Archiwum kategorii 'Społeczeństwo'

Absurd więzienia

Po przeczytaniu tytułu wpisu niektórzy mogli pomyśleć: wariat! libertyn! głupek! No to proszę najpierw przeczytać, co mam na ten temat do powiedzenia.

Jak wiadomo, jak ktoś zrobi coś, co państwo uzna za niepożądane i sprzeczne z jego legislacją (nie mylić z prawem), to państwo go umieszcza w, jak to mówią, zakładzie karnym. Generalnie, ludzie się wtedy cieszą, że “zbira zamknęli”. Ideologia państwowa tak przesiąknęła do umysłów ludzkich, że nawet poszkodowani przez ów zbira cieszą się. Dlaczego? Bo mówią, że zatryumfowała sprawiedliwość. Ideologia państwowa wypaczyła oczywiście również i to pojęcie, no bo gdzie tu sprawiedliwość? Dajmy na to, że ten “zbir” porwał czyjąś córkę i znęcał się nad nią fizycznie i psychicznie. Co to da rodzicom, że go zamkną? Jedynie zemstę, w żadnym razie sprawiedliwość. Żądza zemsty przesłania im nawet to, że wyrok sądu ich upokarza. Tak, upokarza, bo to między innymi oni będą płacić (podatki) za utrzymanie “zbira” w więzieniu. Zatem różnica między stanem sprzed wyroku, a stanem po wyroku jest taka, że stan na “przed wyrokiem” jest taki, że “zbir” dopuścił się agresji przeciwko córce tych ludzi, a stan “po wyroku” – “zbir” dopuścił się agresji przeciwko córce tych ludzi plus to, że od tego czasu będą łożyć na utrzymanie “zbira” w więzieniu. To się nazywa, że zwyciężyła sprawiedliwość. Jednak w takim wypadku zwycięża zemsta, bo powszechnie wiadomo, że “zbir” wolałby nie trafiać do więzienia, ale trafia. Dlatego realizuje się nie sprawiedliwość, a zemsta, czyli: “Ty nam zrobiłeś, co nam niemiłe, a teraz my ci tak zrobimy”. Fakt, że to  z ich pieniędzy jest niezauważony w ferworze zemsty.

A jak być powinno? Przede wszystkim należy powiedzieć, że sprawiedliwość, to nie zemsta. Sprawiedliwość w naszym przypadku to zadośćuczynienie. Jeśli przestępca dopuścił się agresji, powinno się go postawić przed sąd, ale nie ładować do więzienia, tylko zmusić do zadośćuczynienia. To on powinien płacić ofierze, a nie na odwrót. Wyrok powinien więc przewidywać zadośćuczynienie, a nie zemstę. Tylko poprzez działanie tego rodzaju można w ogóle próbować mówić o naprawieniu win i zadośćuczynieniu. W takiej sytucaji więzienie to jakaś koszmarna pomyłka.

Kościół i polityka

Moja parafia zaangażowała się ostatnio w politykę. Najpierw było to włączenie się w akcję Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej o Zmianie Ustawy z dnia 6 czerwca 1997 r. – Kodeks karny (Dz. U. Nr 88, poz. 553, z późn. zm.), znanego też pod poręczniejszą nazwą „Contrainvitro”, a teraz w kościele można było złożyć podpis pod obywatelską inicjatywą ustawodawcza, której celem jest ustanowienie święta Trzech Króli dniem wolnym od pracy. Kazań „politycznych” nie było. Liturgia swoją drogą, a polityka swoją.

Kościół „wtrącać” i „mieszać” się w politykę powinien. Wszystko jest polityczne, szczególnie w dzisiejszym świecie, zdominowanym przez omnipotentne państwo. Nie słyszałem głosów sprzeciwu wobec różnorakich, istniejących lobby. Dlaczego więc Kościołowi odmawia się prawa wywierania nacisków na państwo, po to, aby to państwo, regulujące zbyt wiele spraw, działało w jak największej zgodzie z jego nauką? Zupełnie mylne jest przekonanie, że Kościół powinien trzymać się od polityki z daleka. Więcej nawet, to jest niedorzeczne. Tak samo, jak niedorzeczna jest postawa klerka. Od polityki uciec się nie da. Wszystko jest polityczne. To, co prywatne, jest polityczne – jak mówią feministki i mają rację. Odbierając Kościołowi prawa głosu w kwestiach politycznych, ogranicza się go do sfery „nie z tego świata”. A Kościół jest z tego świata. Jest tu i teraz. Kościół to katolicy, którzy podobno w Polsce stanowią ponad 90 % społeczeństwa. Kościołowi nie może być obojętne, jakie jest prawo stanowione. I nie jest mu to obojętne, stąd katolicka nauka społeczna. W dodatku duchowni z reguły stosują się do cokolwiek kościelnej zasady niepopierania konkretnego ugrupowania politycznego i tak też powinno być.

Oczywiście z chęcią podpisałem się rękami i nogami pod inicjatywą przywrócenia Trzech Króli w poczet dni wolnych od pracy. Dlaczego w trzecie co do wagi święto kościelne mam kombinować jak się da, żeby zdołać znaleźć się na Mszy świętej? Zajęć nie kończę, jak się zwykle kończy pracę, czyli o 15, więc tym bardziej mi się to wszystko nie widzi. Argumenty, że Polskę nie stać na „kolejny dzień wolny od pracy” zachowajmy jako pamiątkę głupoty. Jeśli rzeczywiście Polska nie dałaby rady przetrwać, gdyby 6 stycznia z fabrycznych kominów nie poleciał dym, w szkołach nie zadzwonił dzwonek, a do przychodni nie przyszedłby spóźniony o godzinę, zaspany pan doktor, jest inne, jakże banalne rozwiązanie. Po prostu, kosztem jakiegoś wolnego dnia, ustanowić dniem wolnym 6 stycznia, bo ten dzień wolny od pracy być powinien.

