Archiwum kategorii 'Polityka'

Absurd więzienia

Po przeczytaniu tytułu wpisu niektórzy mogli pomyśleć: wariat! libertyn! głupek! No to proszę najpierw przeczytać, co mam na ten temat do powiedzenia.

Jak wiadomo, jak ktoś zrobi coś, co państwo uzna za niepożądane i sprzeczne z jego legislacją (nie mylić z prawem), to państwo go umieszcza w, jak to mówią, zakładzie karnym. Generalnie, ludzie się wtedy cieszą, że “zbira zamknęli”. Ideologia państwowa tak przesiąknęła do umysłów ludzkich, że nawet poszkodowani przez ów zbira cieszą się. Dlaczego? Bo mówią, że zatryumfowała sprawiedliwość. Ideologia państwowa wypaczyła oczywiście również i to pojęcie, no bo gdzie tu sprawiedliwość? Dajmy na to, że ten “zbir” porwał czyjąś córkę i znęcał się nad nią fizycznie i psychicznie. Co to da rodzicom, że go zamkną? Jedynie zemstę, w żadnym razie sprawiedliwość. Żądza zemsty przesłania im nawet to, że wyrok sądu ich upokarza. Tak, upokarza, bo to między innymi oni będą płacić (podatki) za utrzymanie “zbira” w więzieniu. Zatem różnica między stanem sprzed wyroku, a stanem po wyroku jest taka, że stan na “przed wyrokiem” jest taki, że “zbir” dopuścił się agresji przeciwko córce tych ludzi, a stan “po wyroku” – “zbir” dopuścił się agresji przeciwko córce tych ludzi plus to, że od tego czasu będą łożyć na utrzymanie “zbira” w więzieniu. To się nazywa, że zwyciężyła sprawiedliwość. Jednak w takim wypadku zwycięża zemsta, bo powszechnie wiadomo, że “zbir” wolałby nie trafiać do więzienia, ale trafia. Dlatego realizuje się nie sprawiedliwość, a zemsta, czyli: “Ty nam zrobiłeś, co nam niemiłe, a teraz my ci tak zrobimy”. Fakt, że to  z ich pieniędzy jest niezauważony w ferworze zemsty.

A jak być powinno? Przede wszystkim należy powiedzieć, że sprawiedliwość, to nie zemsta. Sprawiedliwość w naszym przypadku to zadośćuczynienie. Jeśli przestępca dopuścił się agresji, powinno się go postawić przed sąd, ale nie ładować do więzienia, tylko zmusić do zadośćuczynienia. To on powinien płacić ofierze, a nie na odwrót. Wyrok powinien więc przewidywać zadośćuczynienie, a nie zemstę. Tylko poprzez działanie tego rodzaju można w ogóle próbować mówić o naprawieniu win i zadośćuczynieniu. W takiej sytucaji więzienie to jakaś koszmarna pomyłka.

Kościół i polityka

Moja parafia zaangażowała się ostatnio w politykę. Najpierw było to włączenie się w akcję Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej o Zmianie Ustawy z dnia 6 czerwca 1997 r. – Kodeks karny (Dz. U. Nr 88, poz. 553, z późn. zm.), znanego też pod poręczniejszą nazwą „Contrainvitro”, a teraz w kościele można było złożyć podpis pod obywatelską inicjatywą ustawodawcza, której celem jest ustanowienie święta Trzech Króli dniem wolnym od pracy. Kazań „politycznych” nie było. Liturgia swoją drogą, a polityka swoją.

Kościół „wtrącać” i „mieszać” się w politykę powinien. Wszystko jest polityczne, szczególnie w dzisiejszym świecie, zdominowanym przez omnipotentne państwo. Nie słyszałem głosów sprzeciwu wobec różnorakich, istniejących lobby. Dlaczego więc Kościołowi odmawia się prawa wywierania nacisków na państwo, po to, aby to państwo, regulujące zbyt wiele spraw, działało w jak największej zgodzie z jego nauką? Zupełnie mylne jest przekonanie, że Kościół powinien trzymać się od polityki z daleka. Więcej nawet, to jest niedorzeczne. Tak samo, jak niedorzeczna jest postawa klerka. Od polityki uciec się nie da. Wszystko jest polityczne. To, co prywatne, jest polityczne – jak mówią feministki i mają rację. Odbierając Kościołowi prawa głosu w kwestiach politycznych, ogranicza się go do sfery „nie z tego świata”. A Kościół jest z tego świata. Jest tu i teraz. Kościół to katolicy, którzy podobno w Polsce stanowią ponad 90 % społeczeństwa. Kościołowi nie może być obojętne, jakie jest prawo stanowione. I nie jest mu to obojętne, stąd katolicka nauka społeczna. W dodatku duchowni z reguły stosują się do cokolwiek kościelnej zasady niepopierania konkretnego ugrupowania politycznego i tak też powinno być.

Oczywiście z chęcią podpisałem się rękami i nogami pod inicjatywą przywrócenia Trzech Króli w poczet dni wolnych od pracy. Dlaczego w trzecie co do wagi święto kościelne mam kombinować jak się da, żeby zdołać znaleźć się na Mszy świętej? Zajęć nie kończę, jak się zwykle kończy pracę, czyli o 15, więc tym bardziej mi się to wszystko nie widzi. Argumenty, że Polskę nie stać na „kolejny dzień wolny od pracy” zachowajmy jako pamiątkę głupoty. Jeśli rzeczywiście Polska nie dałaby rady przetrwać, gdyby 6 stycznia z fabrycznych kominów nie poleciał dym, w szkołach nie zadzwonił dzwonek, a do przychodni nie przyszedłby spóźniony o godzinę, zaspany pan doktor, jest inne, jakże banalne rozwiązanie. Po prostu, kosztem jakiegoś wolnego dnia, ustanowić dniem wolnym 6 stycznia, bo ten dzień wolny od pracy być powinien.

A „in vitro”? Kościół jest, jak wiadomo, przeciwny hodowli człowieka, który czeka przed narodzinami w laboratoriach-poczekalniach, jedynych swoistych żłobkach, w których na darmo nasłuchiwać płaczu. Kościół jest contra „in vitro”. Nie może zgodzić się na hodowlę ludzi, tak jak w „Matrixie”. Demokratyczny styl myślenia, nakierowany na „dziś!”, „teraz!”, „natychmiast!” nie zauważa możliwych konsekwencji. Pokusy ulepszania człowieka przez naukowców mogą doprowadzić do wykształcenia się, jakby to nazwać, osobnej rasy, „superczłowieka”. W pewnym momencie decyzja na normalne zapłodnienie i urodzenie dziecka będzie być może oznaczać „skazanie” go na mniejszą odporność na choroby, mniejszą sprawność fizyczną, krótsze życie, mniej korzystny wygląd,… Miał być homo sovieticus, teraz ma być homo invitrus. Człowiek tymczasem ma być homo, hominis.

Polska XXI – Nowy gracz, nowe państwo

Pół roku temu swoje pięć minut w mediach miał, powstały pod egidą Centrum Konserwatywnego, portal „Polska XXI”. Jego twórcy: Kazimierz Michał Ujazdowski (redaktor naczelny), Jan Rokita, Rafał Dutkiewicz i Rafał Matyja utrzymywali, że celem ich jest stworzenie internetowego centrum konserwatywnej myśli politycznej, swego rodzaju forum wymiany myśli w debacie publicznej. Wydawało się tylko kwestią czasu, kiedy inicjatywa zacznie się rozszerzać. Jednak dość szybko portal dotknięty został przez, raczej nieoczekiwany, impas. Jak się okazało, była to cisza przed burzą.

27 września br. powołany został Ruch Obywatelski Polska XXI, utworzony przez twórców portalu (oprócz Rokity) oraz stowarzyszenia regionalne: „Dolny Śląsk XXI”, „Koszalińsko-Kołobrzeskie XXI”, „Lubelskie XXI”, „Małopolska XXI”, „Mazowsze XXI”, , „Pomorze XXI”, „Śląsk XXI”, „Ziemia Łódzka XXI” oraz stowarzyszenie „Młodzi XXI”. Prezesem Rady Ruchu został prezydent Wrocławia, Rafał Dutkiewicz. Ideologię RO Polska XXI wyrażać ma deklaracja „Nowe państwo Polaków”. Zapowiada on udział w najbliższych wyborach samorządowych, nie wyklucza też wysunięcia swojego kandydata na stanowisko Prezydenta RP. Mówi się, że o urząd ten ubiegać się będzie być może Dutkiewicz. Jednak póki co, założyciele Polski XXI robią wiele, by nie była ona kojarzona z partią polityczną.

Deklaracja Ruchu nawiązuje do idei konserwatywnych. Podkreśla się w niej dorobek cywilizacji łacińskiej i rolę chrześcijaństwa. Dokument postuluje silną władzę polityczną o ograniczonym polu działania. Podnosi się w nim również kwestię nowej konstytucji, opowiadając się za systemem prezydenckim. Zmian systemu politycznego członkowie Ruchu chcą też w parlamencie – postulują elitarny charakter Senatu, postulują wprowadzenie większościowego systemu wyborczego. Mocno akcentuje się w Deklaracji ideę decentralizacji i zasadę pomocniczości, a przede wszystkim potrzebę budowy solidarnego społeczeństwa obywatelskiego. Dokument ten mówi też o „nowoczesnym patriotyzmie”, który obok zwracania uwagi na symbole, realizowany ma być też w praktyce. Głównym celem „Polski XXI” ma być modernizacja kraju i skierowanie go na drogę mocnego rozwoju.

Co by nie mówić, deklaracja ta jest dość dużego kalibru. Nie jest ona programem – ten ma być zbudowany w efekcie szerokiej debaty – a jednak sporo miejsca poświęcono w niej kwestiom dość szczegółowym. Zabrakło natomiast odniesień do wielu palących kwestii, jak choćby reforma służby zdrowia. W zamian za to mamy sporo o zmianie systemu politycznego. Czy ma to sens? Na tym etapie raczej nie. Żeby tak śmiało mówić (co innego myśleć) o systemie prezydenckim, trzeba mieć swoich ludzi przy przyciskach do głosowania. Czy PiS nie szło do wyborów w 2005 roku z identycznym hasłem? Szumne projekty zmiany konstytucji spaliły na panewce, bo zabrakło właśnie głosów. A przecież PiS wygrało wybory, czego środowisku „Polski XXI”, mimo że źle mu nie życzę, nie przepowiadam. Po schowaniu między bajki snu o zmianie konstytucji, nadal zostaje w tym ruchu duży potencjał. Czy na scenie politycznej jest dla nich miejsce? Polacy są skłonni głosować na centroprawicę, a gdzie dwóch się bije… Problemem może być to, że podobne idee już były głoszone i nic z tego nie wynikło. Nie mam tu nawet na myśli, przypominającej XIX-wieczną pracę organiczną i pracę u podstaw, idei niby to „nowoczesnego patriotyzmu”. Chodzi o idee, które pamiętamy z poprzednich kampanii wyborczych i, w przeciwieństwie do naszych reprezentantów w Sejmie, nie zapomnieliśmy o nich w dniu wyborów. Problemem jest więc zdobycie zaufania wyborców, notorycznie oszukiwanych przez coraz to nowych „cudotwórców”, opierających swe rządy na fetyszach. Na kogoś jednak wyborcy zagłosują, a jeśli nie sprawdzili się jedni, nie sprawdzają się drudzy, to jest szansa dla trzecich. Szansa, która może jednak zostać niewykorzystana, jeśli RO Polska XXI otworzy swe szeregi dla tych polityków, którzy szwendają się po scenie politycznej od lat, przybierając podczas swej „kariery” różne barwy, jak KLD, UW, PC, AWS, PiS, PO itd., a którym to reprezentantom wyborcy już serdecznie dziękują. Znacznie lepsza może się okazać próba stworzenia „świeżego” produktu politycznego.

Aby Polska XXI odniosła sukces wyborczy – w jakichkolwiek wyborach – musi też stanąć w szranki do walki marketingowej oraz wyjść do ludzi. Internet to potężne medium, lecz, po pierwsze – nie każdy, kto z niego korzysta, spędza czas akurat na kształtowaniu swoich poglądów politycznych; po drugie – ludzie odwiedzający strony internetowe, będące organami jakichś środowisk politycznych (a taką stroną jest portal „Polska XXI”) najczęściej należą do już przekonanych. Jeżeli Ruch potraktuje sprawę poważnie i pozyska środki na kampanie wyborcze, ma szansę odnieść sukces.

Nowa “propaganda”

Dotychczas, jak słyszałem o wojnach, to nie było mi obce, że dla celów propagandowych jedna ze stron ogłaszała, że zajęła jakieś terytorium wroga itp. Celem tych zabiegów było np. wzmocnienie, albo utrzymanie morale żołnierzy i reszty społeczeństwa, ale także obniżenie morale wroga. Gruzja i Rosja wprowadziły do polityki wojennej praktykę odwrotną. Saakaszwili rozpowszechniał informacje, że Rosjanie zajęli miasto Gori i że kontrolują “większą część” Gruzji. Rosjanie natomiast twierdzili, że wcale miasta Gori nie zajęli. Jak się ponoć okazało, prawdę mówili Rosjanie. Nową politykę wojskową Gruzinów i Rosjan oceniam jednak inaczej w odniesieniu do każdego z tych państw. Dla Rosji był w tym sens. Jej terytorium nie zostało najechane, co w połączeniu z powszechnym w świecie, więc zapewne i w Rosji, przekonaniem o miażdżącej przewadze rosyjskich sił zbrojnych, każe myśleć, że zabiegi Rosji nie były żadnym masochizmem. Miała ona cel, by za bardzo nie narażać się środowisku USA i UE, dlatego zaprzeczanie głosom o zdobyciu tamtego miasta miało dla Rosjan sens. Co innego w przypadku Gruzji. Kraj został najechany, a prezydent mówi publicznie swoim rodakom, wbrew prawdzie, że Gori i “większa część” kraju została zajechana. W tym wypadku, kiedy należałoby podnieść morale wojska i społeczeństwa, albo chociaż go nie osłabiać, Saakaszwili okłamuje swój naród, jakby był jego zdrajcą. Może kłamiąc w tej sprawie, chciał doprowadzić do interwencji państw europejskich i amerykańskich. Wydaje się jednak, że nikt nie potrzebuje wodza wmawiającego własnemu narodowi, że został podbity.

