Aborcja, zmiana dyskursu; Jurek nie-radykał, a lewica-obłudnica!

Jak napisałem już w kiedyś, nie widzę żadnych powodów, by nazywać Marka Jurka radykałem. Ostatnio, przy okazji wyborów uzupełniających do Senatu, w których kandyduje Jurek, zaczęło się znów trochę o nim mówić i zapraszać go do mediów. W programie, który oglądałem, bardzo pochlebnie o Jurku wypowiedział się Stefan Niesiołowski. Etykietę radykała przypiął Jurkowi Ryszard Kalisz. No i znowu powtarza się moje pytanie ze wspomnianego wyżej tekstu: Dlaczego, do diabła, Jurek to radykał?! Kłamstwo powtarzane sto razy… Chyba na tym jedzie ta bezobyczajowa liberalna obyczajówka. Powtarzam to, co już napisałem - skoro w Polsce, kraju katolickim, uważa się człowieka, który jest za ochroną życia i ma w tej kwestii zdanie nieodbiegające od nauki Kościoła, za radykała… To jest coś nie tak! Dlatego, myślę, że to jest raczej wmawianie społeczeństwu przez te środowiska bezobyczajowej liberalnej obyczajówki, że Jurek to radykał. A z niego taki radykał, jak ze mnie ornitolog. Czyli nie jest z niego radykał.

Absurdem jest postawa lewicy w kwestii aborcji. Lewica - altruiści, bezinteresowny kolektyw, w którym też, a właściwie głównie, zwierzęta, planety wszystkie, woda pitna i niepitna, góry, lasy, rozpudy etc. Ale aborcja… Kto by tam się z lewicy interesował życiem człowieka?! Ważniejsze jest tzw. “prawo człowieka do decydowania o aborcji”. Tu jest właśnie ta obłuda lewicy - niby najpiękniejszej ideowo doktryny, która z krwią na rękach niesie świetlaną przyszłość Wszechświata.

Ostatnio miałem okazję wysłuchać ciekawego referatu na temat prawa naturalnego według Johna Finnisa. Filozof ten obok wielu bardzo ciekawych twierdzeń, wypowiada się też na temat aborcji. Proponuje on coś bardzo sensownego, czyli zmianę dyskursu dotyczącego aborcji. Zauważa, że w dyskursie tym, tkwiącym w nurcie liberalnym, dyskutuje się o aborcji tylko na pewnym poziomie - prawa do aborcji, albo braku prawa do aborcji. Finnis proponuje zmianę tego dyskursu na dyskurs nad substancją, co oznacza przeniesienie ciężaru dyskusji na kwestię, czy aborcja jest zła, czy jest dobra, zamiast dyskusji nad tym, czy ma się prawo do aborcji, czy nie. Finnis, jako przeciwnik aborcji, twierdzi też, że skoro nie jesteśmy w stanie określić dokładnie, kiedy rozwijające się w łonie matki życie można nazwać człowiekiem, należy przyjąć (i on tak przyjmuje), że żyjący człowiek pojawia się w momencie poczęcia. Jeżeli tak nie jest, twierdzi Finnis, to niech ci, którzy to mówią, udowodnią to. W ten sposób, w związku brakiem dowodów, kiedy należy uznać rozwijające się życie za człowieka, Finnis ciężarem znalezienia tych dowodów obarcza przeciwników twierdzenia, że życie ludzkie rozpoczyna się w momencie poczęcia. Rozumuje w stylu: Proszę bardzo, uważasz, że nie zabija się człowieka, tylko płód czy jak to nazwiesz, to udowodnij, kiedy zaczyna się człowiek.

Apatheia i apatia

Piękny przykład, który podał rotus w komentarzu do mojego wpisu o szczęściu, dotyczy innego rozumienia szczęścia - opisywany człowiek, jak to się mówi, “miał szczęście”, co znaczy tyle, że miał farta, miał fuksa. Panna kiwi ograniczyła się tylko do zanegowania tego, co (gdzieś na marginesie obok tego, “jak”) napisałem o szczęściu, nie dając choćby tropu, który mógłby nas naprowadzić na sposób, w jaki ona (panna kiwi) pojmuje szczęście. Napisała, że to, o czym piszę, to nie szczęście, tylko apatia. No to kilka słów o apatii.

Znalazłem - co prawda po angielsku, ale jestem przekonany, że panna kiwi i inni dobrzy ludzie, którzy odwiedzą mój blog, bez większych problemów zrozumieją, o co chodzi - pewien tekst, który tłumaczy, czym jest apatheia i który tu cytuję:

“So what?” you have said to me. “So what if only our reactions are under our control?” You went on at length, complaining that I gave you a taste of wisdom and then pulled away the spoon. Indeed, dear friend, perhaps I was too abrupt in my last letter. I shall this time around correct my former deficiency. You should, though, recall that too much wisdom at a time is dangerous to the foolish man.
If we cannot control the thousand natural shocks which this flesh is heir to, what can we do? We can resist them or we can accept them. To resist the course of events, we must steel ourselves to rail daily ‘gainst the heavens; to deny that what is, is; to work ceaselessly to change a world that will not be changed. It is possible that we find satisfaction in fighting a fight, but whether it is a good fight is arguable.
If we accept events, that is, if we keep our will in accordance with nature rather than decrying it, we find that our affairs run more smoothly. The whiplash of another does not sting quite so sharply; neither do we feel quite as strongly the pangs of envy, lust, pride, &c; we achieve what the Greeks called apatheia, apathy.
Now, we moderns have attributed to this wonderful word a disgusting meaning and connotation. We call teenagers “apathetic” because their stock response is “I don’t care;” political scientists say the same thing about electorates because they don’t vote, and so forth. For a Stoic, apatheia is an objective devoutly to be wished. It does not mean that he does not care, but rather that he accepts what happens and acknowledges that he cannot change what is already done. Moreover, the currents in the affairs of men are tranistory. An event might bring him pain, but he knows that the pain is fleeting. It might bring him joy, but that too is fleeting. Stoic apatheia is a state of calm that is unperturbed by events, but is not a state of truly not caring. In this world at this time, when instiutions long established seem constantly on the verge of collapse, when chaos and destruction lurk around every corner, how wonderful must that apatheia be!
What can we do, then, to achieve such a peaceful state?
Epictetus, in his Encheiridion or “Manual for Living,” advises that we start small. When beholding a vase, I should remind myself that it is only a vase, a thing of clay and fire. It is prone to fracturing, to shattering outright. It will break, as likely as not. What then? I have lost a vase, nothing more. When I go to the gym, or the baths as Epictetus writes, I remind myself what that means: that there will be shouting, some men tussling, grunting, perhaps jostling, and even theft. I should not go the gym expecting peace and quiet, a relaxing or reflective time, because I will be disappointed and, thereby, perturbed.
In this way, that is, by taking things as they are I can maintain my equanimity and my inner tranquility, even while everyone around us is losing theirs and blaming us for it.

Cura ut valeas, Amice. I will endeavor to more quickly answer your response next time.

źródło: http://stoictraveler.blogspot.com/2007/01/on-stoicism-part-ii-on-apatheia.html

Nie twierdzę, że ta filozofia jest najlepsza. Zgadzam się z definicją szczęścia zaproponowaną przez Epikura, która ociera się mocno o pojęcie apatheia, ale nie propaguję żadnej konkretnej drogi do osiągnięcia szczęścia. Szczęście rozumiane w ten sposób, czyli jako połączenie ataraksji i aponii, jest moim zdaniem raczej chwilowe, ale możliwe do częstego doświadczania. Nie ma charakteru trwałego, w stylu, żeby móc powiedzieć: “Teraz osiągnąłem szczęście i będę szczęśliwym człowiekiem do końca życia”. Mówiąc o szczęściu ludzie zwykle mają na myśli stan względnie trwały. Ja kłądę nacisk na możliwość doświadczenia szczęścia, nie na możliwość bycia szczęśliwym - co rozumiem jako stan względnie trwały. Dla przykładu, przyświeca mi takie rozumowanie, że szczęścia można doświadczyć obojętnie gdzie i obojętnie kiedy, a warunkiem jest choćby chwilowe znalezienie się w stanie aponii i ataraksji. Nie twierdzę, że szczęście jet możliwe do doświadczenia wtedy, kiedy zrealizuje się swoje cele, poukłada odpowiednio sprawy, itd. Bo po zrealizowaniu jednego celu pojawia się następny itd. A życie bez celu nie ma sensu. Na koniec zacytuję artystę Eldo, którego myśl bardzo trafnie koresponduje w pewnym sensie z tym, o czym mówię:

Nikt nie wie, po co biegnie. Czy na pewno po szczęście?
Czy sam bieg nie jest biegu sensem? To nie jest pewne.

Hip hop i filozofia

Ten WordPress daje użytkownikowi taką opcję, że można sobie podpatrzeć, po jakich słowach wpisywanych w google, na liście odpowiedzi pokazywał się blog. Zaglądam tam i widzę czasem, że ludzie wpisują frazy typu: filozofia hip hopu, hip hop filozofia, filozofia rapu. Zastanawiam się, czy to hip hop do tak wysokiej rangi w oczach niektórych wyrasta, czy może filozofia do takiej niskiej rangi spada. Jako hiphopowiec twierdzę, że prawdą jest to drugie. Słowo filozofia się zaciera. Każdy ma filozofię - np. bardzo często się słyszy, że filozofię ma trener. Potocznie się tak mówi i nic w tym złego nie widzę. Tylko, że jakoś nie mówi się o tej filozofii filozoficznej, dzięki czemu ta filozofia zostaje zastąpiona tamtą. Dzięki temu zjawisku ranga filozofii spada, bo spada ranga słowa filozofia. A hip hop… czy hip hop ma swoją filozofię, taką filozoficzną? Uważam, że nie. Ktoś może powiedzieć, że mówiąc o filozofii hip hopu, mówi się właśnie o tym potocznym znaczeniu tego słowa. Jeśli tak, to w porządku. Tylko, że ja nie jestem przekonany, że tym, którzy zestawiają hip hop i filozofię, chodzi głównie o to potoczne rozumienie. Hip hop nie ma żadnej filozofii, nawet tą potoczną trudno już w nim odnaleźć. Najtrudniej chyba w rapie, bo to ten element hip hopu zabrnął najwyżej i chyba też dlatego tak się zróżnicował, co jest kolejnym argumentem na to, że filozofia hip hopu nie istnieje.