A „in vitro”? Kościół jest, jak wiadomo, przeciwny hodowli człowieka, który czeka przed narodzinami w laboratoriach-poczekalniach, jedynych swoistych żłobkach, w których na darmo nasłuchiwać płaczu. Kościół jest contra „in vitro”. Nie może zgodzić się na hodowlę ludzi, tak jak w „Matrixie”. Demokratyczny styl myślenia, nakierowany na „dziś!”, „teraz!”, „natychmiast!” nie zauważa możliwych konsekwencji. Pokusy ulepszania człowieka przez naukowców mogą doprowadzić do wykształcenia się, jakby to nazwać, osobnej rasy, „superczłowieka”. W pewnym momencie decyzja na normalne zapłodnienie i urodzenie dziecka będzie być może oznaczać „skazanie” go na mniejszą odporność na choroby, mniejszą sprawność fizyczną, krótsze życie, mniej korzystny wygląd,… Miał być homo sovieticus, teraz ma być homo invitrus. Człowiek tymczasem ma być homo, hominis.

Cenzura Eronetu

Kiedyś w Internecie było OK, dziś nie za bardzo. Kiedyś Internet był bardziej wartościowy, to na pewno. Nie było tyle bzdur, to pewne. Ale już mi nawet nie chodzi o te bzdury typu “Ile zarabia ktoś tam” (nie napisze nazwiska, bo by jeszcze poprzez Google trafili tu ci, co nie chcą tu trafić). Chodzi mi głównie o erotykę. Kiedyś, jak ktoś chciał znaleźć w sieci erotykę czy pornografię, nie było problemu. Jaka jest więc różnica w porównaniu z dzisiaj, kiedy znalezienie stron porno nadal nie jest trudne? Główna różnica jest taka, że dzisiaj na erotykę trafia się w Internecie na każdym kroku, nawet szukając informacji o pogodzie. To jest zasadnicza różnica. Dziś najpopularniejsze portale internetowe emanują erotyką i seksem. Uważam, że właśnie jesteśmy świadkami zdominowania ogólnych najbardziej popularnych portali przez tematy erotyki i seksu. Temat: Gwiazda (znowu nie pisze, kto, j.w.) ma supermegawystrzałowo duże genitalia – kiedyś nie do spotkania na ogólnym portalu, dziś Interia pisze, rano o genitaliach piosenkarza, wieczorem o przyrodzeniu piłkarza. To tylko taki przykład, bo tematyka jest oczywiście nieco szersza. Na tych portalach pisze się również “poradniki” dla par. Wszystko ma sprawiać wrażenie, że ten, kto by nie przeczytał, straciłby niepowtarzalną możliwość zgłębienia tajemnej wiedzy. A więc nie wypada nie skorzystać. Czy cenzura w Internecie jest wskazana? Myślę, że tak. Cenzura obyczajowa, niekrępująca wolności słowa, a krępująca zniewalanie wolności ludzkiej. Wolnościowiec powie: “To zamach na wolność”. Ja, też z resztą wolnościowiec, powiem: “To obrona wolności myśli przed praniem mózgu”.

Aborcja, zmiana dyskursu; Jurek nie-radykał, a lewica-obłudnica!

Jak napisałem już w kiedyś, nie widzę żadnych powodów, by nazywać Marka Jurka radykałem. Ostatnio, przy okazji wyborów uzupełniających do Senatu, w których kandyduje Jurek, zaczęło się znów trochę o nim mówić i zapraszać go do mediów. W programie, który oglądałem, bardzo pochlebnie o Jurku wypowiedział się Stefan Niesiołowski. Etykietę radykała przypiął Jurkowi Ryszard Kalisz. No i znowu powtarza się moje pytanie ze wspomnianego wyżej tekstu: Dlaczego, do diabła, Jurek to radykał?! Kłamstwo powtarzane sto razy… Chyba na tym jedzie ta bezobyczajowa liberalna obyczajówka. Powtarzam to, co już napisałem – skoro w Polsce, kraju katolickim, uważa się człowieka, który jest za ochroną życia i ma w tej kwestii zdanie nieodbiegające od nauki Kościoła, za radykała… To jest coś nie tak! Dlatego, myślę, że to jest raczej wmawianie społeczeństwu przez te środowiska bezobyczajowej liberalnej obyczajówki, że Jurek to radykał. A z niego taki radykał, jak ze mnie ornitolog. Czyli nie jest z niego radykał.

Absurdem jest postawa lewicy w kwestii aborcji. Lewica – altruiści, bezinteresowny kolektyw, w którym też, a właściwie głównie, zwierzęta, planety wszystkie, woda pitna i niepitna, góry, lasy, rozpudy etc. Ale aborcja… Kto by tam się z lewicy interesował życiem człowieka?! Ważniejsze jest tzw. “prawo człowieka do decydowania o aborcji”. Tu jest właśnie ta obłuda lewicy – niby najpiękniejszej ideowo doktryny, która z krwią na rękach niesie świetlaną przyszłość Wszechświata.

Ostatnio miałem okazję wysłuchać ciekawego referatu na temat prawa naturalnego według Johna Finnisa. Filozof ten obok wielu bardzo ciekawych twierdzeń, wypowiada się też na temat aborcji. Proponuje on coś bardzo sensownego, czyli zmianę dyskursu dotyczącego aborcji. Zauważa, że w dyskursie tym, tkwiącym w nurcie liberalnym, dyskutuje się o aborcji tylko na pewnym poziomie – prawa do aborcji, albo braku prawa do aborcji. Finnis proponuje zmianę tego dyskursu na dyskurs nad substancją, co oznacza przeniesienie ciężaru dyskusji na kwestię, czy aborcja jest zła, czy jest dobra, zamiast dyskusji nad tym, czy ma się prawo do aborcji, czy nie. Finnis, jako przeciwnik aborcji, twierdzi też, że skoro nie jesteśmy w stanie określić dokładnie, kiedy rozwijające się w łonie matki życie można nazwać człowiekiem, należy przyjąć (i on tak przyjmuje), że żyjący człowiek pojawia się w momencie poczęcia. Jeżeli tak nie jest, twierdzi Finnis, to niech ci, którzy to mówią, udowodnią to. W ten sposób, w związku brakiem dowodów, kiedy należy uznać rozwijające się życie za człowieka, Finnis ciężarem znalezienia tych dowodów obarcza przeciwników twierdzenia, że życie ludzkie rozpoczyna się w momencie poczęcia. Rozumuje w stylu: Proszę bardzo, uważasz, że nie zabija się człowieka, tylko płód czy jak to nazwiesz, to udowodnij, kiedy zaczyna się człowiek.