Bezczelna Gruzja

Jak wiadomo, jest wojna rosyjsko-gruzińska. Chciałem zwrócić uwagę na pewien szczegół, o którym się nie mówi, być może z powodu chęci nieodbiegania nawet na krok od krytyki Rosjan. Mam na myśli to, że podejmując zbrojną akcję 7. sierpnia, Gruzini pogwałcili cywilizację europejską. Dlaczego? Przecież to oczywiste. Zbesztali, kultywowana przez Hellenów tradycję, wedle której podczas igrzysk nie prowadzono wojen. W wigilię rozpoczęcia igrzysk w Chinach, tradycja ta została podeptana. Dlatego nie jestem wrażliwy na klęski Gruzinów. Są pewne zasady…

Aborcja, zmiana dyskursu; Jurek nie-radykał, a lewica-obłudnica!

Jak napisałem już w kiedyś, nie widzę żadnych powodów, by nazywać Marka Jurka radykałem. Ostatnio, przy okazji wyborów uzupełniających do Senatu, w których kandyduje Jurek, zaczęło się znów trochę o nim mówić i zapraszać go do mediów. W programie, który oglądałem, bardzo pochlebnie o Jurku wypowiedział się Stefan Niesiołowski. Etykietę radykała przypiął Jurkowi Ryszard Kalisz. No i znowu powtarza się moje pytanie ze wspomnianego wyżej tekstu: Dlaczego, do diabła, Jurek to radykał?! Kłamstwo powtarzane sto razy… Chyba na tym jedzie ta bezobyczajowa liberalna obyczajówka. Powtarzam to, co już napisałem – skoro w Polsce, kraju katolickim, uważa się człowieka, który jest za ochroną życia i ma w tej kwestii zdanie nieodbiegające od nauki Kościoła, za radykała… To jest coś nie tak! Dlatego, myślę, że to jest raczej wmawianie społeczeństwu przez te środowiska bezobyczajowej liberalnej obyczajówki, że Jurek to radykał. A z niego taki radykał, jak ze mnie ornitolog. Czyli nie jest z niego radykał.

Absurdem jest postawa lewicy w kwestii aborcji. Lewica – altruiści, bezinteresowny kolektyw, w którym też, a właściwie głównie, zwierzęta, planety wszystkie, woda pitna i niepitna, góry, lasy, rozpudy etc. Ale aborcja… Kto by tam się z lewicy interesował życiem człowieka?! Ważniejsze jest tzw. “prawo człowieka do decydowania o aborcji”. Tu jest właśnie ta obłuda lewicy – niby najpiękniejszej ideowo doktryny, która z krwią na rękach niesie świetlaną przyszłość Wszechświata.

Ostatnio miałem okazję wysłuchać ciekawego referatu na temat prawa naturalnego według Johna Finnisa. Filozof ten obok wielu bardzo ciekawych twierdzeń, wypowiada się też na temat aborcji. Proponuje on coś bardzo sensownego, czyli zmianę dyskursu dotyczącego aborcji. Zauważa, że w dyskursie tym, tkwiącym w nurcie liberalnym, dyskutuje się o aborcji tylko na pewnym poziomie – prawa do aborcji, albo braku prawa do aborcji. Finnis proponuje zmianę tego dyskursu na dyskurs nad substancją, co oznacza przeniesienie ciężaru dyskusji na kwestię, czy aborcja jest zła, czy jest dobra, zamiast dyskusji nad tym, czy ma się prawo do aborcji, czy nie. Finnis, jako przeciwnik aborcji, twierdzi też, że skoro nie jesteśmy w stanie określić dokładnie, kiedy rozwijające się w łonie matki życie można nazwać człowiekiem, należy przyjąć (i on tak przyjmuje), że żyjący człowiek pojawia się w momencie poczęcia. Jeżeli tak nie jest, twierdzi Finnis, to niech ci, którzy to mówią, udowodnią to. W ten sposób, w związku brakiem dowodów, kiedy należy uznać rozwijające się życie za człowieka, Finnis ciężarem znalezienia tych dowodów obarcza przeciwników twierdzenia, że życie ludzkie rozpoczyna się w momencie poczęcia. Rozumuje w stylu: Proszę bardzo, uważasz, że nie zabija się człowieka, tylko płód czy jak to nazwiesz, to udowodnij, kiedy zaczyna się człowiek.

A co wy z tą prawicą?

Ostatnio kilka razy otarłem się o jakieś debaty typu: Co z polską prawicą? Ni stąd ni zowąd dyskusja pełną gębą. PiS zjechał trochę w sondażach i się zaczęło przepowiadanie przyszłości. Co będzie z PiSem? Kto będzie po PiSie? Jaka będzie rola PO? Burza w szklance wody, rzekłbyś. Jak dzisiaj to wygląda? Rządzi partia nijaka, bezideowa, bagno. Mówi się, że bagno to po prawej stronie sytuować należy. Moim zdaniem, ani po prawej, ani po lewej. Ot, bagno. Jednak pozycja PO widziana jest na “ledwożeprawicy”, ale jednak – na prawicy. PiS – jak uważają ci, co głosu najwięcej mają, to prawica bezapelacyjnie. No więc, co z tego wynika? To, że Polska prawicą stoi? Skoro PO i PiS mają 78% mandatów w Sejmie… Dlaczego w takim razie wylewać litry atramentu na ten temat?

Ferdydurke

Z uśmiechem przyjąłem dzisiaj wiadomość, że Andrzej L. być może wystartuje w wyborach uzupełniających do Senatu, które na skutek śmierci senatora z Prawa i Sprawiedliwości, Andrzeja Mazurkiewicza, zostaną przeprowadzone na Podkarpaciu. Z uśmiechem, bo jestem spokojny, że ten pseudopolityk już się skończył i nie ma siły, która go wciągnie do parlamentu. I tyle. Taką o to pierdołą się zająłem i sobie piszę o takiej pierdole. Nie wiadomo, dlaczego, specjalnie nie odstaję w tym momencie pod względem wysiłku intelektualnego od wszelkich mediów elektronicznych. Tak bowiem ambitne tematy tam przeważają. Najlepszym przykładem gadania o dupie Marynie jest serial “Kawa na ławę”. Ten wzorowany zapewne na operze mydlanej “Moda na sukces” serial oddaje trafnie istotę misji mediów w Polsce. Chodzi o to, że co tydzień przy kawie na ławie spotykają się wybitni politycy (w tych rolach znakomitości pokroju Tadeusza Cymańskiego) i sobie gaworzą o tym i o owym, łącząc się co najmniej raz na program w jednoczesnym skowycie. Nad całym przedsięwzięciem czuwa pan redaktor Rymanowski. Po wypyskowaniu się, kilkakrotnej obrazie, wszyscy wzajemnie klepią się po dupach i życzą sobie miłej niedzieli. Scenariusz powtarza się w niedziele kolejną i wszystkie następne. Nic tylko poczekać jeszcze trochę, a zamiast “program z udziałem polityków” (bo, że “publicystyczny”, to już nie śmią nawet ci w telewizji mówić), nazwie się to po prostu “program rozrywkowy”. Idąc za ciosem rozbuduje się Sejm o miejsca dla publiczności i zacznie reklamować w TV jego obrady. Szczególnie, kiedy po przejęciu obowiązków ustawodawczych przez Unię Europejską, polski poseł będzie już mógł się oddać bez reszty temu, co posłowie lubią najbardziej. Niech żyje demokracja! Niech żyje nowoczesna Europa! Niech żyje farsa!

Polacy i kapitalizm

Janusz Korwin-Mikke postawił na swoim blogu tezę, że poparcie PO wzrasta właśnie dlatego, że partia ta porzuciła swoje liberalne projekty. Ludzie zagłosowali na PO nie dlatego, że chcieli liberałów, a dlatego, że nie chcieli PiS. Zagłosowali na PO, pomimo jej liberalnych projektów. Teraz widząc, że było to tylko czcze gadanie, są uspokojeni i dlatego popierają Platformę. Wydaje się, że jest to teza trafna. Nawiasem mówiąc, gdyby przed wyborami PO zamiast udawać partię liberalną, przedstawiła prawdziwe swoje zamiary, mogłaby osiągnąć wynik jeszcze lepszy. Dlaczego? Bo istotnie, Polacy nie chcą kapitalizmu. Pozostaje zapytać, dlaczego.

W niespecjalnie dobrym artykule naukowym pt. “Liberalizm konserwatywny Unii Polityki Realnej” autorstwa Danuty Karnowskiej, który to artykuł został opublikowany w “Athenaeum” w nr. 14-15 (2006), autorka wyraża jakby pewne zdziwienie, że mimo wolnościowej tradycji i talentowi przedsiębiorczemu Polaków, UPR, będąca apologetą wolnego rynku, jest partią marginalną. Problem ten jednak nie jest głównym przedmiotem zainteresowania Karnowskiej, dlatego autorka pozostała jedynie na powyższym wniosku. Sprawa stosunku Polaków do liberalizmu ekonomicznego wymaga jednak kilku zdań komentarza. Wydaje się, że sedno sprawy świetnie oddaje Hans-Hermann Hoppe, filozof libertariański, w przedmowie do polskiego wydania swojej książki “Demokracja: bóg, który zawiódł”, o czym za chwilę. Powszechna jest opinia, że źródłem antyliberalnej (w zakresie gospodarki oczywiście) postawy dużej części naszego społeczeństwa jest mentalność ukształtowana w okresie Polski Ludowej oraz brak umiejętności i gotowości do wzięcia swojego życia w swoje ręce, co również wiąże się z oddziaływaniem socjalizmu. Poglądy te zapewne są słuszne, ale nie wyczerpują poruszonej kwestii. Hoppe, który nie jest pewnie w swoim zapatrywaniu odosobniony, uważa, że winę za uprzedzenia społeczeństwa polskiego względem kapitalizmu ponoszą politycy, którzy znaleźli się u steru władzy w czasach, gdy Polska paliła za sobą demoludowy most. Filozof wytyka politykom, że wraz ze swoimi – jak pisze – “totumfackimi” z poprzedniej nomenklatury zagarnęli znaczny procent narodowego majątku. W efekcie, biznes dostał się w ręce, delikatnie ujmując, nie najczystsze. Widząc to, społeczeństwo, dotknięte bezrobociem, nie wyrobiło sobie o wolnym rynku dobrego zdania. Wnioski Hansa-Hermana Hoppego są słuszne i nie należy ich pomijać w analizowaniu postaw polskiego społeczeństwa. Warto zadać sobie pytanie, co należy zrobić, by Polacy opowiedzieli się za liberalizacją gospodarki. Uważam, że nadzieja jest w tym, by próbować przekonać ich, że praktyki, którymi otwarto nową kartę naszej historii, więcej wspólnego miały z “czarnym rynkiem”, niż z wolnym rynkiem.

Miedwiediew>Putin

Tylko w jednej telewizji, ale nie pamiętam, w której, powiedzieli coś, co odnośnie zmiany genseka w Rosji uważam i ja. Otóż nie sądzę, że Miedwiediew będzie grzecznym chłopcem Putina. Nie mówię, ile czasu musi upłynąć, ale pewnie niewiele, żeby nowy car przyzwyczaił się do władzy i zbudował swój własny dwór, w którym Putin nie będzie nawet odźwiernym. Tak należałoby rozumować mając na uwadze historię XX-wiecznej Rosji. Taki choćby Józef Stalin konsekwentnie usuwał wszystkich, którzy mieli jakiś wkład w rewolucję październikową i próbę przemienienia “widma” w rzeczywistość. Ale to był Stalin, nie Miedwiediew, dlatego Putin zachowa pewnie nie tylko życie, ale nawet dostatnie życie. Z władzą jednak się będzie musiał pożegnać.

Liberalizm a mandaty za przekroczenie prędkości.

Zabrałem ostatnio głos w dyskusji na temat zasadności istnienia mandatów za przekroczenie prędkości i w ogóle na temat zasadności istnienia ograniczeń prędkości. Bodźcem do dyskusji był artykuł w “Najwyższym CZASIE!” donoszący, że Grzegorz Schetyna, MSW, proponował prywatyzację mandatów drogowych. Jednak, dyskusja dotknęła zagadnienia bardziej ogólnego. Toczyła się ona na stronie internetowej “Najwyższego CZASU!” i, co normalne, brali w niej udział entuzjaści myśli wolnościowej. Owa myśl wolnościowa jest określeniem chyba najpojemniejszym spośród wszystkich rodzajów myśli. Problem polega na tym, że wiele osób, uważających się, jak domniemam, za liberałów, jest innego przekonania politycznego. Akurat w odniesieniu do wspomnianej dyskusji, nie chodzi mi o liberałów socjalnych, czy socjoliberałów, bo założę się, że niejedna czytająca ten tekst osoba pomyślała, że piję do jakichś odchyleń lewicowych. Nie. Chociaż z drugiej strony to, do czego piję zaszufladkować jest trudno, a jest to anarchokapitalizm – radykalny odłam libertarianizmu. Otóż ci, którzy opowiadają się za zniesieniem ograniczeń prędkości i uważają się za liberałów, swoje przekonania sytuują błędnie, i zamiast czytać choćby nawet Roberta Nozicka, powinni przerzucić się na przykład na Murraya Rothbarda. Odwołując się do, ich zdaniem, racjonalnych (to słowo szczególne dla anarchokapitalistów, ale i ogólnie dla libertarian) argumentów przeciwko ograniczeniom prędkości, mijają się całkowicie z istotą klasycznego liberalizmu, który daje człowiekowi wolność zawsze wtedy, kiedy nie wynika z tego naruszenie wolności drugiego człowieka. A tak nie jest w przypadku ruchu drogowego. Chodzi o to, że ograniczenia prędkości i mandaty za niedostosowanie się do nich, jako takie, mają rację bytu, bo chronią innych ludzi, ich wolność. Jeżeli ktoś miałby swoją prywatną autostradę, po której jeździłby tylko sam jeden, to ograniczenia są niepotrzebne, bo miałby on takie samo prawo dbać o siebie jeżdżąc ostrożnie, jak i zabić się. Nie występowałoby ryzyko, że zabije kogoś innego. Ale na drodze, po której porusza się więcej niż jeden człowiek, takie ryzyko występuje. Nawet libertarianin, Nozick, pisał:

Moje prawo własności do mojego noża pozwala mi umieścić go, gdzie chcę, ale nie w twojej piersi.

