Liberalizm a mandaty za przekroczenie prędkości.

Zabrałem ostatnio głos w dyskusji na temat zasadności istnienia mandatów za przekroczenie prędkości i w ogóle na temat zasadności istnienia ograniczeń prędkości. Bodźcem do dyskusji był artykuł w “Najwyższym CZASIE!” donoszący, że Grzegorz Schetyna, MSW, proponował prywatyzację mandatów drogowych. Jednak, dyskusja dotknęła zagadnienia bardziej ogólnego. Toczyła się ona na stronie internetowej “Najwyższego CZASU!” i, co normalne, brali w niej udział entuzjaści myśli wolnościowej. Owa myśl wolnościowa jest określeniem chyba najpojemniejszym spośród wszystkich rodzajów myśli. Problem polega na tym, że wiele osób, uważających się, jak domniemam, za liberałów, jest innego przekonania politycznego. Akurat w odniesieniu do wspomnianej dyskusji, nie chodzi mi o liberałów socjalnych, czy socjoliberałów, bo założę się, że niejedna czytająca ten tekst osoba pomyślała, że piję do jakichś odchyleń lewicowych. Nie. Chociaż z drugiej strony to, do czego piję zaszufladkować jest trudno, a jest to anarchokapitalizm – radykalny odłam libertarianizmu. Otóż ci, którzy opowiadają się za zniesieniem ograniczeń prędkości i uważają się za liberałów, swoje przekonania sytuują błędnie, i zamiast czytać choćby nawet Roberta Nozicka, powinni przerzucić się na przykład na Murraya Rothbarda. Odwołując się do, ich zdaniem, racjonalnych (to słowo szczególne dla anarchokapitalistów, ale i ogólnie dla libertarian) argumentów przeciwko ograniczeniom prędkości, mijają się całkowicie z istotą klasycznego liberalizmu, który daje człowiekowi wolność zawsze wtedy, kiedy nie wynika z tego naruszenie wolności drugiego człowieka. A tak nie jest w przypadku ruchu drogowego. Chodzi o to, że ograniczenia prędkości i mandaty za niedostosowanie się do nich, jako takie, mają rację bytu, bo chronią innych ludzi, ich wolność. Jeżeli ktoś miałby swoją prywatną autostradę, po której jeździłby tylko sam jeden, to ograniczenia są niepotrzebne, bo miałby on takie samo prawo dbać o siebie jeżdżąc ostrożnie, jak i zabić się. Nie występowałoby ryzyko, że zabije kogoś innego. Ale na drodze, po której porusza się więcej niż jeden człowiek, takie ryzyko występuje. Nawet libertarianin, Nozick, pisał:

Moje prawo własności do mojego noża pozwala mi umieścić go, gdzie chcę, ale nie w twojej piersi.

Dlatego ci, którzy mówią na siebie liberałowie, a są za zniesieniem tych ograniczeń, nie są liberałami, bo, różne są punkty widzenia, ale ja twierdzę, że anarchokapitaliści to nie liberałowie.

8 Odpowiedzi do “Liberalizm a mandaty za przekroczenie prędkości.”


  1. 1 slawek luty 11, 2008 o 9:34 am

    Zapoznałem się z artykułem i komentarzami na jego temat. Z jednej strony, muszę przyznać, że wolę, jeśli ograniczenia prędkości istnieją, no a logiczną konsekwencją ich istnienia jest mandat. Z drugiej strony, nie wiem tak na prawdę co by się stało gdyby ograniczenia prędkości przestały obowiązywać, czy zapanowałaby anarchia na drogach, czy może kierowcy stali by się ostrożniejsi i bardziej czujni, a więcej osób wybierało by inne środki komunikacji?

  2. 2 Belizariusz luty 11, 2008 o 11:10 am

    Myślę, że to pewne, że sporo osób zrezygnowałoby z jazdy po drogach, w tym ja. Tylko, że jest dodatkowy aspekt – karetek, pobytów w szpitalach, rent dla tych anarchistów, nie chciałbym pokrywać ze swoich podatków.

  3. 3 slawek luty 11, 2008 o 3:26 pm

    To też pewnie Ci anarchiści są przeciwko obowiązkowym ubezpieczeniom społecznym…

  4. 4 Belizariusz luty 11, 2008 o 3:49 pm

    Wspominając o tych karetkach itd., miałem na myśli oczywiście wypadki na drogach. A co do ubezpieczeń społecznych – jeżeli ktoś jest przeciwko jakiejkolwiek formie państwa, to ogólnie można powiedzieć, że czego by się nie poruszyło, będzie prawie zawsze przeciw, a nie za. Ogólnie śmieszą mnie poglądy anarchokapitalistów, jedynie argumenty Murraya Rothbarda, za pomocą których uzasadniał prawo do aborcji, były dla mnie szokiem.

  5. 5 Piotr luty 21, 2008 o 10:49 pm

    Nozick, jak wszyscy libertarianie, był przeciwny prewencyjnemu braniu za mordę, bo dobrze wiedział, czym to się kończy. Gdyby wszyscy ludzie mieli zwyczaj inicjowania agresji “tak, na wszelki wypadek” to nie było by ani aut, ani dróg.

    Ale nie o tym chciałem… Coraz częściej można się natknąć na informacje, że formalne ograniczenia (znaki drogowe) przynoszą skutek wprost przeciwny do zamierzonego.

    Cytując za http://www.miasik.net/archive/2006/11/o-drogach/

    “Inżynier ruchu drogowego, którzy nienawidzi znaków drogowych. Dla niego to oznaka, że projektant drogowy nie wywiązał się należycie ze swojego zadania i usiłuje ten fakt zamaskować obstawiając niedobry fragment drogi zagajnikami znaków. I zamiast rozwiązywać problemy ruchu drogowego metodą dostawiania znaków, świateł i drogowskazów, proponuje on coś przeciwnego – likwidację tego wszystkiego.”

    Polecam

  6. 6 alt marzec 25, 2008 o 11:05 pm

    Zamiast prewencyjnie karać tych co szybko będą jeździli po drogach, powinno się wsadzać do więzienia i surowo karać sprawców wypadków. Bo to do nas należy ocena własnych umiejętności. To tak jak przewrócę się i złamię komuś rękę w autobusie, bo się nie trzymałem. Obowiązkowe trzymanie się poręczy i mandaty dla tych co się nie trzymali?!

  7. 7 Belizariusz marzec 26, 2008 o 12:40 pm

    Na pewno takie mandaty dla sprawców wypadków satysfakcjonowałyby najbardziej śmiertelne ofiary tych wypadków.

  8. 8 polok kwiecień 28, 2008 o 9:46 am

    Ostatnio zostałem ukarany mandatem za przekroczenie prędkości w “terenie zabudowanym”. Teren zabudowany to wiata przystanku autobusowego za którą ukryli radiowóz dwaj policjanci aby wypracować normę. Niech żyje “budżet” król Polski który pomimo swojej wielkości jest skromny i mówi o sobie “malutki” a doi z nas jak z krowy w zamian nic nie oferując. Kiedyś społeczeństwo zmądrzeje i dobierze Ci się do tyłka “królu”.


Napisz odpowiedź