Polacy i kapitalizm

Janusz Korwin-Mikke postawił na swoim blogu tezę, że poparcie PO wzrasta właśnie dlatego, że partia ta porzuciła swoje liberalne projekty. Ludzie zagłosowali na PO nie dlatego, że chcieli liberałów, a dlatego, że nie chcieli PiS. Zagłosowali na PO, pomimo jej liberalnych projektów. Teraz widząc, że było to tylko czcze gadanie, są uspokojeni i dlatego popierają Platformę. Wydaje się, że jest to teza trafna. Nawiasem mówiąc, gdyby przed wyborami PO zamiast udawać partię liberalną, przedstawiła prawdziwe swoje zamiary, mogłaby osiągnąć wynik jeszcze lepszy. Dlaczego? Bo istotnie, Polacy nie chcą kapitalizmu. Pozostaje zapytać, dlaczego.

W niespecjalnie dobrym artykule naukowym pt. “Liberalizm konserwatywny Unii Polityki Realnej” autorstwa Danuty Karnowskiej, który to artykuł został opublikowany w “Athenaeum” w nr. 14-15 (2006), autorka wyraża jakby pewne zdziwienie, że mimo wolnościowej tradycji i talentowi przedsiębiorczemu Polaków, UPR, będąca apologetą wolnego rynku, jest partią marginalną. Problem ten jednak nie jest głównym przedmiotem zainteresowania Karnowskiej, dlatego autorka pozostała jedynie na powyższym wniosku. Sprawa stosunku Polaków do liberalizmu ekonomicznego wymaga jednak kilku zdań komentarza. Wydaje się, że sedno sprawy świetnie oddaje Hans-Hermann Hoppe, filozof libertariański, w przedmowie do polskiego wydania swojej książki “Demokracja: bóg, który zawiódł”, o czym za chwilę. Powszechna jest opinia, że źródłem antyliberalnej (w zakresie gospodarki oczywiście) postawy dużej części naszego społeczeństwa jest mentalność ukształtowana w okresie Polski Ludowej oraz brak umiejętności i gotowości do wzięcia swojego życia w swoje ręce, co również wiąże się z oddziaływaniem socjalizmu. Poglądy te zapewne są słuszne, ale nie wyczerpują poruszonej kwestii. Hoppe, który nie jest pewnie w swoim zapatrywaniu odosobniony, uważa, że winę za uprzedzenia społeczeństwa polskiego względem kapitalizmu ponoszą politycy, którzy znaleźli się u steru władzy w czasach, gdy Polska paliła za sobą demoludowy most. Filozof wytyka politykom, że wraz ze swoimi – jak pisze – “totumfackimi” z poprzedniej nomenklatury zagarnęli znaczny procent narodowego majątku. W efekcie, biznes dostał się w ręce, delikatnie ujmując, nie najczystsze. Widząc to, społeczeństwo, dotknięte bezrobociem, nie wyrobiło sobie o wolnym rynku dobrego zdania. Wnioski Hansa-Hermana Hoppego są słuszne i nie należy ich pomijać w analizowaniu postaw polskiego społeczeństwa. Warto zadać sobie pytanie, co należy zrobić, by Polacy opowiedzieli się za liberalizacją gospodarki. Uważam, że nadzieja jest w tym, by próbować przekonać ich, że praktyki, którymi otwarto nową kartę naszej historii, więcej wspólnego miały z “czarnym rynkiem”, niż z wolnym rynkiem.

Liberalizm a mandaty za przekroczenie prędkości.

Zabrałem ostatnio głos w dyskusji na temat zasadności istnienia mandatów za przekroczenie prędkości i w ogóle na temat zasadności istnienia ograniczeń prędkości. Bodźcem do dyskusji był artykuł w “Najwyższym CZASIE!” donoszący, że Grzegorz Schetyna, MSW, proponował prywatyzację mandatów drogowych. Jednak, dyskusja dotknęła zagadnienia bardziej ogólnego. Toczyła się ona na stronie internetowej “Najwyższego CZASU!” i, co normalne, brali w niej udział entuzjaści myśli wolnościowej. Owa myśl wolnościowa jest określeniem chyba najpojemniejszym spośród wszystkich rodzajów myśli. Problem polega na tym, że wiele osób, uważających się, jak domniemam, za liberałów, jest innego przekonania politycznego. Akurat w odniesieniu do wspomnianej dyskusji, nie chodzi mi o liberałów socjalnych, czy socjoliberałów, bo założę się, że niejedna czytająca ten tekst osoba pomyślała, że piję do jakichś odchyleń lewicowych. Nie. Chociaż z drugiej strony to, do czego piję zaszufladkować jest trudno, a jest to anarchokapitalizm – radykalny odłam libertarianizmu. Otóż ci, którzy opowiadają się za zniesieniem ograniczeń prędkości i uważają się za liberałów, swoje przekonania sytuują błędnie, i zamiast czytać choćby nawet Roberta Nozicka, powinni przerzucić się na przykład na Murraya Rothbarda. Odwołując się do, ich zdaniem, racjonalnych (to słowo szczególne dla anarchokapitalistów, ale i ogólnie dla libertarian) argumentów przeciwko ograniczeniom prędkości, mijają się całkowicie z istotą klasycznego liberalizmu, który daje człowiekowi wolność zawsze wtedy, kiedy nie wynika z tego naruszenie wolności drugiego człowieka. A tak nie jest w przypadku ruchu drogowego. Chodzi o to, że ograniczenia prędkości i mandaty za niedostosowanie się do nich, jako takie, mają rację bytu, bo chronią innych ludzi, ich wolność. Jeżeli ktoś miałby swoją prywatną autostradę, po której jeździłby tylko sam jeden, to ograniczenia są niepotrzebne, bo miałby on takie samo prawo dbać o siebie jeżdżąc ostrożnie, jak i zabić się. Nie występowałoby ryzyko, że zabije kogoś innego. Ale na drodze, po której porusza się więcej niż jeden człowiek, takie ryzyko występuje. Nawet libertarianin, Nozick, pisał:

Moje prawo własności do mojego noża pozwala mi umieścić go, gdzie chcę, ale nie w twojej piersi.