Dlatego ci, którzy mówią na siebie liberałowie, a są za zniesieniem tych ograniczeń, nie są liberałami, bo, różne są punkty widzenia, ale ja twierdzę, że anarchokapitaliści to nie liberałowie.

Niania Europejska, co decyzje podejmie za nas.

Zieloni, socjaliści i komuniści podczas debaty w Parlamencie Europejskim twierdzili, że decyzja o rozmieszczeniu w Polsce i Czechach elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej powinna zostać podjęta kolektywnie przez całą Wspólnotę Europejską. Jest to podważenie suwerenności państwa polskiego i kolejny dowód na to, że w zintegrowanej ostatecznie Europie nie będzie miejsca w ogóle na coś takiego, jak suwerenność państwa. Wszystkie decyzje będzie podejmować nomenklatura z I Sekretarzem UE. Przywódca niemieckich chadeków – von Wogau – obawia się, że tarcza nie będzie chronić takich państw Unii jak Włochy, Cypr i Malta i nie można do takiego stanu rzeczy dopuścić. Oczywiście! Polska nie ma prawa prowadzić polityki zagranicznej i wojskowej w swoim interesie! Najpierw dobro Unii, a dobro Polski… Dobro Polski jest złem, bo zakłada partykularny interes tylko jednego regionu neokomunistycznego państwa europejskiego. Tego chcemy. Cieszymy się Schengen, nie widząc jak Unia wysysa z nas resztki suwerenności.

Uwagi o władzy wykonawczej RP.

Nie masz wrażenia, że Polska ociera się o dwuwładzę? Dwa ośrodki – prezydencki i rządowy – chcą rządzić Polską. Mimo, że większą legitymację ku temu ma prezydent, to premier i rząd ma w naszym kraju do powiedzenia najwięcej. Prezydent robi, co może, by mieć we władzy jak największy udział. Robi tak, ale dopiero od czasu, gdy premierem został Tusk. Stara się tworzyć silny ośrodek, mający być przeciwwagą dla rządu. W prawie każdej sprawie prezydent, czy to bezpośrednio, czy przez swoją Kancelarię, której uosobieniem jest Pan Mała Dziewczynka ztj Michał Kamiński, zabiera głos. Konstytucja nie precyzuje jasno niektórych kwestii – w których sprawach ważniejszy (to słowo specjalnie przeze mnie dobrane) jest premier, a w których prezydent. Wtedy zaczyna się kompromitująca cały kraj szarpanina, którą każdy zna – Pan Mała Dziewczynka ztj Pan Zjadłem Wszystkie Rozumy szczeka zajadle, na co, przyznać trzeba, kulturalniej reaguje środowisko Platformy Obywatelskiej. Jestem zwolennikiem systemu prezydenckiego, ale jeśli go nie ma, to prezydent musi się z tym pogodzić. Poza tym, należałoby popracować nad konstytucją. Polska to taki dziwny kraj, gdzie zawsze najważniejsze akty są niedopracowane i są źródłem sporów. Wracając do prezydenta – jego wzmożona aktywność zaczęła się dopiero po przejęciu rządów przez PO. Wcześniej, mimo zapowiedzi z kampanii wyborczej, nie był jakoś przeaktywny. Teraz zdaje się to nadrabiać. Myślę, że prawdopodobnie jest to związane ze zbieraniem argumentów na przyszłą kampanię prezydencką, a uważam, że nie służy dobru kraju. Niech Platforma pokaże, co potrafi. Potem ją ocenimy, ale póki co, niech rządzi.

Co z filharmonią?

Muzycy, widząc zapalczywość swoich “należących” do państwa kolegów, również stwierdzili, że zarabiają zupełnie niegodziwie i myślą chyba o jakimś strajku. Gdybym ja był premierem, odpowiedź byłaby prosta: “Nie podoba się? Prywatyzacja.” Nie widzę powodu, dla którego państwo ma utrzymywać instytucje typu filharmonia. Jeżeli instytucje kulturalne nie potrafią zapewnić sobie środków na działalność i pensje dla pracowników, to niech zostaną sprywatyzowane. Wbrew być może istniejącym pozorom, i w naszym państwie nie brakuje ludzi, którzy nie wiedzą już co począć z majątkiem. Dlaczego nie zabiegać o ich mecenat? Jeśli jednak nie ma widoków na takowy, a sytuacja jest niezadowalająca – sprywatyzować.

Korwin bredzi.

W ostatnim czasie zwykłem sympatyzować z Januszem Korwinem-Mikke. Ale nastąpił temu kres. Jego poglądy zbyt emanują darwinizmem społecznym. O tym, że chyba ostatecznie stwierdziłem, że nie oddałbym głosu na Korwina zdecydowała jego wypowiedź, do której linka zamieszczam poniżej. Mam wrażenie, że kieruje się on pojęciami “Ubermensch” i “Untermench”. Przeczytajcie, co mówi Janusz Korwin-Mikke:

“Strata ludzi to nie jest problem. Jeżeli na przykład w wyniku, bo ja wiem, narkomanii by zginęła połowa Polaków, to zginęliby ci, którzy mają złą wolę. Dla narodu jest to korzystne, generalnie rzecz biorąc. Jeżeli byłaby zaraza i wyginęłaby połowa Polaków, wtedy dla narodu jest to korzystne, bo wyginęli najsłabsi. Natomiast tu mamy do czynienia z czymś innym. Giną bądź emigrują najcenniejsi ludzie. I to jest strata dla narodu straszliwa. My sobie z tego nie zdajemy sprawy.”

(źródło: http://pl.youtube.com/watch?v=ni8nIfjL3pk&feature=user)

Nie wiem, jak to zinterpretuje Sławek, broniąc Korwina, ale dla mnie to jest kult narodu, jak np. u Hitlera, u Dmowskiego. Czyż dla liberała nie jest najważniejsza jednostka? Skąd wobec tego u Korwina taka troska o hodowlę narodu ? A jeśli miałbym bardzo chore i podatne na wszelkie zarazy dziecko, które bym bardzo kochał, to co? Jakby umarło wskutek zarazy, to miałbym stwierdzić za Korwinem, że dobrze się stało, bo najsilniejsi przetrwali, tak? Tylko, że kult siły to nie jest to co mnie interesuje i to, że przetrwali najsilniejsi, dziecka by mi nie wróciło.

Czego brakuje mi w postulatach Unii Polityki Realnej?

Odpowiada mi wejście w dorosłość, które proponuje człowiekowi UPR. Odpowiada mi zwiększenie mojej wolności do decydowania o sobie. Problemem jest wciąż jedna, ale zasadnicza sprawa. Tak jak i piewcy myśli liberalnej, tak i partia UPR głosi, że liberalizm gospodarczy ma szansę powodzenia jedynie wtedy, gdy społeczeństwo wyznawać będzie odpowiednie postawy moralne. Dlatego UPR chce oprzeć prawo i życie publiczne na chrześcijaństwie. To mało. Nic nie zagwarantuje wykorzenienia zła, niemoralnego postępowania. Dlatego uważam, że w postulatach UPR brakuje zagwarantowania praw pracowniczych. W ogóle o tym się nie mówi w tej partii, która np. panicznie boi się związków zawodowych. A egzekucja praw pracowniczych wydaje mi się jednak konieczna.

Rzeczpiaskownica Polska, czyli obrażone prezydenciątko.

Do różnych rzeczy nas PiS przyzwyczaił, zgoda. Ale to, co teraz się dzieje w związku z tą obrazą Prezydenta na Tuska to już dobitnie skreśla grubą krechą tych dziwaków. Mi już brakuje słów, ja nie wiem jak to zwerbalizować. Piaskownica to jest chyba dobre słowo. Mamy piaskownice prezydencką nie pałac prezydencki.

Premier w imieniu Prezydenta za pośrednictwem mediów przekazuje, że Tusk ma przeprosić Prezydenta za swój stosunek do bezdomnego, który wyzwał Prezydenta, czy za coś takiego. Jak Tusk nie przeprosi, to Prezydent z nim nie będzie rozmawiał. No ręce mi opadły. Ja nie wiem, czy oni mnie podpuszczają, czy co. Jeśli  tak, to aż za dobrze, bo po prostu ręce mi opadły. Pamiętacie, jak Tusk z Lechem Kaczyńskim rozprawiali wspólnie u tego ostatniego w sprawie wcześniejszych wyborów? Wtedy jakoś zaszłości piaskownicze Prezydentowi nie przeszkadzały. Mam rozumieć, że tak się mu teraz przypomniało? Czy może trzeba go przytulić, bo PiS nie wygrał wyborów?

Sayonara Lepper, czyli przyczynek do normalizacji.

Zapytano mnie, jaki widzę sens wyborów; czy są potrzebne. Przeciwko wyborom nic nie miałem. Mało tego, byłem za nimi od jakiegoś czasu. Jedna kwestia była dla mnie decydująca. Twierdziłem, że jeśli wybory przyniosą choćby to, że “Opalony” ze swoją watahą nie wejdzie do parlamentu, to uznam, że dobrze się stało, że były te wybory. I cieszę się. Cieszę się nie dlatego, że ktoś zmądrzał czy coś jak to. Cieszę się, że mordy tej wstrętnej i cynicznej nie będę już oglądał (oby nigdy). Za tym idą inne przyjemności – nie będę oglądał też mord Lyżwińskiego (chyba, że pokażą, że idzie siedzieć, co w przypadku Andrzeja też przeze mnie oczekiwane), Beger, Maksymiuka. Czyż to nie jest jakaś ulga? Cieszmy się drobiazgami. Cześć Lepper.

“Społeczna percepcja konserwatyzmu i liberalizmu”

Dzięki temu, że otrzymuję na maila Newsletter’y od PTBRiO zetknąłem się z bardzo interesującym dla mnie badaniem, które przeprowadził znany wszystkim (choć wcale nie najlepszy w swoim fachu) instytut CBOS. Tytuł badania jest taki jak tytuł mojego wpisu, a komunikat z badań znaleźć można pod tym tym adresem.

“Warto jednak zauważyć, że ponad dwie piąte Polaków (43%) nie ma żadnych konkretnych skojarzeń ze słowem konserwatyzm, nie potrafi powiedzieć, co ono znaczy.”

Czy nie jest to kolejny argument w sprawie, o której pisałem jakiś czas temu (patrz: Znieśmy powszechne wybory)?

Podczas gdy ponad 60 proc. społeczeństwa popiera partie konserwatywne – np. PiS i PO, 43 proc. społeczeństwa nie wie, co to jest konserwatyzm. I nie są to raczej wyłącznie przeciwnicy konserwatyzmu. Chyba że te 43 proc., które nie wie – nie popiera, a 57 proc., które wie – jest za tymi partiami. Jakby nie było musi wyjść co najmniej 10 proc. tych, którzy nie mają pojęcia, co to jest konserwatyzm i jednocześnie popierają partie konserwatywne. Poza tym, jak czytamy w komunikacie: “Jedynie co dziesiąty badany (10%) określa własne poglądy jako konserwatywne”, a dalej: “Aż dwie trzecie respondentów określających się mianem liberałów (65%) deklaruje, że ma poglądy
antykonserwatywne.” Ciekawe w takim razie, dlaczego PiS i PO, LPR mają w sumie poparcie może i nawet 70 proc. społeczeństwa.

Po drugie, podczas, gdy filarem konserwatyzmu, obok tradycji, jest religia, komunikat pokazał, że tylko 4 proc. badanych wspomniało o wartościach moralnych i religijnych, mówiąc o rozumieniu przez nich słowa konserwatyzm.

20 proc. oceniających konserwatyzm negatywnie, powiązało go z uwstecznieniem się w poglądach. Tylko pogratulować intuicji.

Na przywołanie zasługuje również to zdanie: “Okazuje się, że słowo liberalizm jest niezrozumiałe dla znacznej części Polaków. Ponad połowa (52%) nie ma jednoznacznych i zarazem konkretnych skojarzeń z tym określeniem.”

Czytając:

“Natomiast ci, którym określenie liberał kojarzy się negatywnie, w znacznej mierze traktują liberalizm jako ogólnie coś złego (30%) (…).”

myślę nic innego jak to, że przejęli bezmyślnie to, co Kaczyński trąbił na okrągło podczas kampanii w 2005 r., czyli zestawienia – dobra Polska to Polska solidarna, zła Polska to Polska liberalna. Bo nie wiedzą , dlaczego liberalizm jest zły, wiedzą, że jest zły i tyle. Bo Kaczyński tak mówił, to tak jest.

Ostatni cytat, który uważam za warty przytoczenia:

“(…) z opinii badanych wynika, że na polskiej ocenie politycznej nie ma ugrupowania, które jawiłoby się jako konserwatywne zarazem liberalne. Według własnych przekonań respondentów, a tym bardziej według oceny poglądów poszczególnych partii politycznych konserwatyzm wiąże się antyliberalizmem, a liberalizm z antykonserwatyzmem”.

Też ładna ta opinia.

Pozostaje zadać sobie pytanie, czy jest sens próbować na siłę, sztucznie narzucać w Polsce model społeczeństwa obywatelskiego, podczas gdy Polacy nie mają w większości niezbędnej wiedzy, nie wykazują znajomości niezbędnych pojęć, bez których dyskurs publiczny wydaje się mocno upośledzony.

Dlaczego nazywacie go radykałem?