Świat jest piękny

Słyszałem dzisiej, że podobno w Poczcie Polskiej wyszło jakieś zarządzenie, że kurierom, którzy wożą przesyłki, nie wolno jeździć z większą szybkością jak 70 km/h. Więc, jak jedziesz teraz na jakiejś trasie i jest Stau, to ludzie mówią, że z przodu jadą ci z poczty. Czyż to nie jest piękne.

“Dzięki ci człowiek za to, że w moment można tu zmienić w ironię świat”

O.S.T.R.

Czym jest szczęście?

Od czasu, kiedy stałem się “uczniem” Schopenhauera, uważałem, podobnie jak Artur, że szczęścia to człowiek za życia nie osiągnie. Cały czas będzie do czegoś dążył i nigdy nie zazna spełnienia. Potem spotykałem różnych ludzi, czytałem wywiady, oglądałem programy. I nierzadko ludzie mówili, że są szczęśliwi. Myślałem sobie, że im się coś myli i nie wiedzą w takim razie, czym jest szczęście. Tak myślałem, bo będąc pod wpływem Schopenhauera, sformułowałem definicję szczęścia, która mówiła, że jest to stan, w którym nie oczekuje się niczego więcej ponad to, czego już się doświadczyło, bądź doświadcza. Po czasie, pod wpływem innej już sytuacji, zmieniłem radykalnie, jak mniemam, swój ogląd na istotę szczęścia. Od tego czasu zacząłem przychylać się do poglądów Epikura, nie jako takich, lecz jego definicji i sposobu pojmowania szczęścia właśnie. W tym momencie, niestety, pewnie konieczne jest, bym chociaż w jednym zdaniu napisał, że epikureizm nie wychwala hedonizmu, jak to gdzieniegdzie się utarło. Otóż filozofia Epikura miała w sobie coś, co widać także u Schopenhauera, z tym że u Artura miało to gorzki smak. Schopenhauer jedyną ucieczkę - i to właściwie dosłowną - od popędów, ciągłego dążenia do szczęścia, którego i tak nie da się osiągnąć, widział w odwróceniu od tej pogoni uwagi. Dla Epikura natomiast szczęście było w zasięgu ręki. Wymagało co prawda ascezy i odrzucenia zmysłowych potrzeb, więc było trudne, ale jednak osiągalne.  Epikur dotyka, według mnie, sedna szczęścia, wiążąc je najściślej z ataraksją, czyli spokojem duszy. Jako drugi wyznacznik szczęścia wymienia aponię, czyli bezboleśność ciała. Czy szczęście to coś więcej, aniżeli połączenie ataraksji i aponii? Zadajmy sobie to pytanie.

A co wy z tą prawicą?

Ostatnio kilka razy otarłem się o jakieś debaty typu: Co z polską prawicą? Ni stąd ni zowąd dyskusja pełną gębą. PiS zjechał trochę w sondażach i się zaczęło przepowiadanie przyszłości. Co będzie z PiSem? Kto będzie po PiSie? Jaka będzie rola PO? Burza w szklance wody, rzekłbyś. Jak dzisiaj to wygląda? Rządzi partia nijaka, bezideowa, bagno. Mówi się, że bagno to po prawej stronie sytuować należy. Moim zdaniem, ani po prawej, ani po lewej. Ot, bagno. Jednak pozycja PO widziana jest na “ledwożeprawicy”, ale jednak - na prawicy. PiS - jak uważają ci, co głosu najwięcej mają, to prawica bezapelacyjnie. No więc, co z tego wynika? To, że Polska prawicą stoi? Skoro PO i PiS mają 78% mandatów w Sejmie… Dlaczego w takim razie wylewać litry atramentu na ten temat?

Ferdydurke

Z uśmiechem przyjąłem dzisiaj wiadomość, że Andrzej L. być może wystartuje w wyborach uzupełniających do Senatu, które na skutek śmierci senatora z Prawa i Sprawiedliwości, Andrzeja Mazurkiewicza, zostaną przeprowadzone na Podkarpaciu. Z uśmiechem, bo jestem spokojny, że ten pseudopolityk już się skończył i nie ma siły, która go wciągnie do parlamentu. I tyle. Taką o to pierdołą się zająłem i sobie piszę o takiej pierdole. Nie wiadomo, dlaczego, specjalnie nie odstaję w tym momencie pod względem wysiłku intelektualnego od wszelkich mediów elektronicznych. Tak bowiem ambitne tematy tam przeważają. Najlepszym przykładem gadania o dupie Marynie jest serial “Kawa na ławę”. Ten wzorowany zapewne na operze mydlanej “Moda na sukces” serial oddaje trafnie istotę misji mediów w Polsce. Chodzi o to, że co tydzień przy kawie na ławie spotykają się wybitni politycy (w tych rolach znakomitości pokroju Tadeusza Cymańskiego) i sobie gaworzą o tym i o owym, łącząc się co najmniej raz na program w jednoczesnym skowycie. Nad całym przedsięwzięciem czuwa pan redaktor Rymanowski. Po wypyskowaniu się, kilkakrotnej obrazie, wszyscy wzajemnie klepią się po dupach i życzą sobie miłej niedzieli. Scenariusz powtarza się w niedziele kolejną i wszystkie następne. Nic tylko poczekać jeszcze trochę, a zamiast “program z udziałem polityków” (bo, że “publicystyczny”, to już nie śmią nawet ci w telewizji mówić), nazwie się to po prostu “program rozrywkowy”. Idąc za ciosem rozbuduje się Sejm o miejsca dla publiczności i zacznie reklamować w TV jego obrady. Szczególnie, kiedy po przejęciu obowiązków ustawodawczych przez Unię Europejską, polski poseł będzie już mógł się oddać bez reszty temu, co posłowie lubią najbardziej. Niech żyje demokracja! Niech żyje nowoczesna Europa! Niech żyje farsa!

Polacy i kapitalizm

Janusz Korwin-Mikke postawił na swoim blogu tezę, że poparcie PO wzrasta właśnie dlatego, że partia ta porzuciła swoje liberalne projekty. Ludzie zagłosowali na PO nie dlatego, że chcieli liberałów, a dlatego, że nie chcieli PiS. Zagłosowali na PO, pomimo jej liberalnych projektów. Teraz widząc, że było to tylko czcze gadanie, są uspokojeni i dlatego popierają Platformę. Wydaje się, że jest to teza trafna. Nawiasem mówiąc, gdyby przed wyborami PO zamiast udawać partię liberalną, przedstawiła prawdziwe swoje zamiary, mogłaby osiągnąć wynik jeszcze lepszy. Dlaczego? Bo istotnie, Polacy nie chcą kapitalizmu. Pozostaje zapytać, dlaczego.

W niespecjalnie dobrym artykule naukowym pt. “Liberalizm konserwatywny Unii Polityki Realnej” autorstwa Danuty Karnowskiej, który to artykuł został opublikowany w “Athenaeum” w nr. 14-15 (2006), autorka wyraża jakby pewne zdziwienie, że mimo wolnościowej tradycji i talentowi przedsiębiorczemu Polaków, UPR, będąca apologetą wolnego rynku, jest partią marginalną. Problem ten jednak nie jest głównym przedmiotem zainteresowania Karnowskiej, dlatego autorka pozostała jedynie na powyższym wniosku. Sprawa stosunku Polaków do liberalizmu ekonomicznego wymaga jednak kilku zdań komentarza. Wydaje się, że sedno sprawy świetnie oddaje Hans-Hermann Hoppe, filozof libertariański, w przedmowie do polskiego wydania swojej książki “Demokracja: bóg, który zawiódł”, o czym za chwilę. Powszechna jest opinia, że źródłem antyliberalnej (w zakresie gospodarki oczywiście) postawy dużej części naszego społeczeństwa jest mentalność ukształtowana w okresie Polski Ludowej oraz brak umiejętności i gotowości do wzięcia swojego życia w swoje ręce, co również wiąże się z oddziaływaniem socjalizmu. Poglądy te zapewne są słuszne, ale nie wyczerpują poruszonej kwestii. Hoppe, który nie jest pewnie w swoim zapatrywaniu odosobniony, uważa, że winę za uprzedzenia społeczeństwa polskiego względem kapitalizmu ponoszą politycy, którzy znaleźli się u steru władzy w czasach, gdy Polska paliła za sobą demoludowy most. Filozof wytyka politykom, że wraz ze swoimi - jak pisze - “totumfackimi” z poprzedniej nomenklatury zagarnęli znaczny procent narodowego majątku. W efekcie, biznes dostał się w ręce, delikatnie ujmując, nie najczystsze. Widząc to, społeczeństwo, dotknięte bezrobociem, nie wyrobiło sobie o wolnym rynku dobrego zdania. Wnioski Hansa-Hermana Hoppego są słuszne i nie należy ich pomijać w analizowaniu postaw polskiego społeczeństwa. Warto zadać sobie pytanie, co należy zrobić, by Polacy opowiedzieli się za liberalizacją gospodarki. Uważam, że nadzieja jest w tym, by próbować przekonać ich, że praktyki, którymi otwarto nową kartę naszej historii, więcej wspólnego miały z “czarnym rynkiem”, niż z wolnym rynkiem.

Miedwiediew>Putin

Tylko w jednej telewizji, ale nie pamiętam, w której, powiedzieli coś, co odnośnie zmiany genseka w Rosji uważam i ja. Otóż nie sądzę, że Miedwiediew będzie grzecznym chłopcem Putina. Nie mówię, ile czasu musi upłynąć, ale pewnie niewiele, żeby nowy car przyzwyczaił się do władzy i zbudował swój własny dwór, w którym Putin nie będzie nawet odźwiernym. Tak należałoby rozumować mając na uwadze historię XX-wiecznej Rosji. Taki choćby Józef Stalin konsekwentnie usuwał wszystkich, którzy mieli jakiś wkład w rewolucję październikową i próbę przemienienia “widma” w rzeczywistość. Ale to był Stalin, nie Miedwiediew, dlatego Putin zachowa pewnie nie tylko życie, ale nawet dostatnie życie. Z władzą jednak się będzie musiał pożegnać.