Dlatego ci, którzy mówią na siebie liberałowie, a są za zniesieniem tych ograniczeń, nie są liberałami, bo, różne są punkty widzenia, ale ja twierdzę, że anarchokapitaliści to nie liberałowie.

“Społeczna percepcja konserwatyzmu i liberalizmu”

Dzięki temu, że otrzymuję na maila Newsletter’y od PTBRiO zetknąłem się z bardzo interesującym dla mnie badaniem, które przeprowadził znany wszystkim (choć wcale nie najlepszy w swoim fachu) instytut CBOS. Tytuł badania jest taki jak tytuł mojego wpisu, a komunikat z badań znaleźć można pod tym tym adresem.

“Warto jednak zauważyć, że ponad dwie piąte Polaków (43%) nie ma żadnych konkretnych skojarzeń ze słowem konserwatyzm, nie potrafi powiedzieć, co ono znaczy.”

Czy nie jest to kolejny argument w sprawie, o której pisałem jakiś czas temu (patrz: Znieśmy powszechne wybory)?

Podczas gdy ponad 60 proc. społeczeństwa popiera partie konserwatywne – np. PiS i PO, 43 proc. społeczeństwa nie wie, co to jest konserwatyzm. I nie są to raczej wyłącznie przeciwnicy konserwatyzmu. Chyba że te 43 proc., które nie wie – nie popiera, a 57 proc., które wie – jest za tymi partiami. Jakby nie było musi wyjść co najmniej 10 proc. tych, którzy nie mają pojęcia, co to jest konserwatyzm i jednocześnie popierają partie konserwatywne. Poza tym, jak czytamy w komunikacie: “Jedynie co dziesiąty badany (10%) określa własne poglądy jako konserwatywne”, a dalej: “Aż dwie trzecie respondentów określających się mianem liberałów (65%) deklaruje, że ma poglądy
antykonserwatywne.” Ciekawe w takim razie, dlaczego PiS i PO, LPR mają w sumie poparcie może i nawet 70 proc. społeczeństwa.

Po drugie, podczas, gdy filarem konserwatyzmu, obok tradycji, jest religia, komunikat pokazał, że tylko 4 proc. badanych wspomniało o wartościach moralnych i religijnych, mówiąc o rozumieniu przez nich słowa konserwatyzm.

20 proc. oceniających konserwatyzm negatywnie, powiązało go z uwstecznieniem się w poglądach. Tylko pogratulować intuicji.

Na przywołanie zasługuje również to zdanie: “Okazuje się, że słowo liberalizm jest niezrozumiałe dla znacznej części Polaków. Ponad połowa (52%) nie ma jednoznacznych i zarazem konkretnych skojarzeń z tym określeniem.”

Czytając:

“Natomiast ci, którym określenie liberał kojarzy się negatywnie, w znacznej mierze traktują liberalizm jako ogólnie coś złego (30%) (…).”

myślę nic innego jak to, że przejęli bezmyślnie to, co Kaczyński trąbił na okrągło podczas kampanii w 2005 r., czyli zestawienia – dobra Polska to Polska solidarna, zła Polska to Polska liberalna. Bo nie wiedzą , dlaczego liberalizm jest zły, wiedzą, że jest zły i tyle. Bo Kaczyński tak mówił, to tak jest.

Ostatni cytat, który uważam za warty przytoczenia:

“(…) z opinii badanych wynika, że na polskiej ocenie politycznej nie ma ugrupowania, które jawiłoby się jako konserwatywne zarazem liberalne. Według własnych przekonań respondentów, a tym bardziej według oceny poglądów poszczególnych partii politycznych konserwatyzm wiąże się antyliberalizmem, a liberalizm z antykonserwatyzmem”.

Też ładna ta opinia.

Pozostaje zadać sobie pytanie, czy jest sens próbować na siłę, sztucznie narzucać w Polsce model społeczeństwa obywatelskiego, podczas gdy Polacy nie mają w większości niezbędnej wiedzy, nie wykazują znajomości niezbędnych pojęć, bez których dyskurs publiczny wydaje się mocno upośledzony.

Dlaczego nazywacie go radykałem?

Słów, które zaraz Państwo przeczytacie, będę starał się dotrzymać. Mianowicie, nie mam zamiaru pisać o wydarzeniach politycznych aż do wyborów. Nie chcę sie po prostu paprać w tym gównie w czasie, kiedy śmierdzi najmocniej. Nie śledzę popisów politycznych – można ten czas spożytkować lepiej.

Chcę wspomnieć jeszcze o jednej sprawie, której dotyczy tytuł postu. Mam na myśli Marka Jurka. Usłyszeć można o nim, że jest radykałem. To mnie dziwi. Nie widzę ani jednego powodu, dla którego uznałbym nazwanie Jurka radykałem, uzasadnionym. Wiosną było o nim głośno, kiedy odszedł z PiS na znak protestu przeciwko decyzji posłów odnośnie ochrony życia poczętego. Otóż, jak wiadomo, Jurek był zwolennikiem zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Zdaje się, że to wtedy przypięto mu etykietę radykała. Jeżeli poglądy Jurka w kwestii aborcji były faktycznie powodem tego, że jego nazwisko musi być obecnie okraszone słowem “radykał”, to jest problem. Problem z Polakami, którzy postrzegając się w ponad 90-ciu proc. za katolików, za radykalne uważają poglądy, które są bezdyskusyjne i oczywiste w religii katolickiej. Warto się zastanowić, w którą stronę pójść. Bo jak można być katolikiem, nie akceptując katolicyzmu?

Koalicja PO-PiS, czy – tym bardziej – PiS-PO.