Słów, które zaraz Państwo przeczytacie, będę starał się dotrzymać. Mianowicie, nie mam zamiaru pisać o wydarzeniach politycznych aż do wyborów. Nie chcę sie po prostu paprać w tym gównie w czasie, kiedy śmierdzi najmocniej. Nie śledzę popisów politycznych – można ten czas spożytkować lepiej.

Chcę wspomnieć jeszcze o jednej sprawie, której dotyczy tytuł postu. Mam na myśli Marka Jurka. Usłyszeć można o nim, że jest radykałem. To mnie dziwi. Nie widzę ani jednego powodu, dla którego uznałbym nazwanie Jurka radykałem, uzasadnionym. Wiosną było o nim głośno, kiedy odszedł z PiS na znak protestu przeciwko decyzji posłów odnośnie ochrony życia poczętego. Otóż, jak wiadomo, Jurek był zwolennikiem zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Zdaje się, że to wtedy przypięto mu etykietę radykała. Jeżeli poglądy Jurka w kwestii aborcji były faktycznie powodem tego, że jego nazwisko musi być obecnie okraszone słowem “radykał”, to jest problem. Problem z Polakami, którzy postrzegając się w ponad 90-ciu proc. za katolików, za radykalne uważają poglądy, które są bezdyskusyjne i oczywiste w religii katolickiej. Warto się zastanowić, w którą stronę pójść. Bo jak można być katolikiem, nie akceptując katolicyzmu?

Na LiD.

W Internecie (przynajmniej polskim) dużo jest lewicy. Procentowo możliwe, że jest to nawet jakieś 20 punktów więcej niż w społeczeństwie ogólnie. Bo kiedy sondaże dawały LiD 8%, w Internecie w tym samym czasie na te partie stawia 28%. Stąd może mój wpis. Chcę zauważyć, że ta niby lewica to żadna lewica i jeśli komuś przyświecają wartości lewicowe, to powinien sobie zdać sprawę (jeśli jeszcze tego nie zrobił), że na pewno nie LiD jest jego reprezentantem. Więc jeśli jesteście Państwo poglądów lewicowych – na LiD nie głosujcie. Jeśli jesteście poglądów liberalnych to nie wiem, ale ja bym i tak na LiD nie głosował na Waszym miejscu. Właściwie, jako zniechęcający do głosowania na LiD, powinienem liberalizującej części Czytelników polecić głosowanie na PO. Ale nie chcę kłamać – bo z PO to taka partia liberalna, jak z PiS prawica. Bo PiS to przecież niezbyt prawica. To partia konserwatywno-narodowa – tak ją bym określił. Platforma Obywatelska zwykła być również partią konserwatywną. Ale jak to będzie za chwilę to nie wiadomo, bo PO wykazuje trochę takie skłonności do skoków z kwiatka na kwiatek – jak to wśród partii bagiennych (bagno = centrum – przyp.). Właściwie nie ma w Polsce partii, która byłaby liberalna zarówno pod względem światopoglądowym, jak i gospodarczym. światopoglądowo to niech będzie LiD, ale gospodarczo – oni są w ogóle jacyś gospodarczo? Ni to liberałowie, ni to socjaliści – nie wiadomo. Chociaż Olejniczak postuluje równość – a tego słowa bez dodatku “wobec prawa” u liberałów raczej nie usłyszymy. Jest jeszcze ten “dyplomata” Kwaśniewski ztj Kula U Nogi LiD. Mam nadzieję, że Olek gorąco przyczyni się do słabego wyniku partii. Dziś przeprosił za wywiad dla niemieckiej gazety, w którym zachęca Niemców do przemyślenia swojej powściągliwości wobec Polski, w razie gdyby Kaczyńscy wygrali ponownie wybory. Ale za słowem przepraszam powinno pójść: “Zawiodłem Polaków, złamałem zasady przyjęte na całym świecie, skruszony wycofuję się z życia politycznego”. Może jest jeszcze na to szansa, nie przesądzajmy. W każdym razie, jedno zdaje się być pewne – LiD jest partią, na którą Polacy nie powinni głosować. A na kogo głosować? Oto jest pytanie ważkie i smutne.

Klika uwag.

Co do dzisiejszych i ostatnich wydarzeń w polskiej polityce, opinia publiczna ma wiedzę zbyt małą, by na tę chwilę można było pokusić się o jakieś obiektywne wnioski. Chciałbym napisać tylko o kilku sprawach, które można, według mnie, obecnie obiektywnie ocenić i zanalizować.

Od początku pomysł LiS, który szczególnie propaguje Giertych, a wedle którego to pomysłu Janusz Kaczmarek miałby zostać premierem nowego “technicznego” rządu, jest pomysłem poronionym. Jest to pomysł absurdalny, bo został przedstawiony już po tym, kiedy zaczęło być głośno o podejrzeniach wobec Kaczmarka. Wydaje się oczywiste, że osoby, co do której istnieją takie podejrzenia, jak to ma miejsce w wypadku byłego MSWiA, nie wolno robić premierem. Najpierw trzeba wyjaśnić wątpliwości i dopiero po oczyszczeniu z zarzutów możliwe są takie kroki, jak wysuwanie kandydatury Janusza Kaczmarka na stanowisko premiera. A w ogóle to dlaczego nagle Giertychowi tak się spodobał Kaczmarek? Jest to kolejny dowód na słuszność tego, o czym pisałem już spory czas temu. Z tym, że w tym wypadku społeczeństwo zachowało więcej zdrowego rozsądku niż politycy. Pozornie. Bo Giertych z Lepperem przecież też to wiedzą, ale z ich strony to jest głupota celowa. Skoro poróżnili się z PiS, no to jak możnaby nie poprzeć Kaczmarka. Bo skoro PiS jest przeciw Kaczmarkowi, to trzeba być za Kaczmarkiem – oto logika Giertycha.

Zaintrygowała mnie wypowiedź Kalisza na temat dostępu do informacji o akcjach CBA w świetle prawa. Spośród wypowiedzi, z którymi zetknąłem się wczoraj, uważam ją za najistotniejszą. Powołując się na ustawę o CBA i na Konstytucję, powiedział Kalisz, że wiedzę na temat operacji CBA ma prawo posiadać wyłącznie Ziobro. Pytanie nie powinno wobec tego brzmieć: Czy Kaczmarek ostrzegł Leppera? Pytanie powinno brzmieć: Jakim prawem Kaczmarek o akcji CBA miał wiedzę? Nawet premier nie miał prawa wiedzieć. Dlatego bezprawny przeciek nastąpił wcześniej i dopuścił się go ten, kto o akcji CBA powiedział Kaczmarkowi.

Po raz kolejny słyszałem dzisiaj z ust polityka PiS – “Jeśli ktoś jest uczciwy, może spać spokojnie”. To samo zdanie kieruję do PiS i do Kaczyńskiego. Jeśli wszystko jest w porządku i w Polsce – jak to twierdzi Jarosław Kaczyński – przywracana jest normalność, to dlaczego PiS broni się przed komisją śledczą? Gdyby wszystko było w porządku i PiS nie miałby sobie nic do zarzucenia, to poparłby powołanie komisji śledczej (ew. komisji śledczych). Widać jest inaczej. Poza tym, gwiazdy PiS gdzieś się pochowały. Wszędzie wysyłają Putrę, w Sejmie na pytania odpowiada jakiś Czartoryski. Gdzie są ci wielcy PiSu?

Na koniec dwie rzeczy. Pierwsza to cytat z Leppera, który mnie totalnie rozbawił. “Tam w kotle na samym dole będzie pan mieszał” (do Putry). Po drugie, podpowiedź dla dziennikarzy – to jest J-A-R-O-M-I-R, nie Jarosław (Netzel).

Koalicja PO-PiS, czy – tym bardziej – PiS-PO.

Na stronie internetowej “Dziennika” jest sonda: “Czy koalicja PO-PiS po wyborach jest realna?” Wyniki: “TAK” – 25%, “NIE” – 60%, “Trudno powiedzieć” -  9%, “Nie interesuje mnie to” – 5%.

Ciekawe, kogo teraz wybiorą, skoro już nie mają złudzeń, że koalicja PiS i PO jest realna. Bo zawsze było usprawiedliwianie się, że miała być koalicja i że Polacy bardzo na nią liczyli, a politycy ich oszukali. Takie usprawiedliwianie się, że to nie wyborcy są winni. Właściwie, moim zdaniem, nie są winni, więc nie mieli się co usprawiedliwiać. Lepszym słowem byłby tu “żal”. Większość społeczeństwa miała żal do polityków, że nie stworzyli pożądanej koalicji. Skoro więc Polacy wybrali PiS i PO z legitymacją do koalicji i z przekonaniem oraz więcej niż nadzieją, że ta koalicja powstanie, to dziś – w sytuacji, kiedy nie tylko obserwacja sceny politycznej, ale także sondaże przeprowadzane wśród społeczeństwa mówią, że koalicja PiS i PO jest nierealna – wynik wyborów, konsekwentnie, powinien być inny. A będzie tak samo – na pierwszych dwóch miejscach uplasują się te same partie co ostatnio. I koalicji znowu nie będzie. Dlatego, drogie społeczeństwo, proszę nie mieć potem żalu do polityków, że znowu nie ma koalicji, w którą sami nie wierzycie.

Ocena z religii i nie tylko.

Są takie momenty, kiedy wolę się zastanowić kilka razy, zanim utwierdzę się w swoim przekonaniu. Jest tak i tym razem, a chodzi o przedmiot religię. Biskupi mówią nie tylko jednym głosem, ale i jednym tonem (i to jakim). Dzisiaj słyszałem trzy wypowiedzi: Dziwisza, Pieronka, Głódzia. Spośród nich autorytetem jest dla mnie Pieronek, bo Głódzia nie trawię, a Dziwiszowi nie ufam. W związku z tym, że głos zabrał Pieronek, sprawa jest dla mnie już nie tak łatwa, jak zdawała się być, bo wiem, że mogę się mylić.

Zanim o istocie.

Zastanawiam się między innymi, dlaczego Kościół tak zdecydowanie i dosłownie natychmiastowo zareagował na wypowiedź Legutki, w której padły słowa nieprzychylne projektowi Giertycha co do wliczania oceny z religii do średniej ocen. A że zareagował natychmiastowo teraz to znaczy, że mógł zareagować również w sprawie Rydzyka – a nie zareagował. Ja bym nawet powiedział – schował głowę w piasek. Nie było komentarzy. A tutaj, proszę – hierarchowie sobie nie żałują… Czyżby duchowni mięli jakąś zasadę jak np. lekarze – że jeden nie może publicznie skrytykować drugiego? Nic nawet z tego, że Pieronek wypowiedział się w sprawie Rydzyka w sposób, który mnie uspokaja… bo po jakim czasie?

Wracając do istoty – religii w szkole, to nie rozumiem, o co ten hałas duchownych. Wszystko podpowiada mi, że ocena z religii wśród ocen liczących się do średniej to zły pomysł. Nie przywołuję argumentów takich jak lewica – że państwo jest laickie; że narzuca się obywatelom rzecz, która nie może być narzucona; że to jest sprzeczne z modelem państwa, itd. Moje argumenty raczej opierają się na rzeczywistej bezcelowości tego, że religia będzie wśród ocen wklepywanych do kalkulatora. To prawda, że wiedzę religijną można ocenić na równi z inną wiedzą. Jednak czy religia sprowadza się w szkole tylko do historii biblijnej? Jeśli tak, to dlaczego na świadectwie widnieje “religia/etyka”? Etyka jest w tym wypadku zamiennikiem dla niewierzących i innowierców. Jest to dowodem na to, że w założeniach przedmiotu religia jest nie tylko nauczanie historii biblijnej, ale coś więcej. Na religii uczy się również konkretnego postępowania. Postępowania, które ma być wpojone na całe życie i którego nie da się sprawdzić na klasówce; postępowania, którego nie wolno sprawdzać i oceniać, bo to nie jest rola nikogo z ludzi. Dlatego z religii/etyki nie powinno być oceny w ogóle. Jakoś nie słyszałem, żeby Chrystus po nauczaniu ludzi robił im kartkówki. I to chyba nie dlatego, że nie było jeszcze wtedy papieru. Albo wyobraźmy sobie, że dziecko ma rozwolnienie przed klasówką z religii, albo ma komisa z religii, albo powtarza klasę, bo ma lacza z religii. Poza tym, nie spodziewam się, żeby odtąd społeczeństwo się umoralniło, czy choćby zwiększyło wiedzę religijną. Na przykład z historii, z której ocena przecież liczy się do średniej, większość nie wie, co to na przykład odsiecz wiedeńska. Bo przecież jedyne i jakże przewspaniałe, przez wszystkich znane z daty (ba, dziennej nawet!) zwycięstwo Polski to bitwa pod Grunwaldem. I jakoś fakt, że historia zawsze się do średniej liczy nie wpływa na poprawę sytuacji i ogólnie – tępy jest nadal tępy – czy mu uwzględnią tą tępotę do średniej czy nie.

Kościół jest innego zdania, tylko nie bardzo słyszę jakieś argumenty. Może się mylę, ale, jak wyżej, argumentów duchownych nie słyszę, dlatego, jak dotąd, do dyspozycji mam tylko swoje.

Znieśmy powszechne wybory.