Liberalizm a mandaty za przekroczenie prędkości.

Zabrałem ostatnio głos w dyskusji na temat zasadności istnienia mandatów za przekroczenie prędkości i w ogóle na temat zasadności istnienia ograniczeń prędkości. Bodźcem do dyskusji był artykuł w “Najwyższym CZASIE!” donoszący, że Grzegorz Schetyna, MSW, proponował prywatyzację mandatów drogowych. Jednak, dyskusja dotknęła zagadnienia bardziej ogólnego. Toczyła się ona na stronie internetowej “Najwyższego CZASU!” i, co normalne, brali w niej udział entuzjaści myśli wolnościowej. Owa myśl wolnościowa jest określeniem chyba najpojemniejszym spośród wszystkich rodzajów myśli. Problem polega na tym, że wiele osób, uważających się, jak domniemam, za liberałów, jest innego przekonania politycznego. Akurat w odniesieniu do wspomnianej dyskusji, nie chodzi mi o liberałów socjalnych, czy socjoliberałów, bo założę się, że niejedna czytająca ten tekst osoba pomyślała, że piję do jakichś odchyleń lewicowych. Nie. Chociaż z drugiej strony to, do czego piję zaszufladkować jest trudno, a jest to anarchokapitalizm - radykalny odłam libertarianizmu. Otóż ci, którzy opowiadają się za zniesieniem ograniczeń prędkości i uważają się za liberałów, swoje przekonania sytuują błędnie, i zamiast czytać choćby nawet Roberta Nozicka, powinni przerzucić się na przykład na Murraya Rothbarda. Odwołując się do, ich zdaniem, racjonalnych (to słowo szczególne dla anarchokapitalistów, ale i ogólnie dla libertarian) argumentów przeciwko ograniczeniom prędkości, mijają się całkowicie z istotą klasycznego liberalizmu, który daje człowiekowi wolność zawsze wtedy, kiedy nie wynika z tego naruszenie wolności drugiego człowieka. A tak nie jest w przypadku ruchu drogowego. Chodzi o to, że ograniczenia prędkości i mandaty za niedostosowanie się do nich, jako takie, mają rację bytu, bo chronią innych ludzi, ich wolność. Jeżeli ktoś miałby swoją prywatną autostradę, po której jeździłby tylko sam jeden, to ograniczenia są niepotrzebne, bo miałby on takie samo prawo dbać o siebie jeżdżąc ostrożnie, jak i zabić się. Nie występowałoby ryzyko, że zabije kogoś innego. Ale na drodze, po której porusza się więcej niż jeden człowiek, takie ryzyko występuje. Nawet libertarianin, Nozick, pisał:

Moje prawo własności do mojego noża pozwala mi umieścić go, gdzie chcę, ale nie w twojej piersi.

Dlatego ci, którzy mówią na siebie liberałowie, a są za zniesieniem tych ograniczeń, nie są liberałami, bo, różne są punkty widzenia, ale ja twierdzę, że anarchokapitaliści to nie liberałowie.

Niania Europejska, co decyzje podejmie za nas.

Zieloni, socjaliści i komuniści podczas debaty w Parlamencie Europejskim twierdzili, że decyzja o rozmieszczeniu w Polsce i Czechach elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej powinna zostać podjęta kolektywnie przez całą Wspólnotę Europejską. Jest to podważenie suwerenności państwa polskiego i kolejny dowód na to, że w zintegrowanej ostatecznie Europie nie będzie miejsca w ogóle na coś takiego, jak suwerenność państwa. Wszystkie decyzje będzie podejmować nomenklatura z I Sekretarzem UE. Przywódca niemieckich chadeków - von Wogau - obawia się, że tarcza nie będzie chronić takich państw Unii jak Włochy, Cypr i Malta i nie można do takiego stanu rzeczy dopuścić. Oczywiście! Polska nie ma prawa prowadzić polityki zagranicznej i wojskowej w swoim interesie! Najpierw dobro Unii, a dobro Polski… Dobro Polski jest złem, bo zakłada partykularny interes tylko jednego regionu neokomunistycznego państwa europejskiego. Tego chcemy. Cieszymy się Schengen, nie widząc jak Unia wysysa z nas resztki suwerenności.

Uwagi o władzy wykonawczej RP.

Nie masz wrażenia, że Polska ociera się o dwuwładzę? Dwa ośrodki - prezydencki i rządowy - chcą rządzić Polską. Mimo, że większą legitymację ku temu ma prezydent, to premier i rząd ma w naszym kraju do powiedzenia najwięcej. Prezydent robi, co może, by mieć we władzy jak największy udział. Robi tak, ale dopiero od czasu, gdy premierem został Tusk. Stara się tworzyć silny ośrodek, mający być przeciwwagą dla rządu. W prawie każdej sprawie prezydent, czy to bezpośrednio, czy przez swoją Kancelarię, której uosobieniem jest Pan Mała Dziewczynka ztj Michał Kamiński, zabiera głos. Konstytucja nie precyzuje jasno niektórych kwestii - w których sprawach ważniejszy (to słowo specjalnie przeze mnie dobrane) jest premier, a w których prezydent. Wtedy zaczyna się kompromitująca cały kraj szarpanina, którą każdy zna - Pan Mała Dziewczynka ztj Pan Zjadłem Wszystkie Rozumy szczeka zajadle, na co, przyznać trzeba, kulturalniej reaguje środowisko Platformy Obywatelskiej. Jestem zwolennikiem systemu prezydenckiego, ale jeśli go nie ma, to prezydent musi się z tym pogodzić. Poza tym, należałoby popracować nad konstytucją. Polska to taki dziwny kraj, gdzie zawsze najważniejsze akty są niedopracowane i są źródłem sporów. Wracając do prezydenta - jego wzmożona aktywność zaczęła się dopiero po przejęciu rządów przez PO. Wcześniej, mimo zapowiedzi z kampanii wyborczej, nie był jakoś przeaktywny. Teraz zdaje się to nadrabiać. Myślę, że prawdopodobnie jest to związane ze zbieraniem argumentów na przyszłą kampanię prezydencką, a uważam, że nie służy dobru kraju. Niech Platforma pokaże, co potrafi. Potem ją ocenimy, ale póki co, niech rządzi.

Co z filharmonią?

Muzycy, widząc zapalczywość swoich “należących” do państwa kolegów, również stwierdzili, że zarabiają zupełnie niegodziwie i myślą chyba o jakimś strajku. Gdybym ja był premierem, odpowiedź byłaby prosta: “Nie podoba się? Prywatyzacja.” Nie widzę powodu, dla którego państwo ma utrzymywać instytucje typu filharmonia. Jeżeli instytucje kulturalne nie potrafią zapewnić sobie środków na działalność i pensje dla pracowników, to niech zostaną sprywatyzowane. Wbrew być może istniejącym pozorom, i w naszym państwie nie brakuje ludzi, którzy nie wiedzą już co począć z majątkiem. Dlaczego nie zabiegać o ich mecenat? Jeśli jednak nie ma widoków na takowy, a sytuacja jest niezadowalająca - sprywatyzować.

Tożsamość.

Nie lubię socjologii. Akceptuję tę naukę, ale jest mi dość obojętna, mimo że stykam się z nią często, zbyt często. Jednak, to o czym chcę napisać, to właśnie socjologia. Właściwie to na pewno są różne teorie, odpowiedzi na pytania, które w tym momencie mam w głowie, dlatego ten wpis jest raczej zachętą do komentarzy. Jeśli przeczytałby to ktoś znający się na socjologii (ja z pewnych powodów nie zamierzam się w to zagłębiać - tzn. nie będę tego szukał w opracowaniach naukowych), to chciałbym, żeby poczynił tu jakiś komentarz.

Chodzi mi o tożsamość. Jeśli dobrze pamiętam, tożsamość człowieka budowana jest na podstawie ról społecznych, jakie człowiek gra. Problem polega na tym, że człowiek gra różne role. Np. w Stowarzyszeniu Rodzin Katolickich jest poukładany, grzeczny, a na spotkaniach w gronie kolegów z pracy klnie, ile wlezie, i gra rolę lekkoducha. Podobną sytuację opisuje Peter Berger. Człowiek jest dyrektorem firmy. Jest bardzo stanowczy i ostry. Jednocześnie, jako mąż, jest zupełnie podporządkowany żonie. Według Bergera problem pojawia się, kiedy np. sekretarka i żona spotkają się i wymienią uwagi na temat dyrektora-męża. Berger pisze, że takie zdarzenie powoduje, że człowiek ten udaje się do psychoanalityka, by wspólnie z nim poukładać nową tożsamość dyrektora-męża. Zastanawiam się, czy jest jakaś obiektywna “tożsamość”, niezależna od środowiska. Na zdrowy rozum powinna być, choć socjologia, jak napisałem (i o ile dobrze pamiętam), mówi, że tożsamość tworzona jest na podstawie odgrywanych przez człowieka ról społecznych. Czy istnieje coś takiego jak tożsamość obiektywna?

Korwin bredzi.

W ostatnim czasie zwykłem sympatyzować z Januszem Korwinem-Mikke. Ale nastąpił temu kres. Jego poglądy zbyt emanują darwinizmem społecznym. O tym, że chyba ostatecznie stwierdziłem, że nie oddałbym głosu na Korwina zdecydowała jego wypowiedź, do której linka zamieszczam poniżej. Mam wrażenie, że kieruje się on pojęciami “Ubermensch” i “Untermench”. Przeczytajcie, co mówi Janusz Korwin-Mikke:

“Strata ludzi to nie jest problem. Jeżeli na przykład w wyniku, bo ja wiem, narkomanii by zginęła połowa Polaków, to zginęliby ci, którzy mają złą wolę. Dla narodu jest to korzystne, generalnie rzecz biorąc. Jeżeli byłaby zaraza i wyginęłaby połowa Polaków, wtedy dla narodu jest to korzystne, bo wyginęli najsłabsi. Natomiast tu mamy do czynienia z czymś innym. Giną bądź emigrują najcenniejsi ludzie. I to jest strata dla narodu straszliwa. My sobie z tego nie zdajemy sprawy.”

