różne tematy. Nie mam zamiaru skupiać się na tym, co jadłem na obiad, ani zwierzać się w sprawach typu: zakochałem się w Mariolce. Nie będzie to blog intymno-powszechny. Nie będzie też pisany “pod publiczkę”.

Ciężko nie napisać czegoś odnoszącego się do świąt. W końcu wszyscy o nich pewnie myślą. Sprawa osobista jak kto i czy w ogóle je przeżywa w wymiarze religijnym. Nie o tym mowa. Może moje wrażenie są tylko moimi wrażeniami, ale jakoś pozytywnie widzę “gorączkę przedświąteczną” w tym roku. Nie zauważyłem tego charakterystycznego, komercyjnego przesytu, który widziałem nieraz w poprzednich latach. Telewizji nie oglądam, ale z tego co jednym okiem i uchem do mnie dociera, to chyba nie przeginają. Portale internetowe też jakoś w normie. Raczej wątpie, żeby tego przesytu rzeczywiście nie było, ale chociaż dobrze, że ja go nie widzę. Widać, że ludziom żyje się trochę lepiej. Wysatrczy spojrzeć na autobusy, które zaczynają przypominać towarowe a nie osobowe środki komunikacji. Ludzie z torbami, których objętość przekracza objętość ich właścicieli, to chyba najbardziej charakterystyczny obrazek ostatnich dni. Jakby to powiedział Jurek Kiler: “W sumie jest git.”. Trzeba tylko znaleźć jeszcze jakiś umiar w tych wszystkich przygotowaniach i zakupach, i pamiętać, że przecież te rzeczy są dla nas, a nie my dla nich.