Jako dziecko byłem świadkiem – jak każdy – wielu rozmów na tematy polityczne. Właściwie trudno nazwać te tematy stricte politycznymi – to była zwykle, że tak powiem, “polityczna obyczajówka”. Nie obracałem się na salonach – już bliżej było mi do strzech, ale salony to na tyle niereprezentatywna mniejszość, że to, co słyszałem mogę uznać za najczęstszy sposób postrzegania polityki w Polsce. A zazwyczaj rozmowy sprowadzały się do bezpodstawnych zarzutów, nieustannego kompromitowania polityków, złej analizy wydarzeń, skupiania się na aferach, pomijania pozytywów, obwiniania za wszystko polityków. Szczególnym przypadkiem są kobiety, bo zdecydowana większość pań nie ma zielonego pojęcia o polityce. Nie wierzysz? To spytaj żonę, ciocię, siostrę, babcię, partnerkę np. o to, kto jest marszałkiem Sejmu (lepiej nie Senatu, bo się obrazi już na dobre). Wracając do rozmów przeciętnych Polaków o polityce – nikt nie rozmawia, czy Polska ma być socjalna, czy liberalna, konserwatywna czy liberalna. Nie ma mowy o – jednym słowem – przyszłości. Może i trudno się dziwić, bo żeby mówić o przyszłości, trzeba co nieco wiedzieć o przeszłości i opanować jakieś podstawy do dyskusji politycznej – a w Polsce świadomość historyczna i polityczna jest kulejąca na obie nogi. Jednak nabycie takiej świadomości wymaga pewnego nakładu sił, co jest szczególnie trudne, gdy nie ma się takowych zainteresowań. A mieć ich przecież nie trzeba. Sam nie interesuję się np. giełdą i małe mam o niej pojęcie. Dlatego nie wymagam od każdego interesowania się polityką. Domagam się czego innego – znieśmy powszechne wybory. Prawo wyborcze niech przysługuje tym, którzy zdadzą test sprawdzający niezbędną wiedzę polityczną – choćby taką, co to znaczy “lewica”, a co to znaczy “prawica” – bo tego to raczej sporo ludzi jeszcze nie wie. (Ewentualnie powiedzą, że lewica to Kwaśniewski a prawica to Wałęsa – co nie jest takie oczywiste). W ten sposób decyzje wyborcze Polaków mogą stać się mądrzejsze, bo bardziej świadome. Ponieważ wcale nie jest tak, że im większa frekwencja, tym lepiej. Wysoka frekwencja nie gwarantuje mądrego wyboru. Dobre wybory może gwarantować to, że pójdą zagłosować ludzie mądrzy, a głupi nie. Bo jeśli zagłosuje masa głupców i ludzi niemających pojęcia o polityce, i niech to będzie frekwencja nawet 80 proc., to mimo tak wysokiej frekwencji, wybór będzie pewnie gorszy niż w przypadku, gdyby głosowali tylko mądrzy, znający się na polityce – nawet gdyby miało to obniżyć frekwencję do np. 25%. Wmawia się nam, że frekwencja ma być wysoka. Wałęsa, odsetek obywateli, którzy wzięli udział w ostatnich wyborach, skomentował na gorąco: “Jestem wściekły! (…)”. A dlaczego? Bo ma głosować ślepa masa, którą łatwo jest omamić wynalazkom typu Lepper?

Trudne słowa.

Nie chciałem pisać na ten temat, ale zmieniłem zdanie. Chodzi o tragiczny wypadek autokaru we Francji. Właściwie chodzi nie o sam wypadek, a o wydarzenia mu towarzyszące.

Jak zwykle przy okazji tragedii mam do czynienia z obłudą. Obłudą przede wszystkim dziennikarzy. Wiele dałbym, żeby zobaczyć, czy po wyjściu ze studia “Faktów” Pochanke jedzie do domu i płacze lub modli się za ofiary. Po tym, co zobaczyłem, myślę, że powinienem spodziewać się, że tak właśnie postąpi. Nie podoba mi się szum medialny wokół płaczących ludzi. Filmowanie, jak ludziom puszczają nerwy, filmowanie ich, jak nie wiedzą, co począć i co gorsza polowanie na takie momenty to nie jest misja mediów. Media to są hieny. Widziałem w materiale, jak kamerzysta biegł za kimś bliskim poszkodowanej osoby i zabiegając mu drogę gorączkowo coś mówił. To nie jest potrzebne.

Proszę sobie wyobrazić, jak czuć się musiał Lech Kaczyński modląc się na miejscu katastrofy, podczas tych wszystkich “pstryków” i błysków – bo te hieny nie dadzą człowiekowi spokoju nawet podczas modlitwy. Nie jest chyba możliwe skupienie się na modlitwie w takiej sytuacji. Po drugie, czy Lech Kaczyński rzeczywiście się modlił, czy tylko wykonał gest właśnie pod media? W tym drugim przypadku, błyski i hałas na pewno nie byłyby przeszkodą, a koniecznością.

Denerwuje mnie narzucanie przez media Polakom żałoby. W bardzo potrzebnym, nadal aktualnym i ostrzejszym od mojego felietonie Ziemkiewicza padły godne uwagi słowa:

Nikt nie jest w stanie aż tak się przejąć tragedią kogoś, o kim tylko słyszał. Owszem, możemy wykonać jakiś gest solidarności. Wpłacić na ofiary, pójść na mszę, spuścić flagi, powstrzymać się przez jeden dzień. Normalny człowiek współodczuwa z innymi i chce jakoś okazać swe współczucie. Jakimś gestem. To jest szczere, ale z natury rzeczy trwa chwilę.

To jest sedno. Rozdmuchiwanie tragedii służy tylko jej deptaniu. Za pomocą przesady niszczy się autentyczność, jak wiadomo – lepsze jest wrogiem dobrego. Te akcje medialne i wyczyny polityków są obłudne i upokarzają ofiary i ich bliskich. I trzeba zacząć o tym mówić głośno, bo ta narzucona nam poprawność polityczna może nas w końcu zdominować. Choć przyznaję, że więcej jest już głosów przeciw temu spektaklowi niż przy okazji ostatnich żałób narodowych. Dziś w “Wiadomościach” czy innych “Faktach” prowadząca powiedziała, że oficjalna żałoba trwa trzy dni, dalsza – we własnym zakresie. A przecież jeden dzień żałoby narodowej byłby najbardziej odpowiednim, godnym sposobem oddania hołdu ofiarom wypadku. Reszta jest obłudą, żałobą na siłę, która będzie zdeptana i zlekceważona, bo zdecydowana większość nie będzie zwracać na nią uwagi.

Absurdem jest przeznaczenie 100000 zł przez Premiera i 10000 zł przez Kancelarię Prezydenta dla rodzin ofiar. Cynicy mogą zacząć o dyskusji na temat korzystniejszej dla rodziny śmierci. Jak umierać, to w spektakularnym wypadku, dobrze jak za granicą. Rodzina ofiary, która zginęła przez weekendową trąbę powietrzną, nie ma co liczyć na chociaż tysiąc od Premiera i Kancelarii Prezydenta razem wziętych. Czemu on nie zginął na tej pielgrzymce? – ma się zastawiać rodzina ofiary?

Zobacz też:
http://motoryzacja.interia.pl/wiadomosci/bezpieczenstwo/news/za-tydzien-zginie-kolejnych-100-osob,948768
http://interia360.pl/polska/artykul/idiotyzm-narodowej-zaloby,228

Kwaśniewski, patron LiD.

Po przeczytaniu tego artykułu przyszło mi do głowy kilka refleksji. Zdaje się, że Kwaśniewski jest przekonany o tym, że LiD nie ma szans na samodzielne utworzenie większościowego rządu. Biorąc pod uwagę fakt, że LiD to przecież nie jest żadna partia, tylko – jak to się mówi – szeroki blok lewicy i centrum, widać już na początku, że to twór tyleż marny, co nieudolny. LiD to już jest koalicja i to nie byle jaka (pod względem ilościowym oczywiście). SLD, SdPl, UP i Partii Demokratyczna nawet połączone nie są w stanie uzyskać tyle głosów, żeby móc samodzielnie stworzyć rząd. Ja to wiem, Wy to wiecie, ale nawet patron Aleksander Kwaśniewski to wie. Wie, bo już mówi, że “wiąże nadzieje z Donaldem Tuskiem” (patrz link powyżej). Taki powrót do polityki, gdzie żeby rządzić trzeba stworzyć 10 koalicji, poczynając od poziomu startu w wyborach, a nie wiadomo gdzie kończąc, to nie jest nic godnego poklasku. To ma być ten spektakularny powrót Kwaśniewskiego? Polska Agencja Prasowa podała, że Rada Programowa LiD, w skład której weszli liderzy partii tworzących ten twór, zaczęła się sprężać i program LiD ma być gotowy już nawet do końca sierpnia. Ciekawe, co będzie zawierał ten program, jak się wytnie krytykę i krytykanctwo obecnego rządu. Jak na razie, poza właśnie krytyką i krytykanctwem, nic od Kwaśniewskiego, ani żadnego LiDowca , w kwestii programu nie słyszałem. Najgłośniejsza była dotąd kwestia stosunku do PO. Olejniczak zbeształ Platformę, Kwaśniewski wiąże z nią nadzieję – ot jedność LiDu. Przy okazji widać, jaki z Kwaśniewskiego lewicowiec, skoro tak prze ku partii konserwatywnej, jaką jest PO. Wątpię, żeby światopogląd lewicowca i konserwatysty pasował na tyle, żeby nie mając noża na gardle, na ileś tam tygodni/miesięcy/lat (wszak u nas to nigdy nie wiadomo) przed wyborami, Kwaśniewski marzył o Tusku. O tak! Co do kwestii homoseksualizmu, to PO i SLD by się pogryźli jak Tyson z Holyfieldem! Właściwie to wszyscy wiedzą, że Kwaśniewski nie jest lewicowcem. Podobno ma zapędy liberalne, jak to się powszechnie uważa. Ale gdzie nawet liberalnemu lewicowcowi do PO?! A on tu już ręce i nogi do nich na nie wiadomo ile jeszcze przed wyborami wyciąga! To jest, Proszę Państwa, wiedzący, że, bez 10 koalicji na krzyż, premierem nie będzie, karierowicz i polityczny przedsiębiorca.

Giertychy

Giertychy

Piękna to saga,

Franciszek, Jędrzej, Maciej, Roman.

Giertychów to saga,

Kto nie zna, niech natychmiast skona!

Franciszek – Giertychów polityczny protoplasta,

Zatroskany o losy gospodarki państwa.

Jędrzej – polityk w służbie swego narodu,

Odkrył, że wszystko przez Żydów, Prusaków i Masonów.

Maciej – naukowiec, w pełnym znaczeniu słowa.

Kreacjonizm… Toż to teoria naukowa!

Roman – minister, wicepremier, szef partii.

O wychowanie dzieci należycie walczy.

I choć ewolucji biologicznej w dziejach nie było,

Na ewolucję Giertychów popatrzeć miło.

Trochę na temat polskiej demokracji.

To jest Trackback do postu, a raczej małej wymiany zdań na Blogu Voltera (Czy PIS może wygrać następne wybory?)

Ja myślę, że naród nie wiedział, czym do końca będzie demokracja. Przywódcy “Solidarności” powielili komunistów – też zapowiedzieli swego rodzaju raj na Ziemi. Dlatego wielu ludzi twierdzi, że “S” ich oszukała, bo to nie tak miało być. Trudno się tym ludziom dziwić, bo nie znali systemu liberalnej demokracji, a jedynie ten babun językowy – demokrację ludową. No bo skoro demokracja to połączenie demos i kratos, czyli władza ludu, to demokracja ludowa to… ludowa władza ludu, czyli tautologia. Ale to tak na marginesie. Tęskniącą za “komuną” osobę zapytałem, dlaczego obalili socjalizm, skoro był dobry. Odpowiedziała mi, że “S” mówiła, że będzie lepiej (w sensie – jeszcze lepiej). Dlatego nie jest oczywista odpowiedź na pytanie, czy, gdyby w latach osiemdziesiątych społeczeństwo wiedziało, czym będzie w Polsce demokracja i miało możliwość wyboru ustroju, to, czy wybrałoby socjalizm czy demokrację. Jestem przekonany, że miażdżąca większość klas i warstw niższych wybrałaby socjalizm. Oczywiście sympatie ku tamtej epoce to nie wyłącznie domena klas i warstw niższych. Właściwie mój post sprowokowany został dyskusją ściśle polityczną, a ja raczej zabrnąłem w gospodarkę. Pod względem politycznym to chciałbym wierzyć, że polska demokracja jeszcze się dociera i że wraz z końcem tej dekady to docieranie się zakończy. Jeżeli już mowa o demokracji, to chciałbym też systemu prezydenckiego, jak w USA, dlatego, że Polska potrzebuje moim zdaniem silniejszych rządów. Niestety Polska ma to do siebie, że musi być trzymana za pysk Po prostu, im dalej na Wschód Europy, tym bardziej jest to potrzebne. Ostatnie europejskie monarchie (takie, w których rzeczywista władza należała do monarchy) upadły właśnie po wschodniej stronie kontynentu – w Austro-Węgrach, Niemczech, Rosji.

Lech “Zakała” Wałęsa

Jedynym przemawiającym do mnie argumentem, dlaczego ten filister jest najpopularniejszym Polakiem w USA, jest wypowiedź Krasnodębskiego, że w angielskim tłumaczeniu słowa Wałęsy brzmią poważniej. To mnie przekonało. No bo gdyby Amerykanie rozumieli tę prostacką, choleryczną paplaninę, która z językiem polskim mało ma wspólnego, to mam nadzieję, że nie zaprosiliby Wałęsy, jako jedynego przedstawiciela kontynentu europejskiego, do niesienia flagi podczas ceremonii rozpoczęcia Igrzysk Olimpijskich w Salt Lake City. Mówią, że szlachectwo zobowiązuje, ale co tam. Wałęsa nigdy nie myśli zanim powie. Nigdy. Jego wypowiedzi są prostackie pod względem formy i treści. Poza tym, jakby wyłączyć głos, to i tak widać, że nic mądrego tam nie stoi. Za wypowiedzi typu “jedno tu tylko słowo pasuje: S-syn” lub “Durnia mamy za prezydenta!” powinna ta święta krowa zapłacić. Taki Hubert zszedł do sklepu na chwile, wyzwał prezydenta i miał spektakularny proces. Od waszego przywódcy narodu, waszej legendy powinniście wymagać chyba czegoś więcej. Ale nie. Wałęsa może powiedzieć, co chce. Dlaczego? Bo to Wałęsa. Od jakiegoś roku Lechu (ztj TW Bolek) lansuje się na Gadu-Gadu. Nie mam jego numeru na liście, ale ma go mój brat. Zamieszczam tu kopię tego, co mój brat dostał przez gg od Lecha:

“Kłaniam się i Pozdrawia Lecha Wałęsa pod adresami;;

http://www.mojageneracja.pl/1980 http://www.lwarchiwum.home.pl

Wszystko dosłownie co otrzymałem z IPN publikuję .Nie publikuję natomiast otrzymanych oddzielnych listy nazwisk tak agentów jak i pracowników komunistycznych służb [[na razie ]

Polecam szczególnie ponad 700 strony Archiwum oryginalnych dokumentów z IPN z otrzymanych7000 ale pozostałe dokumenty są z zatartymi nazwiskami .Czekam na odkrycie tych nazwisk i wtedy pozostałe wszystkie opublikuję

Przejrzyj i odpowiedz sobie i mnie kto więcej złego zrobił w czasie walki o Wolną Polskę–SB z Komunistami ? / czy kolesie ?