(źródło: http://pl.youtube.com/watch?v=ni8nIfjL3pk&feature=user)

Nie wiem, jak to zinterpretuje Sławek, broniąc Korwina, ale dla mnie to jest kult narodu, jak np. u Hitlera, u Dmowskiego. Czyż dla liberała nie jest najważniejsza jednostka? Skąd wobec tego u Korwina taka troska o hodowlę narodu ? A jeśli miałbym bardzo chore i podatne na wszelkie zarazy dziecko, które bym bardzo kochał, to co? Jakby umarło wskutek zarazy, to miałbym stwierdzić za Korwinem, że dobrze się stało, bo najsilniejsi przetrwali, tak? Tylko, że kult siły to nie jest to co mnie interesuje i to, że przetrwali najsilniejsi, dziecka by mi nie wróciło.

Czego brakuje mi w postulatach Unii Polityki Realnej?

Odpowiada mi wejście w dorosłość, które proponuje człowiekowi UPR. Odpowiada mi zwiększenie mojej wolności do decydowania o sobie. Problemem jest wciąż jedna, ale zasadnicza sprawa. Tak jak i piewcy myśli liberalnej, tak i partia UPR głosi, że liberalizm gospodarczy ma szansę powodzenia jedynie wtedy, gdy społeczeństwo wyznawać będzie odpowiednie postawy moralne. Dlatego UPR chce oprzeć prawo i życie publiczne na chrześcijaństwie. To mało. Nic nie zagwarantuje wykorzenienia zła, niemoralnego postępowania. Dlatego uważam, że w postulatach UPR brakuje zagwarantowania praw pracowniczych. W ogóle o tym się nie mówi w tej partii, która np. panicznie boi się związków zawodowych. A egzekucja praw pracowniczych wydaje mi się jednak konieczna.

Filozofia w hip hopie

Do tego wpisu przekonałem się po przeczytaniu komentarza very do mojego dawnego wpisu o Kancie. Przyznam, że zastanawiałem się nad tym zagadnieniem od jakiegoś czasu.

Cechą rapu jest to, że jest on niejednorodny, bo jest to tylko forma. Rapował np. Kazik, hiphopowcem nie będąc. Poza tym, nawet hiphopowcy, jak sami twierdzą, nagrywają nie tylko płyty hiphopowe (Pezet, Eldo, Kaliber 44). Na początku rap był muzyką, która miała głównie bawić. Poważne tematy pojawiły się w tym gatunku w późniejszym czasie. Hiphopowcy piszą po prostu to, co chcą napisać. Nie ma ograniczeń poza alfabetem i pomysłowością. Eldo nagrał kawałek, którego - używając terminów polonistycznych - podmiotami lirycznymi są diabeł i poeta. Tede nagrał kawałek, którego tematem są kolejne utwory z jego wcześniejszej płyty. Jednak istnieje przekonanie, że kawałek hiphopowy nie ma mówić o poezji, czy o filozofii, nie ma szukać jakichś uniwersalnych prawd, nie ma zbawiać świata, ani zajmować się metafizyką. Ma być przełożeniem rzeczywistości, z którą ma do czynienia raper, na muzykę. Ma być komentarzem do sytuacji, czy to z najbliższego otoczenia, czy to sytuacji społecznych, politycznych. Uważam, że rap, który za główny temat obrałby filozofię, nie byłby hip-hopem.

Pezet - Muzyka rozrywkowa

Jak wiadomo wszem i wobec, ukazała się nowa płyta Pezeta, rapera, który zasłużył sobie na to, żeby obok jego albumów, jakie by nie były, nie przechodzić obojętnie.

“Muzykę rozrywkową” najkrócej określiłbym - inteligentny hardcore. Większość kręci się wokół klubów, seksu i podwórka. Sam Pezet zawzięcie podkreśla, że jest to płyta trueschoolowa. Moim zdaniem, trochę za dużo jest tu właśnie seksu i klubów, jak na trueschool, choć to zależy, co weźmiemy za trueschool. W historii rapu nigdy nie brakowało tematów spod znaku ‘money, cash, hoes’, ale to jest temat na całonocne dyskusje… Pezeta oskarżałem jakiś czas temu o brak konsekwencji. Z romantyka z “Muzyki poważnej” zmienił się w chama z kawałka “Codziennie” (na “Muzyce rozrywkowej” ten utwór, w innej wersji, ma tytuł “Czterdzieściprocent” - i, co ciekawe, Pezet mówi pod koniec: “Tak było wtedy, teraz jest inaczej”). Jednak teraz, słuchając całego nowego albumu, dochodzę do wniosku, że Pezet stał się po prostu cynicznym sukinsynem - i nie ma tu oczywiście mowy o tym, że obrażam Pezeta, czy coś. By to zrozumieć, trzeba posłuchać tej płyty. Pezet jest, jak we wszystkich chyba swoich kawałkach, świeży. Znowu eksperymentuje z flow, składa rymy inaczej. Tak jest w sumie na każdej płycie. Pokaż mi kogoś, kto nie był w szoku, gdy po “Muzyce Poważnej” wyszła “Historie z sąsiedztwa”. Na każdej nowej płycie można być pewnym, że Pezet zaprezentuje coś innego, zarówno pod względem technicznym, jak i treści, co w tym ostatnim przypadku spowodowało, że “Muzyka Rozrywkowa” jest dla mnie zbyt seksistowska i klubiasta. Nie znaczy to, że myślę, że ta płyta jest słaba. Pezet chyba nie jest w stanie obecnie nagrać słabej płyty, bo jest raperem wybitnym, który przez ładnych już parę lat utrzymuje się na najwyższym poziomie. Poza tym, Pezet jest najbardziej dobitnym polskim raperem. Jego rymy wbijają w fotel. Swietnie potrafi też zinterpretować to, co go otacza. “Muzyka rozrywkowa” nie jest z zasady płytą dla kobiet. Przynajmniej moim zdaniem, chociaż dziś kobieta to nie musi nic znaczyć… Pezet wyjątkowo dużo uwagi poświęcił na tej płycie kobietom. Opisuje je w bardzo złym świetle, chociaż nie odnosi się do kobiet w ogóle, ale do typu kobiet, o których nawija. A nawija o nich dużo i tak dosadnie jak chyba nikt wcześniej. Ale z palca tego nie wyssał, opisał to, co widział… Nie będę się rozpisywał na temat bitów. Kociołek, Szogun i Korzeń zrobili spójny album. Mi najbardziej podobały się bity Szoguna do “Nie tylko hit na lato”, “Noc i dzień” i “Lojalność?”.

Właściwie jestem zawiedziony tą płytą, a ją wychwalam. Bo to jest po prostu kolejna bardzo dobra płyta Pezeta, a mój pewien dystans wynika z tego, o czym już pisałem. Na Pezeta szkoda zbyt wielu zwrotek o kobietach, klubach, seksie - jakkolwiek to zabrzmi. On umie rapować o takich rzeczach, że wymienione powyżej mógłby zostawić do rozwinięcia karierowiczom, dla których guru jest Fifty. Ciężko wybrać faworyta z płyty. Moja dwójka: hardkorowa “Lojalność?” i nieco cukierkowy, za sprawą refrenu, utwór braci (Pezeta i Małolata) “Noc i dzień”.

Rzeczpiaskownica Polska, czyli obrażone prezydenciątko.

Do różnych rzeczy nas PiS przyzwyczaił, zgoda. Ale to, co teraz się dzieje w związku z tą obrazą Prezydenta na Tuska to już dobitnie skreśla grubą krechą tych dziwaków. Mi już brakuje słów, ja nie wiem jak to zwerbalizować. Piaskownica to jest chyba dobre słowo. Mamy piaskownice prezydencką nie pałac prezydencki.

Premier w imieniu Prezydenta za pośrednictwem mediów przekazuje, że Tusk ma przeprosić Prezydenta za swój stosunek do bezdomnego, który wyzwał Prezydenta, czy za coś takiego. Jak Tusk nie przeprosi, to Prezydent z nim nie będzie rozmawiał. No ręce mi opadły. Ja nie wiem, czy oni mnie podpuszczają, czy co. Jeśli  tak, to aż za dobrze, bo po prostu ręce mi opadły. Pamiętacie, jak Tusk z Lechem Kaczyńskim rozprawiali wspólnie u tego ostatniego w sprawie wcześniejszych wyborów? Wtedy jakoś zaszłości piaskownicze Prezydentowi nie przeszkadzały. Mam rozumieć, że tak się mu teraz przypomniało? Czy może trzeba go przytulić, bo PiS nie wygrał wyborów?

Sayonara Lepper, czyli przyczynek do normalizacji.

Zapytano mnie, jaki widzę sens wyborów; czy są potrzebne. Przeciwko wyborom nic nie miałem. Mało tego, byłem za nimi od jakiegoś czasu. Jedna kwestia była dla mnie decydująca. Twierdziłem, że jeśli wybory przyniosą choćby to, że “Opalony” ze swoją watahą nie wejdzie do parlamentu, to uznam, że dobrze się stało, że były te wybory. I cieszę się. Cieszę się nie dlatego, że ktoś zmądrzał czy coś jak to. Cieszę się, że mordy tej wstrętnej i cynicznej nie będę już oglądał (oby nigdy). Za tym idą inne przyjemności - nie będę oglądał też mord Lyżwińskiego (chyba, że pokażą, że idzie siedzieć, co w przypadku Andrzeja też przeze mnie oczekiwane), Beger, Maksymiuka. Czyż to nie jest jakaś ulga? Cieszmy się drobiazgami. Cześć Lepper.

Waryński

Waryński

-Dlaczego Waryński jest smutny na “setce”?

-Bo mu zabrakło do pół litra.

“Społeczna percepcja konserwatyzmu i liberalizmu”

Dzięki temu, że otrzymuję na maila Newsletter’y od PTBRiO zetknąłem się z bardzo interesującym dla mnie badaniem, które przeprowadził znany wszystkim (choć wcale nie najlepszy w swoim fachu) instytut CBOS. Tytuł badania jest taki jak tytuł mojego wpisu, a komunikat z badań znaleźć można pod tym tym adresem.