Na stronie internetowej “Dziennika” jest sonda: “Czy koalicja PO-PiS po wyborach jest realna?” Wyniki: “TAK” – 25%, “NIE” – 60%, “Trudno powiedzieć” -  9%, “Nie interesuje mnie to” – 5%.

Ciekawe, kogo teraz wybiorą, skoro już nie mają złudzeń, że koalicja PiS i PO jest realna. Bo zawsze było usprawiedliwianie się, że miała być koalicja i że Polacy bardzo na nią liczyli, a politycy ich oszukali. Takie usprawiedliwianie się, że to nie wyborcy są winni. Właściwie, moim zdaniem, nie są winni, więc nie mieli się co usprawiedliwiać. Lepszym słowem byłby tu “żal”. Większość społeczeństwa miała żal do polityków, że nie stworzyli pożądanej koalicji. Skoro więc Polacy wybrali PiS i PO z legitymacją do koalicji i z przekonaniem oraz więcej niż nadzieją, że ta koalicja powstanie, to dziś – w sytuacji, kiedy nie tylko obserwacja sceny politycznej, ale także sondaże przeprowadzane wśród społeczeństwa mówią, że koalicja PiS i PO jest nierealna – wynik wyborów, konsekwentnie, powinien być inny. A będzie tak samo – na pierwszych dwóch miejscach uplasują się te same partie co ostatnio. I koalicji znowu nie będzie. Dlatego, drogie społeczeństwo, proszę nie mieć potem żalu do polityków, że znowu nie ma koalicji, w którą sami nie wierzycie.

Ocena z religii i nie tylko.

Są takie momenty, kiedy wolę się zastanowić kilka razy, zanim utwierdzę się w swoim przekonaniu. Jest tak i tym razem, a chodzi o przedmiot religię. Biskupi mówią nie tylko jednym głosem, ale i jednym tonem (i to jakim). Dzisiaj słyszałem trzy wypowiedzi: Dziwisza, Pieronka, Głódzia. Spośród nich autorytetem jest dla mnie Pieronek, bo Głódzia nie trawię, a Dziwiszowi nie ufam. W związku z tym, że głos zabrał Pieronek, sprawa jest dla mnie już nie tak łatwa, jak zdawała się być, bo wiem, że mogę się mylić.

Zanim o istocie.

Zastanawiam się między innymi, dlaczego Kościół tak zdecydowanie i dosłownie natychmiastowo zareagował na wypowiedź Legutki, w której padły słowa nieprzychylne projektowi Giertycha co do wliczania oceny z religii do średniej ocen. A że zareagował natychmiastowo teraz to znaczy, że mógł zareagować również w sprawie Rydzyka – a nie zareagował. Ja bym nawet powiedział – schował głowę w piasek. Nie było komentarzy. A tutaj, proszę – hierarchowie sobie nie żałują… Czyżby duchowni mięli jakąś zasadę jak np. lekarze – że jeden nie może publicznie skrytykować drugiego? Nic nawet z tego, że Pieronek wypowiedział się w sprawie Rydzyka w sposób, który mnie uspokaja… bo po jakim czasie?

Wracając do istoty – religii w szkole, to nie rozumiem, o co ten hałas duchownych. Wszystko podpowiada mi, że ocena z religii wśród ocen liczących się do średniej to zły pomysł. Nie przywołuję argumentów takich jak lewica – że państwo jest laickie; że narzuca się obywatelom rzecz, która nie może być narzucona; że to jest sprzeczne z modelem państwa, itd. Moje argumenty raczej opierają się na rzeczywistej bezcelowości tego, że religia będzie wśród ocen wklepywanych do kalkulatora. To prawda, że wiedzę religijną można ocenić na równi z inną wiedzą. Jednak czy religia sprowadza się w szkole tylko do historii biblijnej? Jeśli tak, to dlaczego na świadectwie widnieje “religia/etyka”? Etyka jest w tym wypadku zamiennikiem dla niewierzących i innowierców. Jest to dowodem na to, że w założeniach przedmiotu religia jest nie tylko nauczanie historii biblijnej, ale coś więcej. Na religii uczy się również konkretnego postępowania. Postępowania, które ma być wpojone na całe życie i którego nie da się sprawdzić na klasówce; postępowania, którego nie wolno sprawdzać i oceniać, bo to nie jest rola nikogo z ludzi. Dlatego z religii/etyki nie powinno być oceny w ogóle. Jakoś nie słyszałem, żeby Chrystus po nauczaniu ludzi robił im kartkówki. I to chyba nie dlatego, że nie było jeszcze wtedy papieru. Albo wyobraźmy sobie, że dziecko ma rozwolnienie przed klasówką z religii, albo ma komisa z religii, albo powtarza klasę, bo ma lacza z religii. Poza tym, nie spodziewam się, żeby odtąd społeczeństwo się umoralniło, czy choćby zwiększyło wiedzę religijną. Na przykład z historii, z której ocena przecież liczy się do średniej, większość nie wie, co to na przykład odsiecz wiedeńska. Bo przecież jedyne i jakże przewspaniałe, przez wszystkich znane z daty (ba, dziennej nawet!) zwycięstwo Polski to bitwa pod Grunwaldem. I jakoś fakt, że historia zawsze się do średniej liczy nie wpływa na poprawę sytuacji i ogólnie – tępy jest nadal tępy – czy mu uwzględnią tą tępotę do średniej czy nie.

Kościół jest innego zdania, tylko nie bardzo słyszę jakieś argumenty. Może się mylę, ale, jak wyżej, argumentów duchownych nie słyszę, dlatego, jak dotąd, do dyspozycji mam tylko swoje.

Znieśmy powszechne wybory.