Panie Prezydencie, ale po co to wszystko, teraz trzeba budować Polskę a nie

>wracać i wracać do tego co było, żyjmy tym co będzie

>Odp; LW

>Sprawy są poważne , jestem atakowany , a największe, najmądrzejsze Polskie

>zwycięstwo niszczone i w zdradę zamieniane . nie mam wyboru muszę stawać w

>obronie prawdy i godności zwycięzców

walesa 7:57:36

przed szarlatanami z Torunia i

>wszelkiego typu popaprańcami .

 

Polska nierządem Kaczyńskich stoi

 

To anarchia! Walka władzy ze wszystkimi. Kontrolowane wycieki i niszczenie Polski zagranicą. Fale protestów społecznych zatrzymywane kolejną listą agentów i aresztowaniami. A w anarchii nawet słowa na „s” są za słabe.

 

Użyłem takiego zakrytego słowa w reakcji na kompromitujący Polskę wywiad prezydenta Kaczyńskiego dla francuskiej telewizji. Jak widzę, każdy je jakoś interpretuje i dopisuje odpowiednią treść. Nie komentuję tego, nie ujawniam mojego zamiaru i intencji, chociaż po wczorajszych występach takich ludzi, jak Kurski, Szczygło czy Ziobro, każde nawet najmocniejsze skojarzenie z tym skrótem okazuje się za słabe. Ciekawe, że najostrzej rozszyfrowują to słowo ludzie z otoczenia prezydenta Kaczyńskiego. Czyżby nie nasuwało im się żadne inne określenie na swojego szefa? Odbiór społeczny tego skrótu powinien dawać prezydentowi do myślenia! Na nieznośną anarchiczną rz

walesa 7:57:36

eczywistość w Polsce brakuje słów. A zaczęło się tak niewinnie od „sp….aj, dziadu”.

To nie w słowach problem. One tylko mówią o fatalnym klimacie stworzonym przez tych nienawistnych i zakompleksionych „ludzi z brzytwą”. Za chwilę będziemy mieć powtórkę z czerwca 1992. Wtedy udało się uchronić kraj przed anarchią w wykonaniu nieodpowiedzialnych – tych samych – ludzi, którzy teczkami chcieli ratować swój polityczny byt. Dzisiaj taki scenariusz może się powtórzyć, ale z gorszym tragicznym finałem. Problemy służby zdrowia, falę protestów i frustracji społecznych chce się zatrzymać nową listą agentów. Mamy teraz listę „500”. Może trzeba cały naród wpisać na taką listę. Lekarzy, nauczycieli, dziennikarzy, jeśli oczywiście nic nie znajdzie na takich prowodyrów strajków i nieposłusznych CBA. Na listach będą wszyscy, oprócz dwóch małych ludzi i ich kilku przybocznych aż w końcu sami się nawzajem powpisują. Wcześniej jeszcze zdążą nas skazać na izolację w Europie, skłócą z Rosją i z in

walesa 7:57:36

nymi sąsiadami, bo nie rozróżniają racji stanu od własnej racji maniakalnej.

Ostrzeżenia głosi na świecie prezydent Kaczyński. Mówi w tym samym wywiadzie, że „po 1989 roku powstał układ oparty na nieuzasadnionych przywilejach osób związanych z poprzednim systemem. Podważyliśmy ten system, nie ma ludzi nietykalnych. Nikt nie może stać ponad prawem. W imię obrony demokracji broniono nieuzasadnionych przywilejów”. W ten sposób przedstawia na arenie międzynarodowej swój kraj i wielkie zwycięstwo Polski nad komunizmem prezydent RP. Ten, który powinien dbać o wizerunek Polski na świecie i chronić symbole najlepiej rozpoznawalne. I z lekkością stwierdza, że nikt nie może czuć się niewinny, nikt nie jest nietykalny.

To oczywiste, że przyjmowanie i głoszenie takiej teorii zmian w Polsce to nic innego jak podważanie naszego narodowego sukcesu. To burzenie w oczach świata wiarygodności kraju, który jest postrzegany – z dala od naszego wewnętrznego piekiełka – jak właśnie kraj sukcesu i zw

walesa 7:57:36

ycięstwa. Teraz jest to niszczone. I to przez kogo – przez przywódców państwa, którzy zapomnieli, że byli uczestnikami tego procesu – pewnie bez ich udziału i przeszkadzania efekty byłyby dużo lepsze. Teraz łudzą się, że po zburzeniu wszystkiego zbudują cokolwiek lepszego. Jaka to budowa widać przez ostatnie kilkanaście miesięcy.

Nie mogę milczeć w takich sprawach. Nigdy nie miałem w zwyczaju atakować urzędującego prezydenta zagranicą. Przekonywałem na świecie: „ci Kaczyńscy nie są tacy straszni, jak myślicie, to wcale nie antysemici, jak twierdzicie, to nie tacy populiści, jak głosicie. Wcale nie chcą wyprowadzić Polski z Unii, nie chcą walczyć ze wszystkim, jak słyszę od Was. Zrozumcie ich, to polscy patrioci, chcą dobrze”. Tak starałem się przekonywać, bo tak widziałem swoją rolę. Nawet Kwaśniewskiego, którego, delikatnie mówiąc, nie darzyłem sympatią, nie atakowałem. Jak już mówiłem nieraz, na arenie międzynarodowej należy występować razem. Namacalny efekt był na Ukrainie,

walesa 7:57:36

kiedy najpierw ja, a potem prezydent Kwaśniewski wsparliśmy Pomarańczową Rewolucję. Dziś widzę, że z obecnym prezydentem chyba nie byłoby to możliwe. Po pierwsze, by się bał, a po drugie, po trzecie i czwarte też by się bał. Bałby się stanąć przeciwko Kuczmie, bałby się wystąpić przed rewolucjonistami, no i bałby się, co powie jego brat, bo od lat on o wszystkim decyduje i manipuluje. I te manipulacje zasłaniają ich kompleksy i słabości. Na szczęście, nie całkiem, bo fakty mówią wiele. Nie podniosłem larum, kiedy Kancelaria Prezydenta zablokowała moje spotkanie z prezydentem Bushem, bo zależało mi na powodzeniu tej wizyty. Razem naprawdę można było osiągnąć więcej dla Polski. Kiedy to spotkanie okazało sie klęską Kaczyńskiego zwróciłem na to uwagę. Starałem się nie zauważyć żałosnego incydentu z zasłonięciem na wywiad z prezydentem Kaczyńskim nazwy lotniska w Gdańsku im. Lecha Wałęsy, ale teraz widzę, że trzeba takie rzeczy pokazywać, bo są mocno przemyślane i tworzą ciąg intryg

walesa 7:57:36

.

W tych grach i manipulacjach poszli ustami prezydenta tym razem za daleko. Takie świadectwo o Polsce i o mnie daje prezydent przed francuską opinią publiczną, przed tą samą, która kochała Solidarność:

(…) Wałęsa doszedł do władzy z ideą doprowadzenia do końca rewolucji „Solidarności”. Najpierw wsparł się na najbardziej radykalnej części społeczeństwa, przede wszystkim na antykomunistach, a następnie swoją władzę oparł na dawnych tajnych służbach komunistycznych”. Dziennikarz: A więc to on zdradził? „Oczywiście, że on. Powtórzę jeszcze raz: to, co mówię, nie jest skomplikowane, ponieważ ówczesna rzeczywistość nie była tak złożona. Opierając się na opozycji przekonał byłych komunistów, że oni są najlepsi, aby rządzić. Tak już zdarzyło się w historii, to nic nowego, ale trudno uznać to za wierność ideałom „Solidarności”. Dziennikarz: A zatem, czy demokracja w Polsce była zagrożona po 1989 roku? „Tak, do 1995 roku”.

Jakoś nie przypomina tu prezydent, że obaj z bratem Jarosła

walesa 7:57:36

wem pracowali w mojej Kancelarii i tego zagrożenia nie widzieli we mnie. Tylko wszędzie wokół węszyli spiski i zdradę, a sami porządków antykomunistycznych nie chcieli robić. Jakimi byli antykomunistami pokazali w 1995, co nawet przypomina prezydent:

„A jeśli często mi zarzucano, mnie i mojemu bratu, że sukces Kwaśniewskiego był dla nas ulgą, to przyznam, że tak było. Ja wiem, że to spowoduje zgrzytanie zębów wielu antykomunistów polskich, że to nie jest politycznie poprawne, ale tak – przyznaję to, ponieważ uważałem, że Kwaśniewski, nawet jeśli jest człowiekiem z innej opcji politycznej niż moja, był mniejszym zagrożeniem dla demokracji, niż Wałęsa”.

W ten sposób opisuje urzędujący prezydent Polskę. Tak opisuje Solidarność, bo jestem na świecie symbolem tej wielkiej Solidarności (nawet jeśli obecna władza próbuje to korygować), Solidarności, której, jak widać coraz wyraźniej, nie rozumieli Kaczyńscy. Przecież mówią światu, że ta cała Solidarność to zwykła zdrada, a prawda

walesa 7:57:36

jest tylko po ich stronie. Czy ja mogę i powinienem w tej sytuacji nadal bronić ich zagranicą, świecić oczami i nadstawiać karku? Wierzyłem, że dla dobra Polski muszę. Oni skutecznie pozbawiają mnie takiej wiary!

 

A ja tym razem przyjechałem do Francji, żeby walczyć o Expo 2012 dla Polski. I taką mam zapłatę od prezydenta…”

 

Inteligentnemu człowiekowi nie trzeba chyba tłumaczyć, że lawirując na temat użytego przez siebie zwrotu “S-syn”, Lechu się ośmiesza. Właściwie osiągnął taki poziom, że co niektórym jest go pewnie po prostu żal. On nie zdradzi, co miał na myśli, niech każdy rozszyfrowuje to, jak chce. No dobrze, więc jak można to rozszyfrować? “S-syn” to może być “Skurwysyn” albo “Sukinsyn”. Innej możliwości nie widzę. Za to mogę powiedzieć, że takiej superpersonie, na jaką się Lechu kreuje, to raczej nie przystoi. Po pierwsze, nie wyobrażam sobie publicznych wypowiedzi takiego typu o głowie jakiegokolwiek państwa!

Jeszcze raz zacytuję fragment:

“Czyżby nie nasuwało im się żadne inne określenie na swojego szefa? Odbiór społeczny tego skrótu powinien dawać prezydentowi do myślenia!”

Po tych słowach można się zacząć zastanawiać, czy Wałęsie nie spadł sufit na głowę. No powiedz mi, Wałęsa: Jak można ten skrót odebrać?! Na jakie sposoby superinteligentny gościu, niczym Waldek z Cargo, Lech Wałęsa interpretuje skrót “S-syn”??

Oczywiście musiało zostać przypomniane “Spieprzaj dziadu!”, a jakże! Ba, według Wałęsy, od tego się wszystko zaczęło. Tylko, że ni jak ten wtręt o “Spieprzaj dziadu!” pasuje do jego wypocin. Bo niby co wszystko się zaczęło od tego?!

Lechu mówi:

“Takie świadectwo o Polsce i o mnie daje prezydent przed francuską opinią publiczną, przed tą samą, która kochała Solidarność(…)”

i oczywiście ma amnezję, że to on pierwszy wydał świadectwo o polskim prezydencie. Przecież Kaczyński został poproszony przez telewizję francuską o komentarz na temat wypowiedzi Wałęsy. Ale mam nadziej, że nikt się nie dał tym tanim chwytom Wałęsy. Skoro myśli, że takimi trikami kogoś przekabaci, to się myli. Ale z drugiej strony… na co więcej stać Lecha?

Kolejny cytat:

“Przecież mówią światu, że ta cała Solidarność to zwykła zdrada(…)”

Kolejna próba manipulacji ze strony Wałęsy. Kaczyńscy tak nie mówią. Mówią o tym, że Wałęsa zdradził ideały “Solidarności”, a nie, że “Solidarność” była zdradą.

Dalej:

“Czy ja mogę i powinienem w tej sytuacji nadal bronić ich zagranicą, świecić oczami i nadstawiać karku? Wierzyłem, że dla dobra Polski muszę. Oni skutecznie pozbawiają mnie takiej wiary”.

Znowu próba wciśnięcia, że to Kaczyński pierwszy zaatakował Wałęsę w zagranicznych mediach. Dla ścisłości wywodu, napiszę: Było odwrotnie.

Właściwie to Lechu sam tym swoim gadaniem wbił sobie gwóźdź i ci, którzy się jeszcze nie przekonali jaki jest Lechu, to już się nie przekonają. Więc jeśli przeczytałaś to wszystko, Twoje zdanie zostanie pewnie takie samo. Jeżeli miałaś Lecha za bohatera i autorytet, to pewnie nic się nie zmieniło. A jeśli miałaś takie zdanie jak ja, to je zachowałaś.

O pielęgniarkach strajkujących.

Decydują się na strajk, na zajęcie pomieszczenia w Kancelarii Premiera RP i skarżą się na warunki. Skarżą się, że nie mogą się umyć, że nie mają zapewnionej higieny, że śpią na (czy pod) gazetach. Ja się pytam: Do kogo one mają o to pretensje?! Niech jeszcze rozpoczną głodówkę, to wtedy będą płakać, że nie mają co jeść. To tak, jakbym poszedł na pielgrzymkę do Częstochowy i narzekał do Matki Boskiej, że mnie nogi bolą, że mam odciski, etc. Sprawa jest prosta. Decydujesz się na coś, to wiedz, z czym to się wiąże. Te pielęgniarki są żałosne. Jak się strajk znudził, to do domu, a nie pretensje do garbatych, że ich dzieci są proste.

