Piękny przykład, który podał rotus w komentarzu do mojego wpisu o szczęściu, dotyczy innego rozumienia szczęścia - opisywany człowiek, jak to się mówi, “miał szczęście”, co znaczy tyle, że miał farta, miał fuksa. Panna kiwi ograniczyła się tylko do zanegowania tego, co (gdzieś na marginesie obok tego, “jak”) napisałem o szczęściu, nie dając choćby tropu, który mógłby nas naprowadzić na sposób, w jaki ona (panna kiwi) pojmuje szczęście. Napisała, że to, o czym piszę, to nie szczęście, tylko apatia. No to kilka słów o apatii.
Znalazłem - co prawda po angielsku, ale jestem przekonany, że panna kiwi i inni dobrzy ludzie, którzy odwiedzą mój blog, bez większych problemów zrozumieją, o co chodzi - pewien tekst, który tłumaczy, czym jest apatheia i który tu cytuję:
“So what?” you have said to me. “So what if only our reactions are under our control?” You went on at length, complaining that I gave you a taste of wisdom and then pulled away the spoon. Indeed, dear friend, perhaps I was too abrupt in my last letter. I shall this time around correct my former deficiency. You should, though, recall that too much wisdom at a time is dangerous to the foolish man.
If we cannot control the thousand natural shocks which this flesh is heir to, what can we do? We can resist them or we can accept them. To resist the course of events, we must steel ourselves to rail daily ‘gainst the heavens; to deny that what is, is; to work ceaselessly to change a world that will not be changed. It is possible that we find satisfaction in fighting a fight, but whether it is a good fight is arguable.
If we accept events, that is, if we keep our will in accordance with nature rather than decrying it, we find that our affairs run more smoothly. The whiplash of another does not sting quite so sharply; neither do we feel quite as strongly the pangs of envy, lust, pride, &c; we achieve what the Greeks called apatheia, apathy.
Now, we moderns have attributed to this wonderful word a disgusting meaning and connotation. We call teenagers “apathetic” because their stock response is “I don’t care;” political scientists say the same thing about electorates because they don’t vote, and so forth. For a Stoic, apatheia is an objective devoutly to be wished. It does not mean that he does not care, but rather that he accepts what happens and acknowledges that he cannot change what is already done. Moreover, the currents in the affairs of men are tranistory. An event might bring him pain, but he knows that the pain is fleeting. It might bring him joy, but that too is fleeting. Stoic apatheia is a state of calm that is unperturbed by events, but is not a state of truly not caring. In this world at this time, when instiutions long established seem constantly on the verge of collapse, when chaos and destruction lurk around every corner, how wonderful must that apatheia be!
What can we do, then, to achieve such a peaceful state?
Epictetus, in his Encheiridion or “Manual for Living,” advises that we start small. When beholding a vase, I should remind myself that it is only a vase, a thing of clay and fire. It is prone to fracturing, to shattering outright. It will break, as likely as not. What then? I have lost a vase, nothing more. When I go to the gym, or the baths as Epictetus writes, I remind myself what that means: that there will be shouting, some men tussling, grunting, perhaps jostling, and even theft. I should not go the gym expecting peace and quiet, a relaxing or reflective time, because I will be disappointed and, thereby, perturbed.
In this way, that is, by taking things as they are I can maintain my equanimity and my inner tranquility, even while everyone around us is losing theirs and blaming us for it.Cura ut valeas, Amice. I will endeavor to more quickly answer your response next time.
źródło: http://stoictraveler.blogspot.com/2007/01/on-stoicism-part-ii-on-apatheia.html
Nie twierdzę, że ta filozofia jest najlepsza. Zgadzam się z definicją szczęścia zaproponowaną przez Epikura, która ociera się mocno o pojęcie apatheia, ale nie propaguję żadnej konkretnej drogi do osiągnięcia szczęścia. Szczęście rozumiane w ten sposób, czyli jako połączenie ataraksji i aponii, jest moim zdaniem raczej chwilowe, ale możliwe do częstego doświadczania. Nie ma charakteru trwałego, w stylu, żeby móc powiedzieć: “Teraz osiągnąłem szczęście i będę szczęśliwym człowiekiem do końca życia”. Mówiąc o szczęściu ludzie zwykle mają na myśli stan względnie trwały. Ja kłądę nacisk na możliwość doświadczenia szczęścia, nie na możliwość bycia szczęśliwym - co rozumiem jako stan względnie trwały. Dla przykładu, przyświeca mi takie rozumowanie, że szczęścia można doświadczyć obojętnie gdzie i obojętnie kiedy, a warunkiem jest choćby chwilowe znalezienie się w stanie aponii i ataraksji. Nie twierdzę, że szczęście jet możliwe do doświadczenia wtedy, kiedy zrealizuje się swoje cele, poukłada odpowiednio sprawy, itd. Bo po zrealizowaniu jednego celu pojawia się następny itd. A życie bez celu nie ma sensu. Na koniec zacytuję artystę Eldo, którego myśl bardzo trafnie koresponduje w pewnym sensie z tym, o czym mówię:
Nikt nie wie, po co biegnie. Czy na pewno po szczęście?