“Warto jednak zauważyć, że ponad dwie piąte Polaków (43%) nie ma żadnych konkretnych skojarzeń ze słowem konserwatyzm, nie potrafi powiedzieć, co ono znaczy.”

Czy nie jest to kolejny argument w sprawie, o której pisałem jakiś czas temu (patrz: Znieśmy powszechne wybory)?

Podczas gdy ponad 60 proc. społeczeństwa popiera partie konserwatywne - np. PiS i PO, 43 proc. społeczeństwa nie wie, co to jest konserwatyzm. I nie są to raczej wyłącznie przeciwnicy konserwatyzmu. Chyba że te 43 proc., które nie wie - nie popiera, a 57 proc., które wie - jest za tymi partiami. Jakby nie było musi wyjść co najmniej 10 proc. tych, którzy nie mają pojęcia, co to jest konserwatyzm i jednocześnie popierają partie konserwatywne. Poza tym, jak czytamy w komunikacie: “Jedynie co dziesiąty badany (10%) określa własne poglądy jako konserwatywne”, a dalej: “Aż dwie trzecie respondentów określających się mianem liberałów (65%) deklaruje, że ma poglądy
antykonserwatywne.” Ciekawe w takim razie, dlaczego PiS i PO, LPR mają w sumie poparcie może i nawet 70 proc. społeczeństwa.

Po drugie, podczas, gdy filarem konserwatyzmu, obok tradycji, jest religia, komunikat pokazał, że tylko 4 proc. badanych wspomniało o wartościach moralnych i religijnych, mówiąc o rozumieniu przez nich słowa konserwatyzm.

20 proc. oceniających konserwatyzm negatywnie, powiązało go z uwstecznieniem się w poglądach. Tylko pogratulować intuicji.

Na przywołanie zasługuje również to zdanie: “Okazuje się, że słowo liberalizm jest niezrozumiałe dla znacznej części Polaków. Ponad połowa (52%) nie ma jednoznacznych i zarazem konkretnych skojarzeń z tym określeniem.”

Czytając:

“Natomiast ci, którym określenie liberał kojarzy się negatywnie, w znacznej mierze traktują liberalizm jako ogólnie coś złego (30%) (…).”

myślę nic innego jak to, że przejęli bezmyślnie to, co Kaczyński trąbił na okrągło podczas kampanii w 2005 r., czyli zestawienia - dobra Polska to Polska solidarna, zła Polska to Polska liberalna. Bo nie wiedzą , dlaczego liberalizm jest zły, wiedzą, że jest zły i tyle. Bo Kaczyński tak mówił, to tak jest.

Ostatni cytat, który uważam za warty przytoczenia:

“(…) z opinii badanych wynika, że na polskiej ocenie politycznej nie ma ugrupowania, które jawiłoby się jako konserwatywne zarazem liberalne. Według własnych przekonań respondentów, a tym bardziej według oceny poglądów poszczególnych partii politycznych konserwatyzm wiąże się antyliberalizmem, a liberalizm z antykonserwatyzmem”.

Też ładna ta opinia.

Pozostaje zadać sobie pytanie, czy jest sens próbować na siłę, sztucznie narzucać w Polsce model społeczeństwa obywatelskiego, podczas gdy Polacy nie mają w większości niezbędnej wiedzy, nie wykazują znajomości niezbędnych pojęć, bez których dyskurs publiczny wydaje się mocno upośledzony.

Dlaczego nazywacie go radykałem?

Słów, które zaraz Państwo przeczytacie, będę starał się dotrzymać. Mianowicie, nie mam zamiaru pisać o wydarzeniach politycznych aż do wyborów. Nie chcę sie po prostu paprać w tym gównie w czasie, kiedy śmierdzi najmocniej. Nie śledzę popisów politycznych - można ten czas spożytkować lepiej.

Chcę wspomnieć jeszcze o jednej sprawie, której dotyczy tytuł postu. Mam na myśli Marka Jurka. Usłyszeć można o nim, że jest radykałem. To mnie dziwi. Nie widzę ani jednego powodu, dla którego uznałbym nazwanie Jurka radykałem, uzasadnionym. Wiosną było o nim głośno, kiedy odszedł z PiS na znak protestu przeciwko decyzji posłów odnośnie ochrony życia poczętego. Otóż, jak wiadomo, Jurek był zwolennikiem zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Zdaje się, że to wtedy przypięto mu etykietę radykała. Jeżeli poglądy Jurka w kwestii aborcji były faktycznie powodem tego, że jego nazwisko musi być obecnie okraszone słowem “radykał”, to jest problem. Problem z Polakami, którzy postrzegając się w ponad 90-ciu proc. za katolików, za radykalne uważają poglądy, które są bezdyskusyjne i oczywiste w religii katolickiej. Warto się zastanowić, w którą stronę pójść. Bo jak można być katolikiem, nie akceptując katolicyzmu?

Na LiD.

W Internecie (przynajmniej polskim) dużo jest lewicy. Procentowo możliwe, że jest to nawet jakieś 20 punktów więcej niż w społeczeństwie ogólnie. Bo kiedy sondaże dawały LiD 8%, w Internecie w tym samym czasie na te partie stawia 28%. Stąd może mój wpis. Chcę zauważyć, że ta niby lewica to żadna lewica i jeśli komuś przyświecają wartości lewicowe, to powinien sobie zdać sprawę (jeśli jeszcze tego nie zrobił), że na pewno nie LiD jest jego reprezentantem. Więc jeśli jesteście Państwo poglądów lewicowych - na LiD nie głosujcie. Jeśli jesteście poglądów liberalnych to nie wiem, ale ja bym i tak na LiD nie głosował na Waszym miejscu. Właściwie, jako zniechęcający do głosowania na LiD, powinienem liberalizującej części Czytelników polecić głosowanie na PO. Ale nie chcę kłamać - bo z PO to taka partia liberalna, jak z PiS prawica. Bo PiS to przecież niezbyt prawica. To partia konserwatywno-narodowa - tak ją bym określił. Platforma Obywatelska zwykła być również partią konserwatywną. Ale jak to będzie za chwilę to nie wiadomo, bo PO wykazuje trochę takie skłonności do skoków z kwiatka na kwiatek - jak to wśród partii bagiennych (bagno = centrum - przyp.). Właściwie nie ma w Polsce partii, która byłaby liberalna zarówno pod względem światopoglądowym, jak i gospodarczym. światopoglądowo to niech będzie LiD, ale gospodarczo - oni są w ogóle jacyś gospodarczo? Ni to liberałowie, ni to socjaliści - nie wiadomo. Chociaż Olejniczak postuluje równość - a tego słowa bez dodatku “wobec prawa” u liberałów raczej nie usłyszymy. Jest jeszcze ten “dyplomata” Kwaśniewski ztj Kula U Nogi LiD. Mam nadzieję, że Olek gorąco przyczyni się do słabego wyniku partii. Dziś przeprosił za wywiad dla niemieckiej gazety, w którym zachęca Niemców do przemyślenia swojej powściągliwości wobec Polski, w razie gdyby Kaczyńscy wygrali ponownie wybory. Ale za słowem przepraszam powinno pójść: “Zawiodłem Polaków, złamałem zasady przyjęte na całym świecie, skruszony wycofuję się z życia politycznego”. Może jest jeszcze na to szansa, nie przesądzajmy. W każdym razie, jedno zdaje się być pewne - LiD jest partią, na którą Polacy nie powinni głosować. A na kogo głosować? Oto jest pytanie ważkie i smutne.

Klika uwag.

Co do dzisiejszych i ostatnich wydarzeń w polskiej polityce, opinia publiczna ma wiedzę zbyt małą, by na tę chwilę można było pokusić się o jakieś obiektywne wnioski. Chciałbym napisać tylko o kilku sprawach, które można, według mnie, obecnie obiektywnie ocenić i zanalizować.

Od początku pomysł LiS, który szczególnie propaguje Giertych, a wedle którego to pomysłu Janusz Kaczmarek miałby zostać premierem nowego “technicznego” rządu, jest pomysłem poronionym. Jest to pomysł absurdalny, bo został przedstawiony już po tym, kiedy zaczęło być głośno o podejrzeniach wobec Kaczmarka. Wydaje się oczywiste, że osoby, co do której istnieją takie podejrzenia, jak to ma miejsce w wypadku byłego MSWiA, nie wolno robić premierem. Najpierw trzeba wyjaśnić wątpliwości i dopiero po oczyszczeniu z zarzutów możliwe są takie kroki, jak wysuwanie kandydatury Janusza Kaczmarka na stanowisko premiera. A w ogóle to dlaczego nagle Giertychowi tak się spodobał Kaczmarek? Jest to kolejny dowód na słuszność tego, o czym pisałem już spory czas temu. Z tym, że w tym wypadku społeczeństwo zachowało więcej zdrowego rozsądku niż politycy. Pozornie. Bo Giertych z Lepperem przecież też to wiedzą, ale z ich strony to jest głupota celowa. Skoro poróżnili się z PiS, no to jak możnaby nie poprzeć Kaczmarka. Bo skoro PiS jest przeciw Kaczmarkowi, to trzeba być za Kaczmarkiem - oto logika Giertycha.

Zaintrygowała mnie wypowiedź Kalisza na temat dostępu do informacji o akcjach CBA w świetle prawa. Spośród wypowiedzi, z którymi zetknąłem się wczoraj, uważam ją za najistotniejszą. Powołując się na ustawę o CBA i na Konstytucję, powiedział Kalisz, że wiedzę na temat operacji CBA ma prawo posiadać wyłącznie Ziobro. Pytanie nie powinno wobec tego brzmieć: Czy Kaczmarek ostrzegł Leppera? Pytanie powinno brzmieć: Jakim prawem Kaczmarek o akcji CBA miał wiedzę? Nawet premier nie miał prawa wiedzieć. Dlatego bezprawny przeciek nastąpił wcześniej i dopuścił się go ten, kto o akcji CBA powiedział Kaczmarkowi.