Jako dziecko byłem świadkiem – jak każdy – wielu rozmów na tematy polityczne. Właściwie trudno nazwać te tematy stricte politycznymi – to była zwykle, że tak powiem, “polityczna obyczajówka”. Nie obracałem się na salonach – już bliżej było mi do strzech, ale salony to na tyle niereprezentatywna mniejszość, że to, co słyszałem mogę uznać za najczęstszy sposób postrzegania polityki w Polsce. A zazwyczaj rozmowy sprowadzały się do bezpodstawnych zarzutów, nieustannego kompromitowania polityków, złej analizy wydarzeń, skupiania się na aferach, pomijania pozytywów, obwiniania za wszystko polityków. Szczególnym przypadkiem są kobiety, bo zdecydowana większość pań nie ma zielonego pojęcia o polityce. Nie wierzysz? To spytaj żonę, ciocię, siostrę, babcię, partnerkę np. o to, kto jest marszałkiem Sejmu (lepiej nie Senatu, bo się obrazi już na dobre). Wracając do rozmów przeciętnych Polaków o polityce – nikt nie rozmawia, czy Polska ma być socjalna, czy liberalna, konserwatywna czy liberalna. Nie ma mowy o – jednym słowem – przyszłości. Może i trudno się dziwić, bo żeby mówić o przyszłości, trzeba co nieco wiedzieć o przeszłości i opanować jakieś podstawy do dyskusji politycznej – a w Polsce świadomość historyczna i polityczna jest kulejąca na obie nogi. Jednak nabycie takiej świadomości wymaga pewnego nakładu sił, co jest szczególnie trudne, gdy nie ma się takowych zainteresowań. A mieć ich przecież nie trzeba. Sam nie interesuję się np. giełdą i małe mam o niej pojęcie. Dlatego nie wymagam od każdego interesowania się polityką. Domagam się czego innego – znieśmy powszechne wybory. Prawo wyborcze niech przysługuje tym, którzy zdadzą test sprawdzający niezbędną wiedzę polityczną – choćby taką, co to znaczy “lewica”, a co to znaczy “prawica” – bo tego to raczej sporo ludzi jeszcze nie wie. (Ewentualnie powiedzą, że lewica to Kwaśniewski a prawica to Wałęsa – co nie jest takie oczywiste). W ten sposób decyzje wyborcze Polaków mogą stać się mądrzejsze, bo bardziej świadome. Ponieważ wcale nie jest tak, że im większa frekwencja, tym lepiej. Wysoka frekwencja nie gwarantuje mądrego wyboru. Dobre wybory może gwarantować to, że pójdą zagłosować ludzie mądrzy, a głupi nie. Bo jeśli zagłosuje masa głupców i ludzi niemających pojęcia o polityce, i niech to będzie frekwencja nawet 80 proc., to mimo tak wysokiej frekwencji, wybór będzie pewnie gorszy niż w przypadku, gdyby głosowali tylko mądrzy, znający się na polityce – nawet gdyby miało to obniżyć frekwencję do np. 25%. Wmawia się nam, że frekwencja ma być wysoka. Wałęsa, odsetek obywateli, którzy wzięli udział w ostatnich wyborach, skomentował na gorąco: “Jestem wściekły! (…)”. A dlaczego? Bo ma głosować ślepa masa, którą łatwo jest omamić wynalazkom typu Lepper?

Autożałoba Polaków wskazana.

Niestety potwierdziło się to, o czym pisałem poprzednio. Narodowa żałoba ma być zdeptana. The Rolling Stones dają dziś koncert w Polsce i wbrew wcześniejszym planom, aby koncert zaczął się już po północy, kiedy żałoba się skończy, muzycy zagrają dzisiaj tj. w środę. Sonda na Interii, w której to sondzie wzięło dotychczas udział 1666 osób pokazuje, że aż 75 proc. tych, którzy wzięli udział w badaniu, chce koncertu. No i po co nam była ta trzydniowa żałoba, panie Prezydencie? W ten sposób ofiary zostaną upokorzone, bo podczas gdy telewizja nie nadaje komedii, nie odbywają się imprezy, flagi spuszczone są do połowy masztu, fałszywy spokój przerwą The Rolling Stones. I nie jest to wyłączna wina zespołu czy organizatorów. Po prostu oni wiedzą, że ludzie i tak przyjdą, bo wiedzą, że ta żałoba to od początku cyrk i nie odczuwają żadnej potrzeby refleksji i spokoju. Jednak summa summarum koncert nie powinien się odbyć. Mimo tego, że ta żałoba to szopka, to skoro już ta szopka jest, to niech by się ona skończyła bez tego koncertu.

PS.

Stan na godzinę 12:21 – w sondzie Interii wzięło już udział prawie 13 i pół tysiąca osób. Wynik nie drgnął.

Trudne słowa.

Nie chciałem pisać na ten temat, ale zmieniłem zdanie. Chodzi o tragiczny wypadek autokaru we Francji. Właściwie chodzi nie o sam wypadek, a o wydarzenia mu towarzyszące.

Jak zwykle przy okazji tragedii mam do czynienia z obłudą. Obłudą przede wszystkim dziennikarzy. Wiele dałbym, żeby zobaczyć, czy po wyjściu ze studia “Faktów” Pochanke jedzie do domu i płacze lub modli się za ofiary. Po tym, co zobaczyłem, myślę, że powinienem spodziewać się, że tak właśnie postąpi. Nie podoba mi się szum medialny wokół płaczących ludzi. Filmowanie, jak ludziom puszczają nerwy, filmowanie ich, jak nie wiedzą, co począć i co gorsza polowanie na takie momenty to nie jest misja mediów. Media to są hieny. Widziałem w materiale, jak kamerzysta biegł za kimś bliskim poszkodowanej osoby i zabiegając mu drogę gorączkowo coś mówił. To nie jest potrzebne.

Proszę sobie wyobrazić, jak czuć się musiał Lech Kaczyński modląc się na miejscu katastrofy, podczas tych wszystkich “pstryków” i błysków – bo te hieny nie dadzą człowiekowi spokoju nawet podczas modlitwy. Nie jest chyba możliwe skupienie się na modlitwie w takiej sytuacji. Po drugie, czy Lech Kaczyński rzeczywiście się modlił, czy tylko wykonał gest właśnie pod media? W tym drugim przypadku, błyski i hałas na pewno nie byłyby przeszkodą, a koniecznością.