Czy sam bieg nie jest biegu sensem? To nie jest pewne.
Zastanowiłem się nad pytaniem zadanym przez Ciebie wcześniej, mianowicie, czy szczęście jest czymś więcej niż połączeniem ataraksji i aponii. Otóż doszedłem do wniosku, że mają one wpływ na szczęście, ale nie ostateczny. Fundamentalne jest poczucie satysfakcji. Zauroczenie drugą osobą nie daje spokoju duszy, a rodzenie dziecka sprawia kobiecie ból, ale czyż nie dają te sytuacje szczęścia? Masochista będzie wręcz dążył do cierpienia, by osiągnąć szczęście.
Myślę, że możliwe są wyjątki. Ciekawy przykład z tym masochistą - nie ma aponii. Podobnie będzie z ludźmi uprawiającymi sporty extremalne - pewnie nie będzie ataraksji. Ale nie jest też powiedziane, że doświadczą oni szczęścia podczas samookaleczania czy lecenia motorem z wieżowca na wieżowiec. Mówisz, że najważniejsza jest satysfakcja. Tupac rapował “Nothing compares to the satisfaction”, nawiasem mówiąc. Tylko, znowu, czy satysfakcja daje szczęście? Idąc tym tokiem, można by wiele przyjemnych uczuć uznać za desygnaty szczęścia - radość, miłość, zadowolenie, ulga, spełnienie, duma, komfort, rozkosz.
Chodzi mi o to, że tworząc teorię kompletną, trzeba starać się aby nie miała ona wyjątków. Myślę, że połączone stany ataraksji i aponii mogą być odczuwane jako szczęście ponieważ są satysfakcjonujące w porównaniu do wcześniej zaznanych cierpień i niepokojów (bądź jeśli są celem samym w sobie).
Oczywiście masz rację, że tok rozumowania , jakoby satysfakcja dawała szczęście, jest błędny. Tyle, że nie twierdzę iż satysfakcja daje szczęście, ale że stan w którym odczuwamy satysfakcję z danego stanu rzeczywistości, który w mniejszym, lub większym stopniu zaspakaja nasze potrzeby (czyli następuje częściowe, lub całkowite osiągnięcie pewnych celów) jest właśnie stanem szczęścia. Radość, ulga, spełnienie, duma, komfort, rozkosz - są to określenia dotyczące pewnych stanów w których człowiek odczuwa satysfakcję (w wyniku zaspokojenia jego potrzeb, lub osiągnięcia jakiś celów). A miłość? Każdy człowiek ma potrzebę miłości, a doświadczając jej odczuwa satysfakcję wynikającą z zaspokojenia tej właśnie potrzeby (jednej z najważniejszych, jeśli nie najważniejszej - stąd też duże szczęście jakie osiąga).
Za idealną formę satysfakcji można przyjąć określenie szczęścia według schopenhauera. Jednakowoż jest ono utopią, a ludzie jako byty ziemskie, nieidealne są w stanie odczuwać szczęście, w zależności od stopnia spełnienia ich potrzeb i osiągnięcia założonych celów. Oczywiście każdy ludź jest w jakiś sposób unikatowy, więc też aby osiągnąć dany poziom satyfakcji (szczęścia) muszą być spełnione adekwatne dla niego warunki.
Jako liberał (w pozytywnym słowa znaczeniu :) ) dopuszczać będę wyjątki zawsze. Epikurowi chodziło, z tego, co mogę wywnioskować, o szczęście jako cel sam w sobie. Dla stoików i cyników apatheia też była celem samym w sobie, najwyższym celem.
Nie wszędzie, gdzie piszesz o satysfakcji, widzę Ją i ja. Np. Można być radosnym bez satysfakcji etc. Miłość - wiem, że każdy człowiek ma potrzebę miłości. Z tym, że z miłością jest różnie. Niektórych doprowadza ona do tego, że myślą o - używając mojego eufemizmu - zakupie biletu na wycieczkę autokarową do Grenoble. Ale miłość nie jest tu tematem.
Napisałeś:
“(…)a ludzie jako byty ziemskie, nieidealne są w stanie odczuwać szczęście, w zależności od stopnia spełnienia ich potrzeb i osiągnięcia założonych celów”
Podobne to do tego, co ja na temat szczęścia myślałem kiedyś. Czyli do tego, że szczęście to stan, w którym nie ma się żadnych potrzeb ponad to, czego już się doświadczyło/doświadcza. Tylko, że odrzuciłem ten punkt widzenia, dlatego, że człowiek nigdy nie poprzestaje, a życie bez kolejnych celów/potrzeb traci sens.Poczucie spełnienia może przerodzić się w poczucie braku sensu życia. Coś na zasadzie “po co łapać króliczka, gdy tak przyjemnie się go goni”. Istotę, jak napisałem w notce, oddaje cytat z Eldoki.