Po raz kolejny słyszałem dzisiaj z ust polityka PiS - “Jeśli ktoś jest uczciwy, może spać spokojnie”. To samo zdanie kieruję do PiS i do Kaczyńskiego. Jeśli wszystko jest w porządku i w Polsce - jak to twierdzi Jarosław Kaczyński - przywracana jest normalność, to dlaczego PiS broni się przed komisją śledczą? Gdyby wszystko było w porządku i PiS nie miałby sobie nic do zarzucenia, to poparłby powołanie komisji śledczej (ew. komisji śledczych). Widać jest inaczej. Poza tym, gwiazdy PiS gdzieś się pochowały. Wszędzie wysyłają Putrę, w Sejmie na pytania odpowiada jakiś Czartoryski. Gdzie są ci wielcy PiSu?

Na koniec dwie rzeczy. Pierwsza to cytat z Leppera, który mnie totalnie rozbawił. “Tam w kotle na samym dole będzie pan mieszał” (do Putry). Po drugie, podpowiedź dla dziennikarzy - to jest J-A-R-O-M-I-R, nie Jarosław (Netzel).

Koalicja PO-PiS, czy - tym bardziej - PiS-PO.

Na stronie internetowej “Dziennika” jest sonda: “Czy koalicja PO-PiS po wyborach jest realna?” Wyniki: “TAK” - 25%, “NIE” - 60%, “Trudno powiedzieć” -  9%, “Nie interesuje mnie to” - 5%.

Ciekawe, kogo teraz wybiorą, skoro już nie mają złudzeń, że koalicja PiS i PO jest realna. Bo zawsze było usprawiedliwianie się, że miała być koalicja i że Polacy bardzo na nią liczyli, a politycy ich oszukali. Takie usprawiedliwianie się, że to nie wyborcy są winni. Właściwie, moim zdaniem, nie są winni, więc nie mieli się co usprawiedliwiać. Lepszym słowem byłby tu “żal”. Większość społeczeństwa miała żal do polityków, że nie stworzyli pożądanej koalicji. Skoro więc Polacy wybrali PiS i PO z legitymacją do koalicji i z przekonaniem oraz więcej niż nadzieją, że ta koalicja powstanie, to dziś - w sytuacji, kiedy nie tylko obserwacja sceny politycznej, ale także sondaże przeprowadzane wśród społeczeństwa mówią, że koalicja PiS i PO jest nierealna - wynik wyborów, konsekwentnie, powinien być inny. A będzie tak samo - na pierwszych dwóch miejscach uplasują się te same partie co ostatnio. I koalicji znowu nie będzie. Dlatego, drogie społeczeństwo, proszę nie mieć potem żalu do polityków, że znowu nie ma koalicji, w którą sami nie wierzycie.

Ocena z religii i nie tylko.

Są takie momenty, kiedy wolę się zastanowić kilka razy, zanim utwierdzę się w swoim przekonaniu. Jest tak i tym razem, a chodzi o przedmiot religię. Biskupi mówią nie tylko jednym głosem, ale i jednym tonem (i to jakim). Dzisiaj słyszałem trzy wypowiedzi: Dziwisza, Pieronka, Głódzia. Spośród nich autorytetem jest dla mnie Pieronek, bo Głódzia nie trawię, a Dziwiszowi nie ufam. W związku z tym, że głos zabrał Pieronek, sprawa jest dla mnie już nie tak łatwa, jak zdawała się być, bo wiem, że mogę się mylić.

Zanim o istocie.

Zastanawiam się między innymi, dlaczego Kościół tak zdecydowanie i dosłownie natychmiastowo zareagował na wypowiedź Legutki, w której padły słowa nieprzychylne projektowi Giertycha co do wliczania oceny z religii do średniej ocen. A że zareagował natychmiastowo teraz to znaczy, że mógł zareagować również w sprawie Rydzyka - a nie zareagował. Ja bym nawet powiedział - schował głowę w piasek. Nie było komentarzy. A tutaj, proszę - hierarchowie sobie nie żałują… Czyżby duchowni mięli jakąś zasadę jak np. lekarze - że jeden nie może publicznie skrytykować drugiego? Nic nawet z tego, że Pieronek wypowiedział się w sprawie Rydzyka w sposób, który mnie uspokaja… bo po jakim czasie?

Wracając do istoty - religii w szkole, to nie rozumiem, o co ten hałas duchownych. Wszystko podpowiada mi, że ocena z religii wśród ocen liczących się do średniej to zły pomysł. Nie przywołuję argumentów takich jak lewica - że państwo jest laickie; że narzuca się obywatelom rzecz, która nie może być narzucona; że to jest sprzeczne z modelem państwa, itd. Moje argumenty raczej opierają się na rzeczywistej bezcelowości tego, że religia będzie wśród ocen wklepywanych do kalkulatora. To prawda, że wiedzę religijną można ocenić na równi z inną wiedzą. Jednak czy religia sprowadza się w szkole tylko do historii biblijnej? Jeśli tak, to dlaczego na świadectwie widnieje “religia/etyka”? Etyka jest w tym wypadku zamiennikiem dla niewierzących i innowierców. Jest to dowodem na to, że w założeniach przedmiotu religia jest nie tylko nauczanie historii biblijnej, ale coś więcej. Na religii uczy się również konkretnego postępowania. Postępowania, które ma być wpojone na całe życie i którego nie da się sprawdzić na klasówce; postępowania, którego nie wolno sprawdzać i oceniać, bo to nie jest rola nikogo z ludzi. Dlatego z religii/etyki nie powinno być oceny w ogóle. Jakoś nie słyszałem, żeby Chrystus po nauczaniu ludzi robił im kartkówki. I to chyba nie dlatego, że nie było jeszcze wtedy papieru. Albo wyobraźmy sobie, że dziecko ma rozwolnienie przed klasówką z religii, albo ma komisa z religii, albo powtarza klasę, bo ma lacza z religii. Poza tym, nie spodziewam się, żeby odtąd społeczeństwo się umoralniło, czy choćby zwiększyło wiedzę religijną. Na przykład z historii, z której ocena przecież liczy się do średniej, większość nie wie, co to na przykład odsiecz wiedeńska. Bo przecież jedyne i jakże przewspaniałe, przez wszystkich znane z daty (ba, dziennej nawet!) zwycięstwo Polski to bitwa pod Grunwaldem. I jakoś fakt, że historia zawsze się do średniej liczy nie wpływa na poprawę sytuacji i ogólnie - tępy jest nadal tępy - czy mu uwzględnią tą tępotę do średniej czy nie.

Kościół jest innego zdania, tylko nie bardzo słyszę jakieś argumenty. Może się mylę, ale, jak wyżej, argumentów duchownych nie słyszę, dlatego, jak dotąd, do dyspozycji mam tylko swoje.

Znieśmy powszechne wybory.

Jako dziecko byłem świadkiem - jak każdy - wielu rozmów na tematy polityczne. Właściwie trudno nazwać te tematy stricte politycznymi - to była zwykle, że tak powiem, “polityczna obyczajówka”. Nie obracałem się na salonach - już bliżej było mi do strzech, ale salony to na tyle niereprezentatywna mniejszość, że to, co słyszałem mogę uznać za najczęstszy sposób postrzegania polityki w Polsce. A zazwyczaj rozmowy sprowadzały się do bezpodstawnych zarzutów, nieustannego kompromitowania polityków, złej analizy wydarzeń, skupiania się na aferach, pomijania pozytywów, obwiniania za wszystko polityków. Szczególnym przypadkiem są kobiety, bo zdecydowana większość pań nie ma zielonego pojęcia o polityce. Nie wierzysz? To spytaj żonę, ciocię, siostrę, babcię, partnerkę np. o to, kto jest marszałkiem Sejmu (lepiej nie Senatu, bo się obrazi już na dobre). Wracając do rozmów przeciętnych Polaków o polityce - nikt nie rozmawia, czy Polska ma być socjalna, czy liberalna, konserwatywna czy liberalna. Nie ma mowy o - jednym słowem - przyszłości. Może i trudno się dziwić, bo żeby mówić o przyszłości, trzeba co nieco wiedzieć o przeszłości i opanować jakieś podstawy do dyskusji politycznej - a w Polsce świadomość historyczna i polityczna jest kulejąca na obie nogi. Jednak nabycie takiej świadomości wymaga pewnego nakładu sił, co jest szczególnie trudne, gdy nie ma się takowych zainteresowań. A mieć ich przecież nie trzeba. Sam nie interesuję się np. giełdą i małe mam o niej pojęcie. Dlatego nie wymagam od każdego interesowania się polityką. Domagam się czego innego - znieśmy powszechne wybory. Prawo wyborcze niech przysługuje tym, którzy zdadzą test sprawdzający niezbędną wiedzę polityczną - choćby taką, co to znaczy “lewica”, a co to znaczy “prawica” - bo tego to raczej sporo ludzi jeszcze nie wie. (Ewentualnie powiedzą, że lewica to Kwaśniewski a prawica to Wałęsa - co nie jest takie oczywiste). W ten sposób decyzje wyborcze Polaków mogą stać się mądrzejsze, bo bardziej świadome. Ponieważ wcale nie jest tak, że im większa frekwencja, tym lepiej. Wysoka frekwencja nie gwarantuje mądrego wyboru. Dobre wybory może gwarantować to, że pójdą zagłosować ludzie mądrzy, a głupi nie. Bo jeśli zagłosuje masa głupców i ludzi niemających pojęcia o polityce, i niech to będzie frekwencja nawet 80 proc., to mimo tak wysokiej frekwencji, wybór będzie pewnie gorszy niż w przypadku, gdyby głosowali tylko mądrzy, znający się na polityce - nawet gdyby miało to obniżyć frekwencję do np. 25%. Wmawia się nam, że frekwencja ma być wysoka. Wałęsa, odsetek obywateli, którzy wzięli udział w ostatnich wyborach, skomentował na gorąco: “Jestem wściekły! (…)”. A dlaczego? Bo ma głosować ślepa masa, którą łatwo jest omamić wynalazkom typu Lepper?