Denerwuje mnie narzucanie przez media Polakom żałoby. W bardzo potrzebnym, nadal aktualnym i ostrzejszym od mojego felietonie Ziemkiewicza padły godne uwagi słowa:

Nikt nie jest w stanie aż tak się przejąć tragedią kogoś, o kim tylko słyszał. Owszem, możemy wykonać jakiś gest solidarności. Wpłacić na ofiary, pójść na mszę, spuścić flagi, powstrzymać się przez jeden dzień. Normalny człowiek współodczuwa z innymi i chce jakoś okazać swe współczucie. Jakimś gestem. To jest szczere, ale z natury rzeczy trwa chwilę.

To jest sedno. Rozdmuchiwanie tragedii służy tylko jej deptaniu. Za pomocą przesady niszczy się autentyczność, jak wiadomo – lepsze jest wrogiem dobrego. Te akcje medialne i wyczyny polityków są obłudne i upokarzają ofiary i ich bliskich. I trzeba zacząć o tym mówić głośno, bo ta narzucona nam poprawność polityczna może nas w końcu zdominować. Choć przyznaję, że więcej jest już głosów przeciw temu spektaklowi niż przy okazji ostatnich żałób narodowych. Dziś w “Wiadomościach” czy innych “Faktach” prowadząca powiedziała, że oficjalna żałoba trwa trzy dni, dalsza – we własnym zakresie. A przecież jeden dzień żałoby narodowej byłby najbardziej odpowiednim, godnym sposobem oddania hołdu ofiarom wypadku. Reszta jest obłudą, żałobą na siłę, która będzie zdeptana i zlekceważona, bo zdecydowana większość nie będzie zwracać na nią uwagi.

Absurdem jest przeznaczenie 100000 zł przez Premiera i 10000 zł przez Kancelarię Prezydenta dla rodzin ofiar. Cynicy mogą zacząć o dyskusji na temat korzystniejszej dla rodziny śmierci. Jak umierać, to w spektakularnym wypadku, dobrze jak za granicą. Rodzina ofiary, która zginęła przez weekendową trąbę powietrzną, nie ma co liczyć na chociaż tysiąc od Premiera i Kancelarii Prezydenta razem wziętych. Czemu on nie zginął na tej pielgrzymce? – ma się zastawiać rodzina ofiary?

Zobacz też:
http://motoryzacja.interia.pl/wiadomosci/bezpieczenstwo/news/za-tydzien-zginie-kolejnych-100-osob,948768
http://interia360.pl/polska/artykul/idiotyzm-narodowej-zaloby,228

Trochę na temat polskiej demokracji.

To jest Trackback do postu, a raczej małej wymiany zdań na Blogu Voltera (Czy PIS może wygrać następne wybory?)

Ja myślę, że naród nie wiedział, czym do końca będzie demokracja. Przywódcy “Solidarności” powielili komunistów – też zapowiedzieli swego rodzaju raj na Ziemi. Dlatego wielu ludzi twierdzi, że “S” ich oszukała, bo to nie tak miało być. Trudno się tym ludziom dziwić, bo nie znali systemu liberalnej demokracji, a jedynie ten babun językowy – demokrację ludową. No bo skoro demokracja to połączenie demos i kratos, czyli władza ludu, to demokracja ludowa to… ludowa władza ludu, czyli tautologia. Ale to tak na marginesie. Tęskniącą za “komuną” osobę zapytałem, dlaczego obalili socjalizm, skoro był dobry. Odpowiedziała mi, że “S” mówiła, że będzie lepiej (w sensie – jeszcze lepiej). Dlatego nie jest oczywista odpowiedź na pytanie, czy, gdyby w latach osiemdziesiątych społeczeństwo wiedziało, czym będzie w Polsce demokracja i miało możliwość wyboru ustroju, to, czy wybrałoby socjalizm czy demokrację. Jestem przekonany, że miażdżąca większość klas i warstw niższych wybrałaby socjalizm. Oczywiście sympatie ku tamtej epoce to nie wyłącznie domena klas i warstw niższych. Właściwie mój post sprowokowany został dyskusją ściśle polityczną, a ja raczej zabrnąłem w gospodarkę. Pod względem politycznym to chciałbym wierzyć, że polska demokracja jeszcze się dociera i że wraz z końcem tej dekady to docieranie się zakończy. Jeżeli już mowa o demokracji, to chciałbym też systemu prezydenckiego, jak w USA, dlatego, że Polska potrzebuje moim zdaniem silniejszych rządów. Niestety Polska ma to do siebie, że musi być trzymana za pysk Po prostu, im dalej na Wschód Europy, tym bardziej jest to potrzebne. Ostatnie europejskie monarchie (takie, w których rzeczywista władza należała do monarchy) upadły właśnie po wschodniej stronie kontynentu – w Austro-Węgrach, Niemczech, Rosji.

O pielęgniarkach strajkujących.

Decydują się na strajk, na zajęcie pomieszczenia w Kancelarii Premiera RP i skarżą się na warunki. Skarżą się, że nie mogą się umyć, że nie mają zapewnionej higieny, że śpią na (czy pod) gazetach. Ja się pytam: Do kogo one mają o to pretensje?! Niech jeszcze rozpoczną głodówkę, to wtedy będą płakać, że nie mają co jeść. To tak, jakbym poszedł na pielgrzymkę do Częstochowy i narzekał do Matki Boskiej, że mnie nogi bolą, że mam odciski, etc. Sprawa jest prosta. Decydujesz się na coś, to wiedz, z czym to się wiąże. Te pielęgniarki są żałosne. Jak się strajk znudził, to do domu, a nie pretensje do garbatych, że ich dzieci są proste.