W ręce 10% Polaków trafia 70% PKB. W ręce 70% Polaków trafia 10% PKB. Natomiast w ręce 20% Polaków trafia 5% PKB -  to jest ta grupa wykluczonych.

Tak powiedział pewien profesor. Co jest nie tak?

Dobre zmiany w prawie

Popieram zmiany w kodeksie karnym. Najbardziej zadowolony jestem z tego, że za zabicie bandyty na swoim terenie nie będzie groziła kara pozbawienia wolności. Czekałem na to. Mój dom – moja twierdza. Inne zaostrzenia w prawie także popieram. Karanie za samo wnoszenie noża czy broni palnej na stadion jest według mnie jak najbardziej pożądane. Niby po co komuś pistolet albo nóż na meczu?

Czy praca magisterska ma zostać?

Od początku mam w tej sprawie jasne zdanie: chcę pisać pracę magisterską. Egzamin zamiast pracy to moim zdaniem obraza studenta. Studia stałyby się bardziej jak “wyższa szkoła niższa”. Zastąpienie pracy magisterskiej egzaminem oznaczałoby właściwie zmniejszenie możliwości studiowania. Studia byłyby studiami w mniejszym stopniu. Dorn mówi coś o rynku prac magisterskich. Niech się więc zajmie likwidacją tego rynku, zamiast likwidować prace. Skoro to jest jego jedyny argument, to trochę żałosne. Zniesienie prac magisterskich to także likwidacja seminariów magisterskich, czyli zmniejszenie godzin pracy profesorów, czyli mniejsze nakłady na szkolnictwo wyższe. Może tu szukać przyczyn? Uważam, że pisanie pracy magisterskiej to jest sedno studiów, a nie jakiś egzamin. Z egzaminami to bardzo różnie bywa. Egzamin nie nauczy studenta pracy ze źródłem. Nie nauczy go wyciągania wniosków, myślenia, pisania pracy naukowej i w ogóle pisania. Po prostu nie rozwinie go. Studia to nie tylko wiedza, to też badanie i umiejętności. A co ze studentami trzeciego stopnia, czyli doktorantami? Jeśli nie nabędą podczas studiów magisterskich umiejętności pisania pracy naukowej, to praca doktorska najczęściej będzie ich pierwszą większą pracą. Tym samym prace doktorskie będą po prostu słabsze, a tytuł doktora mniej, powiedzmy, prestiżowy, poważany.

Jeżeli chodzi o prace licencjackie, to nie jestem tak zasadniczy, bo pisanie pracy po to, żeby za dwa lata napisać drugą (chociaż czeka to oczywiście tylko tych licencjatów, którzy podejmą studia magisterskie), może wydać się niedobre. Z drugiej jednak strony ci, którzy zechcą zakończyć studia na licencjacie nie pisaliby pracy wcale, czego, jak to już napisałem, nie popieram. Jeżeli mam się opowiedzieć po którejś stronie, to mówię: Niech zostaną te prace.

Manifestacja i kontrmanifestacja.

Przypadkiem, włócząc się po mieście, trafiłem dzisiaj na jakąś manifestację feministek. Na prześcieradle przeczytałem: “Dość piekła kobiet”. Stała jakaś grupka kobiet i trzymały takie tam różne rzeczy z hasłami swoimi. Otaczała je straż miejska, trochę przechodniów się zatrzymało i patrzyło. Wstąpiłem do księgarni, ale nie mieli Dudka, więc wyszedłem zaraz. Na zewnątrz jakieś krzyki. Nie wiedziałem skąd, ale po chwili zauważyłem kontrmanifestację Narodowego Odrodzenia Polski. Oprócz kilku “narodowców”, obóz ten stanowiła powiększająca się grupka zamaskowanych szalikami męt (ale ja ich nie oceniam!). Tych już oddzielał poważniej wyglądający kordon policji, nie straż miejska. Zaryzykowałem przejście obok tych zamaskowanych. Ale się nie zatrzymywałem, bo niejeden miał apetyt na mojego fullcapa, a ja też jednak wolałem pozostać jego posiadaczem, więc byłby tu pewien konflikt interesów. W tym czasie od tych feministek przemówił taki feministyczny głos powitalny. Taki leniwy, pretensjonalny, przeciągający sylaby, obliczony na to, żeby trwać w nieprzerywalnym monologu. Jednym słowem, feministyczny. Powitał tych, którzy rozumieją i tych, którzy nie rozumieją. Widocznie ci obok musieli wziąć to ostatnie do siebie, bo zaczęli gwizdać i krzyczeć. Najlepsze było jak ci “narodowcy” zaczęli krzyczeć: “Precz z komuną!!”. Nie wiem, ja się przynajmniej nie domyśliłem, jaki związek był tej manifestacji feministek z komuną. Ale ogólnie spoko, że przynajmniej ktoś zakłócał  tych  zwolenników aborcji. Chociaż pewnie większość w tym obozie “narodowym” nie umiała tabliczki mnożenia (bo te męty zamaskowane), a co dopiero zrozumieć, o co chodziło. Od siebie dodam, że hasła typu: “Moje ciało, mój problem” to w kontekście aborcji debilizm. Czuje się zobligowany do obrony życia ludzkiego, dlatego aborcji mówię “NIE”.

Syndrom Polski. Paneuropejski podręcznik do historii.

Wspólnotę Europejską, a ściślej – przewodniczących jej Germanów dopadł syndrom Polski, czyli syndrom przeszłości. O tym, że europosłowie zajmują się samymi bzdurami to wiadomo, ale może zabrakło już im spraw typu: doradzenie odpowiedniej instytucji, ile procent tłuszczu powinno być w czymś tam. Zaczerpnęli więc zza Odry o wiele ciekawsze pole do działania, czyli historię. U nas historia ma się dobrze. Dziennikarze np. “Wprost” chyba już nie wychodzą z archiwów. Nie twierdzę, że nie należy zajmować się historią czy badać archiwaliów. Ale to powinni robić historycy a nie dziennikarze i politycy. Ale widać do zawodu historyka ciągnie ich niemiłosiernie. Raczej nie z zamiłowania a z chęci wywołania sensacji i instrumentalnego posługiwania się historią. Nie wiem, jaki mają cel Niemcy w tym, żeby przeforsować taki sam podręcznik do historii dla Unii Europejskiej, ale można się domyślać. “Polskie obozy”, naziści, którzy zmanipulowali naród niemiecki. Oczywiście naziści to według wykładni części (nie wiem jak dużej) Niemców, to ludzie, którym Niemcy nie przypisali narodowości, czyli tacy przybysze niewiadomo skąd. Bo o tym, że istnieją ludzie (narody) bez własnego państwa to wiemy. Ale o tym, że żyją ludzie niemający narodowości… Chyba że tych nazistów jakoś wychodowano, w jakichś miejscach odosobnionych, co sprawiło, że nie mieli narodowości. W różne rzeczy ludzie wierzą, ale ja mogę komuś, kto przyjmuje taką wykładnię, jedynie parsknąć śmiechem w twarz. Po drugie, ktoś i tak by musiał wychodować tych nieunarodowionych nazistów, więc wtedy ten ktoś byłby odpowiedzialny. Więc kto to? Tego nie mówią. Co do tego podręcznika paneuropejskiego – to sprawa jest niełatwa. Po pierwsze, ludzie z każdego kraju uczą się historii powszechnej, czyli najważniejszych wydarzeń w skali świata. Ale uczą się także historii swojego kraju. Polacy uczą się historii Polski, a Hiszpanie historii Hiszpanii. I pod tym względem nie da się napisać podręcznika dla wszystkich. Chyba że składałby się on z kilkudziesięciu tomów opisujących osobno dzieje każdego kraju. Oczywiste jest przecież, że dla Francuzów nie ma sensu uczenia się tego o historii Włoch, czego uczą się Włosi i na odwrót. Nie da się więć stworzyć takiego podręcznika dla wszystkich. Można ewentualnie stworzyć wspólny podręcznik do historii powszechnej, ale dodatkowo będą musiały istnieć podręczniki do historii poszczególnych krajów. Nie jest to może zły pomysł, ale należy się zastanowić, kto miałby zdecydować o zawartości podręcznika. Napewno najgorszy wariant to politycy. To byłby dopiero spektakl, aż nie chce mi się myśleć. Napisaniem takiego podręcznika do historii powszechnej zająć powinna sie komisja złożona z historyków wszystkich krajów unijnych. Fundamentalne znaczenie ma proporcjonalność – z każdego kraju musiałaby być wybrana taka sama liczba ekpertów. Członkowie tej komisji powinni być wybrani przez niezależne od nacisków rządów środowiska naukowe i wtedy możnaby spróbować. Napisanie takiego podręcznika nie byłoby łatwe, ale może udałoby się go stworzyć. Polacy mogliby uzyskać prawdę w podręczniku o spawach dotyczących obozów koncentracyjcyh i Zydów, ale równie dobrze efekt finalny mógłby być taki, że uczniowie (w tym jak najbardziej polscy) uczyliby się, że Polacy są winni holokaustu.

O politykach i dziennikarzach, czyli o grupach siebie wartych.

Nie ma potrzeby powtarzać po raz enty, że niektórzy ministrowie i posłowie z PiSu pomylili zawód polityka z zawodem historyka. Być może zapomnieli, co to w ogóle jest polityka, co znaczy to słowo. Pytam po co w ogóle ten raport o WSI? O Macierewiczu większość ma już zdanie wyrobione. Nie mam zamiarów czytać jego kolejnych chaotycznych “skrótów myślowych”. Jest jeszcze ten oszołomski elektorat, który za zaleceniem biznesmana Rydzyka, modli się za pomyślność dla Macierewiczowskich scen. Ale po co w ogóle robić jakieś raporty o WSI? Przecież już te służby zlikwidowali, więc niech się zaczną w końcu czymś na bieżąco zajmować. Bo jak tak dalej pójdzie, to za parę lat TA ekipa zostanie przez następną oskarżona o to, że nic nie zrobiła, gdy się źle robiło. Na domiar złego, będą dalsze części raportu. Ciekawe, czy PiS kiedyś stwierdzi, że to już koniec, że wszystko oczyścili, napisali, aresztowali, wymienili. Wątpię. Już mamy zapowiedź kolejnych raportów czy aneksów do raportu o WSI, więc gra trwa. PiS będzie regulował temperaturę w polityce, jak będzie to mu na rękę. Gnoza nadal będzie tylko dla rządu. PiS tak naprawdę nie chce skończyć z przeszłością, bo to oznaczałoby koniec z PiSem.

Ale winne są też media. Opublikowano raport, media do Wałęsy, ten od durniów, PiS do prokuratury, kamera znowu do Wałęsy. Pytają cały czas, co jeden sądzi o drugim, ten drugi ogląda to w telewizji, czyta w gazecie i w kolejnym dzienniku, przed kolejną kamerą się odgryza, grozi. I efekt jest taki, że “Wiadomości” zaczynają się od tego, co kto o kim powiedział i kto kogo i za co poda, czy nie poda do sądu. Chyba nie o to chodzi, żeby w ławach sejmowych było pusto, a parlamentarzyści siedzieli w sądach na procesach jeden przeciwko drugiemu, o to, kto ukradł Annie Walentynowicz gumę do żucia. A może właśnie o to chodzi…

Rząd jest zły tylko jako całość. Poszczególni ministrowie są kochani.

Sikorski nagle znalazł się na czwartym miejscu w sondażu, w którym pytano Polaków, na kogo zagłosowaliby w wyborach prezydenckich, gdyby wybory odbyły się w najbliższą niedzielę. Były MON wyprzedził nawet najbardziej opalonego członka rządu, ustępując tylko Tuskowi, Kaczyńskiemu i Borowskiemu. Po odejściu Dorna, wydawałoby się nielubianego ministra, Polska znowu stwierdziła, że Dorn OK, że wywalili go, że szkoda itd. W niepamięć poszły nieładne wypowiedzi ministra, który rzeczywiście swego czasu nie błyszczał. Wszystko, co złe mu zapomniano i ze współczuciem zastanawiano się, dlaczego doszło do jego dymisji. Mnie zastanawia, dlaczego Polacy, ci Polacy, którzy bardzo negowali rząd, nagle okazują taki żal, jakby stanowiska tracili ich najlepsi, ulubieni ministrowie. Trochę to dziwne, ale mam wrażenie, że chodzi tutaj o pewną skłonność, którą można przypisać wielu Polakom, nawet do tego stopnia, by stwierdzić, że jest to cecha narodowa. Tą cechą jest współczucie i gloryfikowanie przegranych. Jest ona tak silna, że przestaje się  liczyć nawet to, że taki Sikorski i Dorn byli członkami znienawidzonego rządu. Podobnie jest z faktem, że na swoich klęskach Polacy budują patriotyzm. Pewnie jakby Kaczyński odwołał wszystkich ministrów, to obserwując reakcje Polaków, opłakujących członków rządu, możnaby uznać ten rząd za najlepszy, jaki można było powołać. Z tym, że nigdy nie żałowanoby tego rządu jako całości, ale wzdychanoby za poszczególnymi jego członkami.

Nie nabieram się na “akcję Sikorski”

Na pożegnaniu Sikorskiego pompa jak rzadko. Media płaczą, blogi płaczą, jutrzejsze dzienniki płaczą. Tylko dlaczego? Nie wiem skąd nagle takie głosy poparcia dla Sikorskiego. Podkreślają one, że był to jedyny “światowy” członek rządu Kaczyńskiego; jedyny minister, którym można było sie pochwalić przed światem. Nie wiem dlaczego, ale mam takie wrażenie, że te wszystkie, nie wiadomo za co prawione komplementy, mają inny cel. Myślę, że pod tymi słodkimi opiniami na temat byłego MON kryje się chęć skrytykowania i pogrążenia braci Kaczyńskich. Nie pamiętam innej dymisji równie krytykowanej przez media i ogólnie społeczeństwo. Co niby takiego zrobił ten Sikorski, żeby tak go żałować? Może podziwiają go za to, że kształcił się na Zachodzie; za to, że zna “wielki swiat”; za to, że ma dobrą aparycję. Ale co on takiego zrobił jako MON? A co do jego wykształcenia i przygód z “wielkim światem”, to może warto przypomnieć jak do tego “wielkiego świata” się przedostał.