Tekst-morderca

Rzecz działa się tak:

Do moich dwóch fumfli podchodzi dwóch kolesi. Ci kolesie nie są ulubieńcami moich fumfli i vice versa. Poza tym, coś było na rzeczy. Jeden z moich - To co, solówa. Na to jeden  z tamtych - Jaka, kurwa, solówa?! - po czym z za spodni wyciąga siekierę i jeb obuchem w głowę mojego fumfla. Na to mój człowiek zrzucił tego z siekierą ze schodów (bo to na ganku się działo) i razem z drugim moim człowiekiem zaczęli tłuc obu tych “przyjezdnych” (podobno z takiej jednej dzielnicy obok byli). No i ci “przyjezdni” musieli w końcu “odjechać”, przynajmniej był to rozsądny dla nich wybór. Ale najlepsze było właśnie na końcu. Jak “odjeżdżali”, to jeden z nich zdążył jeszcze wykrzyczeć - Dzisiaj płoniesz!!! - co uznaliśmy zgodnie za tekst-mordercę, bo tekst prawdziwie miażdży.

Autożałoba Polaków wskazana.

Niestety potwierdziło się to, o czym pisałem poprzednio. Narodowa żałoba ma być zdeptana. The Rolling Stones dają dziś koncert w Polsce i wbrew wcześniejszym planom, aby koncert zaczął się już po północy, kiedy żałoba się skończy, muzycy zagrają dzisiaj tj. w środę. Sonda na Interii, w której to sondzie wzięło dotychczas udział 1666 osób pokazuje, że aż 75 proc. tych, którzy wzięli udział w badaniu, chce koncertu. No i po co nam była ta trzydniowa żałoba, panie Prezydencie? W ten sposób ofiary zostaną upokorzone, bo podczas gdy telewizja nie nadaje komedii, nie odbywają się imprezy, flagi spuszczone są do połowy masztu, fałszywy spokój przerwą The Rolling Stones. I nie jest to wyłączna wina zespołu czy organizatorów. Po prostu oni wiedzą, że ludzie i tak przyjdą, bo wiedzą, że ta żałoba to od początku cyrk i nie odczuwają żadnej potrzeby refleksji i spokoju. Jednak summa summarum koncert nie powinien się odbyć. Mimo tego, że ta żałoba to szopka, to skoro już ta szopka jest, to niech by się ona skończyła bez tego koncertu.

PS.

Stan na godzinę 12:21 - w sondzie Interii wzięło już udział prawie 13 i pół tysiąca osób. Wynik nie drgnął.

Trudne słowa.

Nie chciałem pisać na ten temat, ale zmieniłem zdanie. Chodzi o tragiczny wypadek autokaru we Francji. Właściwie chodzi nie o sam wypadek, a o wydarzenia mu towarzyszące.

Jak zwykle przy okazji tragedii mam do czynienia z obłudą. Obłudą przede wszystkim dziennikarzy. Wiele dałbym, żeby zobaczyć, czy po wyjściu ze studia “Faktów” Pochanke jedzie do domu i płacze lub modli się za ofiary. Po tym, co zobaczyłem, myślę, że powinienem spodziewać się, że tak właśnie postąpi. Nie podoba mi się szum medialny wokół płaczących ludzi. Filmowanie, jak ludziom puszczają nerwy, filmowanie ich, jak nie wiedzą, co począć i co gorsza polowanie na takie momenty to nie jest misja mediów. Media to są hieny. Widziałem w materiale, jak kamerzysta biegł za kimś bliskim poszkodowanej osoby i zabiegając mu drogę gorączkowo coś mówił. To nie jest potrzebne.

Proszę sobie wyobrazić, jak czuć się musiał Lech Kaczyński modląc się na miejscu katastrofy, podczas tych wszystkich “pstryków” i błysków - bo te hieny nie dadzą człowiekowi spokoju nawet podczas modlitwy. Nie jest chyba możliwe skupienie się na modlitwie w takiej sytuacji. Po drugie, czy Lech Kaczyński rzeczywiście się modlił, czy tylko wykonał gest właśnie pod media? W tym drugim przypadku, błyski i hałas na pewno nie byłyby przeszkodą, a koniecznością.

Denerwuje mnie narzucanie przez media Polakom żałoby. W bardzo potrzebnym, nadal aktualnym i ostrzejszym od mojego felietonie Ziemkiewicza padły godne uwagi słowa:

Nikt nie jest w stanie aż tak się przejąć tragedią kogoś, o kim tylko słyszał. Owszem, możemy wykonać jakiś gest solidarności. Wpłacić na ofiary, pójść na mszę, spuścić flagi, powstrzymać się przez jeden dzień. Normalny człowiek współodczuwa z innymi i chce jakoś okazać swe współczucie. Jakimś gestem. To jest szczere, ale z natury rzeczy trwa chwilę.

To jest sedno. Rozdmuchiwanie tragedii służy tylko jej deptaniu. Za pomocą przesady niszczy się autentyczność, jak wiadomo - lepsze jest wrogiem dobrego. Te akcje medialne i wyczyny polityków są obłudne i upokarzają ofiary i ich bliskich. I trzeba zacząć o tym mówić głośno, bo ta narzucona nam poprawność polityczna może nas w końcu zdominować. Choć przyznaję, że więcej jest już głosów przeciw temu spektaklowi niż przy okazji ostatnich żałób narodowych. Dziś w “Wiadomościach” czy innych “Faktach” prowadząca powiedziała, że oficjalna żałoba trwa trzy dni, dalsza - we własnym zakresie. A przecież jeden dzień żałoby narodowej byłby najbardziej odpowiednim, godnym sposobem oddania hołdu ofiarom wypadku. Reszta jest obłudą, żałobą na siłę, która będzie zdeptana i zlekceważona, bo zdecydowana większość nie będzie zwracać na nią uwagi.

Absurdem jest przeznaczenie 100000 zł przez Premiera i 10000 zł przez Kancelarię Prezydenta dla rodzin ofiar. Cynicy mogą zacząć o dyskusji na temat korzystniejszej dla rodziny śmierci. Jak umierać, to w spektakularnym wypadku, dobrze jak za granicą. Rodzina ofiary, która zginęła przez weekendową trąbę powietrzną, nie ma co liczyć na chociaż tysiąc od Premiera i Kancelarii Prezydenta razem wziętych. Czemu on nie zginął na tej pielgrzymce? - ma się zastawiać rodzina ofiary?

Zobacz też:
http://motoryzacja.interia.pl/wiadomosci/bezpieczenstwo/news/za-tydzien-zginie-kolejnych-100-osob,948768
http://interia360.pl/polska/artykul/idiotyzm-narodowej-zaloby,228

Kwaśniewski, patron LiD.

Po przeczytaniu tego artykułu przyszło mi do głowy kilka refleksji. Zdaje się, że Kwaśniewski jest przekonany o tym, że LiD nie ma szans na samodzielne utworzenie większościowego rządu. Biorąc pod uwagę fakt, że LiD to przecież nie jest żadna partia, tylko - jak to się mówi - szeroki blok lewicy i centrum, widać już na początku, że to twór tyleż marny, co nieudolny. LiD to już jest koalicja i to nie byle jaka (pod względem ilościowym oczywiście). SLD, SdPl, UP i Partii Demokratyczna nawet połączone nie są w stanie uzyskać tyle głosów, żeby móc samodzielnie stworzyć rząd. Ja to wiem, Wy to wiecie, ale nawet patron Aleksander Kwaśniewski to wie. Wie, bo już mówi, że “wiąże nadzieje z Donaldem Tuskiem” (patrz link powyżej). Taki powrót do polityki, gdzie żeby rządzić trzeba stworzyć 10 koalicji, poczynając od poziomu startu w wyborach, a nie wiadomo gdzie kończąc, to nie jest nic godnego poklasku. To ma być ten spektakularny powrót Kwaśniewskiego? Polska Agencja Prasowa podała, że Rada Programowa LiD, w skład której weszli liderzy partii tworzących ten twór, zaczęła się sprężać i program LiD ma być gotowy już nawet do końca sierpnia. Ciekawe, co będzie zawierał ten program, jak się wytnie krytykę i krytykanctwo obecnego rządu. Jak na razie, poza właśnie krytyką i krytykanctwem, nic od Kwaśniewskiego, ani żadnego LiDowca , w kwestii programu nie słyszałem. Najgłośniejsza była dotąd kwestia stosunku do PO. Olejniczak zbeształ Platformę, Kwaśniewski wiąże z nią nadzieję - ot jedność LiDu. Przy okazji widać, jaki z Kwaśniewskiego lewicowiec, skoro tak prze ku partii konserwatywnej, jaką jest PO. Wątpię, żeby światopogląd lewicowca i konserwatysty pasował na tyle, żeby nie mając noża na gardle, na ileś tam tygodni/miesięcy/lat (wszak u nas to nigdy nie wiadomo) przed wyborami, Kwaśniewski marzył o Tusku. O tak! Co do kwestii homoseksualizmu, to PO i SLD by się pogryźli jak Tyson z Holyfieldem! Właściwie to wszyscy wiedzą, że Kwaśniewski nie jest lewicowcem. Podobno ma zapędy liberalne, jak to się powszechnie uważa. Ale gdzie nawet liberalnemu lewicowcowi do PO?! A on tu już ręce i nogi do nich na nie wiadomo ile jeszcze przed wyborami wyciąga! To jest, Proszę Państwa, wiedzący, że, bez 10 koalicji na krzyż, premierem nie będzie, karierowicz i polityczny przedsiębiorca.

Giertychy

Giertychy

Piękna to saga,

Franciszek, Jędrzej, Maciej, Roman.

Giertychów to saga,

Kto nie zna, niech natychmiast skona!

Franciszek - Giertychów polityczny protoplasta,

Zatroskany o losy gospodarki państwa.

Jędrzej - polityk w służbie swego narodu,

Odkrył, że wszystko przez Żydów, Prusaków i Masonów.

Maciej - naukowiec, w pełnym znaczeniu słowa.

Kreacjonizm… Toż to teoria naukowa!

Roman - minister, wicepremier, szef partii.

O wychowanie dzieci należycie walczy.

I choć ewolucji biologicznej w dziejach nie było,

Na ewolucję Giertychów popatrzeć miło.

Trochę na temat polskiej demokracji.

To jest Trackback do postu, a raczej małej wymiany zdań na Blogu Voltera (Czy PIS może wygrać następne wybory?)