“Był przewodniczącym Uczniowskiego Komitetu Strajkowego podczas wydarzeń bydgoskich w marcu 1981 roku. W latach 1981-89 uchodźca polityczny w Wielkiej Brytanii.” (www.radeksikorski.pl)

Niech każdy interpretuje to jak chce. Według mnie to cwaniactwo – stanąć na czele jakiegoś tam strajku szkolnego, potem zwiać do Wielkiej Brytanii i tam jako uchodźca polityczny zacząć sobie nowe życie, podczas gdy nie tak banalni opozycjoniści mieli jeszcze kilka rzeczy do zrobienia w Polsce. A Sikorski studiował sobie w tym czasie na Oksfordzie, a potem pisał reportaże. Niezła “kariera”.

O degradacji generałów i ogólnie o PiSie

Politycy PiSu przygotowują ustawę, która ma zdegradować twórców stanu wojennego, generałów, którzy weszli wskład WRON: Jaruzelskiego, Kiszczaka, Siwickiego i Hermaszewskiego. Jak zwykle PiS musi mieć jakiś temat zastępczy, żeby tylko nie zająć się teraźniejszością. W sprawie lustracji zgadzam się – jest ona konieczna i to z niejednego powodu. Ale jaki ma sens zajmowanie się ustawami degradującymi emerytowanych generałów? Co to zmieni? Poza PiSem niewielu Polaków pewnie poczuje jakąkolwiek ulgę, a PiSowi i tak to nie starczy. Może na jakiś czas odetchną, ale to są ludzie skażeni nienawiścią i napewno po krótkim czasie wymyślą coś nowego. Przed Polską są ważniejsze sprawy niż to, czy Jaruzelski ma mieć tytuł generała czy nie. W sprawie tej ustawy zabierał głos Szczygło z Kancelarii Prezydenta, więc być może związany jest z tą ustawą prezydent. Proponowałbym, żeby zajął się raczej sprawami pracowników i wymuszeniem na pracodawcach przestrzegania praw pracowników, o którym to postulacie czytałem w jego programie wyborczym. Druga sprawa to to, że (jak akurat słusznie twierdzą Niesiołowski i Lepper) tego typami spraw powinien zajmować się sąd, a nie politycy. Powinien, jeżeli już ktoś musiałby, bo uważam, że nie należy wcale zajmować się degradacją generałów. Teraz PiS ich zdegraduje, a następny rząd może z powrotem przywróci im utracone stopnie. A jeszcze następny może znowu im odbierze, itd. Determinacja polskich polityków, a szczególnie PiSu jest tak silna, że nie przeszkodziłaby im nawet śmierć 84-letniego dzisiaj Jaruzelskiego. Nie zdziwiłbym się, gdyby głosowali nad tym w Sejmie nawet, gdyby Jaruzelski już nie żył. Co więcej, byłoby to według mnie prawdopodobne. Ale cóż, PiS musi mieć wroga. Jak systemy totalitarne. Hitler miał głównie Zydów, Związek Radziecki był pod tym względem o wiele gorszy. Tam “wrogiem ludu” mógł stać się każdy. PiS ma za wrogów właściwie nie tylko komunistów i postkomunistów, ale też ludzi typu Igora Chalupca, który zawinił tylko tym, że do stanowiska prezesa Orlenu doszedł wcześniej niż Kaczyńscy do władzy. I właśnie tą sprawę uważam za najbardziej absurdalną i bulwersującą w ostatnim czasie. Chalupiec nie stracił stanowiska ani za błędy, ani za przestępstwa jak np. korupcja, ani za choćby podejrzenie związku z UB czy SB. Stracił je dlatego, że zrobił karierę w III RP, co dla Kaczyńskich jest nie do zaakceptowania. Analogicznie można powiedzieć prawie wszystko. Dlaczego mamy uznawać doktoraty Kaczyńskich? Za komuny zrobili!

Polsko, kraju głupi.

W Bydgoszczy wpuścili na rynek jakąś lewą mąkę. Naukowcy z UKW przeprowadzili badania, z których wynika, że mąka zawiera toksyny mogące powodować problemy z nerkami, a nawet raka nerek. Wspaniałomyślni naukowcy nie podali jednak marki tej mąki. A niech się naród pochoruje! – myślą. Sanepid nic oficjalnie nie wie, sprawę zna z mediów i ma sprawę w… . Nie może się tym jeszcze zająć, bo … (i tutaj jakieś pierdoły). No to poczekajmy, aż się naród pochoruje. Polska służba zdrowia nie może się doczekać nowych pacjentów, szpitale puste, lekarze się nudzą i gdyby nie szansa, że przez tą lewą mąkę ludzie mogą zacząć chorować, to NFZ musiałby zwijać interes. Polsko.

O rewelacji TVP na temat raportu The Likwidator’a.

W “Wiadomościach” podali, że ich ekipie udało się dostać do raportu WSI, który ma być opublikowany za kilka dni.  Sensacja, że WSI próbowały zdobyć kontrolę nad mediami może i byłaby dla mnie sensacją, ale jakby kto inny był tym likwidatorem, a nie (polityczny) schizofrenik – Macierewicz. (Specjalnie napisałem “polityczny”, żeby zwrócić uwagę, że w naszym parlamencie się przyjęło, że jak się powie, że “polityczny”, to można bez lipy powiedzieć wszystko o wszystkich.). Nie mam zamiaru w ogóle przyjmować do wiadomości jakichkolwiek raportów Macierewicza. Za tą wypowiedź to i ja byłbym w tym raporcie jako wróg narodu (może gdzieś mnie jeszcze wciśnie na boku). A Wildstein jako dyrektor TVP to niby nie jest kontrola nad mediami? Tak jednotorowego myślenia, jakie reprezentuje ten cały PiS, to można pozazdrościć.

Legalize it, ale…

Jestem za legalizacją marihuany, bo skoro Bóg dał człowiekowi wolność, to niech człowiek ma wolność. Należałoby tylko wprowadzić ograniczenie sprzedaży do specjalnie określonych miejsc, gdzie wstęp byłby od 18 czy 21 lat, zakaz palenia w miejscach publicznych, no i może ograniczenie posiadania tychże liści tylko do określonej, niewielkiej ilości, albo nawet tylko w tych miejscach tudzież “palarniach”, o których w tym zdaniu wspomiałem. Rozwiązania mogą być różne, pewnie doskonalsze od tych zaproponowanych przeze mnie. Chcę zwrócić uwagę na to, jaki cel przyświeca mi w tych obwarowaniach. Chodzi o to, żeby zminimalizować szanse dotarcia tak zwanego siuwaksu (po co mam pisać “marihuany”, skoro to słowo ma tyle synonimów, ile przekleństw ma polski język) do osób, do których nie powinien dotrzeć – czyli do tych, za których myślą jeszcze inni, czyli do dzieci. Myślę, że to, co zastosował wobec nas Bóg, czyli wolną wolę bez ograniczeń, można nazwać liberalizmem liberalizmów. Jednak człowiek żyje w społeczeństwie, które organizuje się tak, by człowiek był nie tylko wolny, ale i bezpieczny. A to w parze nie idzie. Społeczeństwo ogranicza wolność człowieka po to, by zwiększyć bezpieczeństwo jego bliźnich. Jest to pewnego rodzaju umowa społeczna, której brak spowodowałby wysoce negatywne skutki. Wolność bez ogranczeń to brak bezpieczeństwa. Dobro jednostki często stoi w sprzeczności z dobrem ogółu. Zdaje się, że społeczeństwo, by utrzymać porządek społeczny i względne bezpieczeństwo, musi ograniczać ten Boży liberalizm, by prawidłowo funkcjonować. Jednakże, zalegalizowanie giboniwa [marihuany - przyp. autora] na ściśle określonych zasadach uwzględniających cel, o którym była mowa, to rzecz, którą jesteśmy smakoszom bata [marihuany - przyp. autora] winni.

Filozofia w szkołach

Za sprawą pomysłu wysuniętego przez Giertycha, zaczęła się w Polsce debata nad potrzebą wprowadzenia filozofii w szkołach. Osobiście, zgadzam się z tym, że filozofia powinna być przedmiotem w liceach. Wydaje mi sie, że człowiek, który kończy liceum, czyli zdobywa średnie wykształcenie, powinien mieć podstawową wiedzę o filozofii. Niby jest ona wpleciona w język polski, ale pewnie nie wszędzie i w zbyt małym wymiarze. Jeżeli chodzi o przydatność filozofii w życiu, to napewno nie jest ona mniej przydatna niż inne przedmioty. Nawet jeśli byłaby nauczana pobieżnie, w nienajlepszy sposób i przez nienajlepszych nauczycieli, to i tak warto. Ci, którym filozofia się spodoba, zaczną czytać sami. Niech ten przedmiot choćby zainteresuje część uczniów filozofią. Nie posługiwałbym się przytaczanym argumentem, że w Europie Zachodniej uczy się filozofii, a np. we Francji matura z tego przedmiotu jest obowiązkowa. Obecny poziom kulturowy na Zachodzie to jest dno i zamiast szukać tam wzorców, powinniśmy raczej znaleźć je w polskim szkolnictwie okresu międzywojennego. Jednak przy omawianiu tej kwestii przychodzi mi do głowy jeszcze inny problem. Potrzebna jest reforma, która doprowadziłaby do likwidacji większości liceów. W ich miejsce powinny powstać szkoły zawodowe i technika, bo coraz bardziej zwiększa się zapotrzebowanie na zawody, które zdobywa się po ukończenii tych szkół. Także dlatego, że licea są dzisiaj wypchane ludźmi, którzy nie powinni do nich trafiać, ale tych szkół jest tak dużo, że dostać się do jakiegoś tam liceum, to nie jest sztuka. I tym samym skończyć liceum to nie jest sztuka, bo poziom w większości jest taaaaki sobie. W tych liceach z dolnej półki wprowadzić filozofię, to tak jakby głuchy kupił sobie płytę z muzyką. Dlatego mój pogląd jest taki, że należy zwiększyć prestiż liceum i wtedy można wprowadzić do niego filozofię, łacinę, literaturę klasyczną.

Jak z tego wybrnąć?

http://www.zwoje-scrolls.com/zwoje44/text02p.htm
Zdaję sobie sprawę, że jest wigilijna noc. Kolację wigilijną, itp. mam już za sobą, więc – jak to rapował Ash: “Kiedy gwiazdy lśnią i jest cichy cały dom” – siadłem przed komputerem i zacząłem trochę szperać w internecie. Natknąłem się zupełnie przypadkiem na dwa bardzo ciekawe artykuły. Jeden z nich to ten, do którego łącze zamieściłem powyżej. Jest to tekst prezentujący 10 zasad, które według autora – Piotra Sztompki – “odnoszą się wprost do problemu lustracji i pozwalają łatwo odróżnić lustrację “dziką” od cywilizowanej.”. Zgadzam się z większością twierdzeń zawartych w artykule. Daleki jestem od prezentowania twardej opinii na temat lustracji. Niechętnie wypowiadam się na ten arcytrudny temat. Myślę, że lepiej nie formułować jakichś tez, gdy nie ma się wystarczającego przekonania, co do ich słuszności. Nie ma przecież konieczności prezentowania czy nawet posiadania jakiegokolwiek stanowiska w sprawie lustracji. No chyba, że jest się na przykład premierem, MSWiA, MS,… Jednak, chciałbym odnieść się do pewnej kwestii, co do której się z profesorem Sztompką nie zgadzam. Pisze on tak:

“Paradoksalnie, domniemani agenci, to także często ofiary systemu, czasów, w których żyli, presji, która przekroczyła ich odporność. Może zasługują choć trochę na współczucie, a nie tylko odwet.”

To już moim zdaniem przesada. Zdaję sobie sprawę, że miały miejsce różne okoliczności, wobec których jedni ulegali i dali się werbować. Jednak obok nich byli też ci, którzy znosili może i jeszcze gorsze próby bezpieki, nie dając się zwerbować nigdy. Ktoś może powiedzieć, że każdy człowiek jest w różnym stopniu silny, by przezwyciężyć tego typu rzeczy i nie dać się zwerbować, i że w takim razie nie powinno się oceniać wszystkich według tych samych kryteriów. Tego typu głosy znane są w nauce, ale nie uważam ich za słuszne. Analogicznie, są ludzie źli i dobrzy. Gdyby uznawać legitymację złych do czynienia zła, bo tacy właśnie są, nie moglibyśmy im nic zarzucić. Wytłumaczenie byłoby takie: przecież takimi zostali stworzeni. Mało tego, idąc dalej tym tokiem myślenia, nie moglibyśmy chwalić dobrych za ich dobroć, ponieważ takimi zostali stworzeni i nie ma w ich postępowaniu ich zasługi. Według mnie to absurd. Dlatego uważam, że wolno mieć negatywną opinię o pewnych służących bezpiece kapusiach, jak również pozytywną o tych, którzy złamać się nie dali. Mogę zgodzić się z profesorem Sztomką, że agenci byli ofiarami, jednak uzupełniając tę wypowiedź o dopełnienie – (ofiarami) własnej słabości. W zdaniu, które zacytowałem razi mnie także słowo “odwet”. Wskazywałoby ono, że to, co może spotkać ujawnionych agentów, będzie adekwatne do ich haniebnej działalności w PRL-u. Zauważmy do czego niejednokrotnie prowadziła działalność tajnych współpracowników. Zauważmy, jakie krzywdy oni wyrządzili ludziom, którzy mieli ich za przyjaciół. Czy ktoś mówi o podobnych skutkach lustracji?? Mało tego, śmiem twierdzić, że koniec PRL-u nie przyniósł końca szkodliwej działalności agentów i ich TW – tajnych współwinowajców.