Ja myślę, że naród nie wiedział, czym do końca będzie demokracja. Przywódcy “Solidarności” powielili komunistów - też zapowiedzieli swego rodzaju raj na Ziemi. Dlatego wielu ludzi twierdzi, że “S” ich oszukała, bo to nie tak miało być. Trudno się tym ludziom dziwić, bo nie znali systemu liberalnej demokracji, a jedynie ten babun językowy - demokrację ludową. No bo skoro demokracja to połączenie demos i kratos, czyli władza ludu, to demokracja ludowa to… ludowa władza ludu, czyli tautologia. Ale to tak na marginesie. Tęskniącą za “komuną” osobę zapytałem, dlaczego obalili socjalizm, skoro był dobry. Odpowiedziała mi, że “S” mówiła, że będzie lepiej (w sensie - jeszcze lepiej). Dlatego nie jest oczywista odpowiedź na pytanie, czy, gdyby w latach osiemdziesiątych społeczeństwo wiedziało, czym będzie w Polsce demokracja i miało możliwość wyboru ustroju, to, czy wybrałoby socjalizm czy demokrację. Jestem przekonany, że miażdżąca większość klas i warstw niższych wybrałaby socjalizm. Oczywiście sympatie ku tamtej epoce to nie wyłącznie domena klas i warstw niższych. Właściwie mój post sprowokowany został dyskusją ściśle polityczną, a ja raczej zabrnąłem w gospodarkę. Pod względem politycznym to chciałbym wierzyć, że polska demokracja jeszcze się dociera i że wraz z końcem tej dekady to docieranie się zakończy. Jeżeli już mowa o demokracji, to chciałbym też systemu prezydenckiego, jak w USA, dlatego, że Polska potrzebuje moim zdaniem silniejszych rządów. Niestety Polska ma to do siebie, że musi być trzymana za pysk Po prostu, im dalej na Wschód Europy, tym bardziej jest to potrzebne. Ostatnie europejskie monarchie (takie, w których rzeczywista władza należała do monarchy) upadły właśnie po wschodniej stronie kontynentu - w Austro-Węgrach, Niemczech, Rosji.

Lech “Zakała” Wałęsa

Jedynym przemawiającym do mnie argumentem, dlaczego ten filister jest najpopularniejszym Polakiem w USA, jest wypowiedź Krasnodębskiego, że w angielskim tłumaczeniu słowa Wałęsy brzmią poważniej. To mnie przekonało. No bo gdyby Amerykanie rozumieli tę prostacką, choleryczną paplaninę, która z językiem polskim mało ma wspólnego, to mam nadzieję, że nie zaprosiliby Wałęsy, jako jedynego przedstawiciela kontynentu europejskiego, do niesienia flagi podczas ceremonii rozpoczęcia Igrzysk Olimpijskich w Salt Lake City. Mówią, że szlachectwo zobowiązuje, ale co tam. Wałęsa nigdy nie myśli zanim powie. Nigdy. Jego wypowiedzi są prostackie pod względem formy i treści. Poza tym, jakby wyłączyć głos, to i tak widać, że nic mądrego tam nie stoi. Za wypowiedzi typu “jedno tu tylko słowo pasuje: S-syn” lub “Durnia mamy za prezydenta!” powinna ta święta krowa zapłacić. Taki Hubert zszedł do sklepu na chwile, wyzwał prezydenta i miał spektakularny proces. Od waszego przywódcy narodu, waszej legendy powinniście wymagać chyba czegoś więcej. Ale nie. Wałęsa może powiedzieć, co chce. Dlaczego? Bo to Wałęsa. Od jakiegoś roku Lechu (ztj TW Bolek) lansuje się na Gadu-Gadu. Nie mam jego numeru na liście, ale ma go mój brat. Zamieszczam tu kopię tego, co mój brat dostał przez gg od Lecha:

“Kłaniam się i Pozdrawia Lecha Wałęsa pod adresami;;

http://www.mojageneracja.pl/1980 http://www.lwarchiwum.home.pl

Wszystko dosłownie co otrzymałem z IPN publikuję .Nie publikuję natomiast otrzymanych oddzielnych listy nazwisk tak agentów jak i pracowników komunistycznych służb [[na razie ]

Polecam szczególnie ponad 700 strony Archiwum oryginalnych dokumentów z IPN z otrzymanych7000 ale pozostałe dokumenty są z zatartymi nazwiskami .Czekam na odkrycie tych nazwisk i wtedy pozostałe wszystkie opublikuję

Przejrzyj i odpowiedz sobie i mnie kto więcej złego zrobił w czasie walki o Wolną Polskę–SB z Komunistami ? / czy kolesie ?

Panie Prezydencie, ale po co to wszystko, teraz trzeba budować Polskę a nie

>wracać i wracać do tego co było, żyjmy tym co będzie

>Odp; LW

>Sprawy są poważne , jestem atakowany , a największe, najmądrzejsze Polskie

>zwycięstwo niszczone i w zdradę zamieniane . nie mam wyboru muszę stawać w

>obronie prawdy i godności zwycięzców

walesa 7:57:36

przed szarlatanami z Torunia i

>wszelkiego typu popaprańcami .

 

Polska nierządem Kaczyńskich stoi

 

To anarchia! Walka władzy ze wszystkimi. Kontrolowane wycieki i niszczenie Polski zagranicą. Fale protestów społecznych zatrzymywane kolejną listą agentów i aresztowaniami. A w anarchii nawet słowa na „s” są za słabe.

 

Użyłem takiego zakrytego słowa w reakcji na kompromitujący Polskę wywiad prezydenta Kaczyńskiego dla francuskiej telewizji. Jak widzę, każdy je jakoś interpretuje i dopisuje odpowiednią treść. Nie komentuję tego, nie ujawniam mojego zamiaru i intencji, chociaż po wczorajszych występach takich ludzi, jak Kurski, Szczygło czy Ziobro, każde nawet najmocniejsze skojarzenie z tym skrótem okazuje się za słabe. Ciekawe, że najostrzej rozszyfrowują to słowo ludzie z otoczenia prezydenta Kaczyńskiego. Czyżby nie nasuwało im się żadne inne określenie na swojego szefa? Odbiór społeczny tego skrótu powinien dawać prezydentowi do myślenia! Na nieznośną anarchiczną rz

walesa 7:57:36

eczywistość w Polsce brakuje słów. A zaczęło się tak niewinnie od „sp….aj, dziadu”.

To nie w słowach problem. One tylko mówią o fatalnym klimacie stworzonym przez tych nienawistnych i zakompleksionych „ludzi z brzytwą”. Za chwilę będziemy mieć powtórkę z czerwca 1992. Wtedy udało się uchronić kraj przed anarchią w wykonaniu nieodpowiedzialnych – tych samych - ludzi, którzy teczkami chcieli ratować swój polityczny byt. Dzisiaj taki scenariusz może się powtórzyć, ale z gorszym tragicznym finałem. Problemy służby zdrowia, falę protestów i frustracji społecznych chce się zatrzymać nową listą agentów. Mamy teraz listę „500”. Może trzeba cały naród wpisać na taką listę. Lekarzy, nauczycieli, dziennikarzy, jeśli oczywiście nic nie znajdzie na takich prowodyrów strajków i nieposłusznych CBA. Na listach będą wszyscy, oprócz dwóch małych ludzi i ich kilku przybocznych aż w końcu sami się nawzajem powpisują. Wcześniej jeszcze zdążą nas skazać na izolację w Europie, skłócą z Rosją i z in

walesa 7:57:36

nymi sąsiadami, bo nie rozróżniają racji stanu od własnej racji maniakalnej.

Ostrzeżenia głosi na świecie prezydent Kaczyński. Mówi w tym samym wywiadzie, że „po 1989 roku powstał układ oparty na nieuzasadnionych przywilejach osób związanych z poprzednim systemem. Podważyliśmy ten system, nie ma ludzi nietykalnych. Nikt nie może stać ponad prawem. W imię obrony demokracji broniono nieuzasadnionych przywilejów”. W ten sposób przedstawia na arenie międzynarodowej swój kraj i wielkie zwycięstwo Polski nad komunizmem prezydent RP. Ten, który powinien dbać o wizerunek Polski na świecie i chronić symbole najlepiej rozpoznawalne. I z lekkością stwierdza, że nikt nie może czuć się niewinny, nikt nie jest nietykalny.

To oczywiste, że przyjmowanie i głoszenie takiej teorii zmian w Polsce to nic innego jak podważanie naszego narodowego sukcesu. To burzenie w oczach świata wiarygodności kraju, który jest postrzegany – z dala od naszego wewnętrznego piekiełka – jak właśnie kraj sukcesu i zw

walesa 7:57:36

ycięstwa. Teraz jest to niszczone. I to przez kogo – przez przywódców państwa, którzy zapomnieli, że byli uczestnikami tego procesu – pewnie bez ich udziału i przeszkadzania efekty byłyby dużo lepsze. Teraz łudzą się, że po zburzeniu wszystkiego zbudują cokolwiek lepszego. Jaka to budowa widać przez ostatnie kilkanaście miesięcy.

Nie mogę milczeć w takich sprawach. Nigdy nie miałem w zwyczaju atakować urzędującego prezydenta zagranicą. Przekonywałem na świecie: „ci Kaczyńscy nie są tacy straszni, jak myślicie, to wcale nie antysemici, jak twierdzicie, to nie tacy populiści, jak głosicie. Wcale nie chcą wyprowadzić Polski z Unii, nie chcą walczyć ze wszystkim, jak słyszę od Was. Zrozumcie ich, to polscy patrioci, chcą dobrze”. Tak starałem się przekonywać, bo tak widziałem swoją rolę. Nawet Kwaśniewskiego, którego, delikatnie mówiąc, nie darzyłem sympatią, nie atakowałem. Jak już mówiłem nieraz, na arenie międzynarodowej należy występować razem. Namacalny efekt był na Ukrainie,

walesa 7:57:36

kiedy najpierw ja, a potem prezydent Kwaśniewski wsparliśmy Pomarańczową Rewolucję. Dziś widzę, że z obecnym prezydentem chyba nie byłoby to możliwe. Po pierwsze, by się bał, a po drugie, po tr