Przeczytałem dziś ciekawy artykuł w “Press” z kwietnia 2006 (Ameryki tu nie odkrywam, może wszyscy czytali) o reklamach skierowanych do grupy wiekowej 18-24, do której nawiasem mówiąc się zaliczam. W tym oto artykule pt. “Top Target” Małgorzata Zgutka napisała sporo ciekawych rzeczy, przywołując też opinie innych. Artykuł traktuje głównie o strategii robienia reklam adresowanych do wspomnianej grupy wiekowej. Przyznam, że uogólniona analiza młodzieży jest moim zdaniem trafna. Chociaż, jak już kiedyś pisałem, nie lubię uogólniać w takich kwestiach klasyfikowania kogoś do danej grupy i opisywania. Ale nie o tym. To, co dla laika w sprawie metod robienia skutecznych reklam (czyli dla mnie) było zawsze oczywiste, to fakt, że reklama operująca jakimś slangiem (którego w dodatku nikt nie używa, a jednym z powodów jest to, że zanim zrobiono tą reklamę, to slang w tym czasie się zmienił 3 razy), jakimiś czapkami z daszkiem do tyłu, czy melodeklamowanie, że “wszystkie ziomki jedzą tylko lody Koral”, w kręgu 18-24-latków nie ma szans spotkać się z czymś innym niż wyszydzenie, czy zażenowanie. W tym artykule ta oczywistość była przedstawiona w miarę odkrywczo, co może być usprawiedliwione, ale też pokazuje mi, jak czasem niezrozumiała jest młodzież dla “dorosłych”.

W którymś z ubiegłorocznych numerów “Press” był też ciekawy wykres. Przedstawiał on odpowiedź na pytanie, w jakim stopniu dany sportowiec kojarzony jest z markami, które go sponsorują. Po pierwszych kilku nazwiskach, zakryłem dłonią wykres i próbowałem zgadnąć markę, która była najbardziej kojarzona ze sportowcem, jako marka go sponsorująca. Smiać mi się zachciało, kiedy doszło do Hołowczyca. Wykres przedstawiał, bez wyraźnej przewagi żadnej z nich, firmy typu Castrol, Dębica. Ja obstawiłem Lays, ale ku mojemu zdziwieniu Laysów nie było wcale…

Na koniec dzisiejszego postu, zamieszczam screena z mojej listy “Po wpisaniu tych fraz wyszukiwarki pokazały Twojego bloga”. Trochę się zastanawiałem, dlaczego po wpisaniu takiej frazy, wyświetlił się mój blog, ale co tam…

tyty

O braku altruizmu

W podręcznikach piszą, że potrzeba altruizmu jest jedną z podstawowych potrzeb człowieka. Czyżby? Ludzie bardziej przejmują się byle jakim katarkiem niż drugim człowiekiem. Swiat jest skąpany w próżności. Tylko “ja”,”mnie”, “mi”.

Oto kilka przykładów statusów z mojej listy w komunikatorze (nie specjalnie zebranych, ot tak właśnie z czasu, kiedy to piszę): “ta cisza prowadzi do nienawisci….zawsze tak jest :/”, “Everytime he call – I come… but this time I think about ME! “, “nie ważne z kim możesz być.ważne bez kogo nie potrafisz żyć”, “i co teraz? ;/”

Właściwie nie pamiętam, żeby ktoś był przygnębiony z powodu jakiegoś problemu drugiej osoby. Nie pamiętam, żeby ktoś martwił się o kogoś. Egocentryzm opanował człowieka. Jakaś moda nastała, żeby się nad sobą użalać. Jak ktoś nie ma na co się żalić, to wymyśla takie rzeczy, że w ogóle nic na to nie odpowiadam, bo mi sił brakuje. Internet to ich główne narzędzie. Proszę zajrzeć na stronę nlog.org (ciężko się ładuje, bo serwer pewnie ma migrenę od tych wynurzeń). Wytworzyło się tam specyficzne środowisko. Bo oprócz tego, że każdy z Blogowiczów jest, najdelikatniej mówiąc, egocentrykiem, to jednak nie brakuje tam wcale, oczywiście fałszywego, altruizmu. To jest jakieś towarzystwo wzajemnej adoracji. Piszą rzeczy typu: Dziś kupka już troszkę lepsza, ale brzuszek nadal boli:(((. Jak ktoś chce sobie poczytać, jaki człowiek umie być głupi, to polecam ten przyczółek. Z takich szerzej znanych w internecie person – “wielka” internetowa “gwiazda”, “diva” byś rzekł! (śmiech) – też ma swoje popisy na nlog.org. Przynajmniej kiedyś miała, ale pewnie nadal to kontynuuje. No bo kto by się oparł pokusie?! Skoro dziennie czytało ją pewnie z kilkaset osób. Już nie wspomnę o blogach samobójczych – to jest dopiero piękne! Sam Goethe mógłby się niejednego nauczyć. Ale pisać o tym można w nieskończoność… Chodzi mi o to, że ludzie zapomnieli o swoich bliźnich, o jakiejkolwiek formie nawet nie pomocy, ale choćby dostrzeżenia problemów drugiego człowieka. Nie sięgają dalej niż czubek własnego nosa. I o to krzyczę. Niech człowiek będzie choć trochę bardziej ludzki!

W ręce 10% Polaków trafia 70% PKB. W ręce 70% Polaków trafia 10% PKB. Natomiast w ręce 20% Polaków trafia 5% PKB -  to jest ta grupa wykluczonych.

Tak powiedział pewien profesor. Co jest nie tak?

Jeszcze o studentach.

W tej notce odnoszę się do komentarzy do wpisu Pismaku, czemu sam…

Moje porównanie z “dziwką” było oczywiście do pewnego kręgu dziennikarzy, nie do studentów.

Ogólnie uważa się studentów za w miarę jednolitą grupę, wpasowującą się w pewien styl bycia, mentalność. Jednak jest to definitywnie błędne rozumowanie. Na własnej skórze mam okazję przekonać się o tym, że studenci jednego kierunku niewiele moga mieć wspólnego ze studentami innego kierunku studiów. Mimo tego, że drażni mnie uogólnianie, ponieważ człowieka postrzegam raczej jako indywidualną jednostkę i nie kieruję się socjologicznymi schematami w postrzeganiu ludzi, to jestem przekonany o tym, że w pewnym stopniu osoby wybierające dany kierunek studiów, wpasowują się w pewien, mniej lub bardziej określony schemat. Zauważyłem to i mimo swojego indywidualistycznego podejścia do człowieka, uważam, że studenci danych kierunków charakteryzują się poniekąd podobieństwami (chociaż nie jest to totalne uogólnienie, a jedynie pewna tendencja). Jako jeden z wielu studentów studiujących nie po to, żeby za kasę rodziców móc przez kilka lat pobawić się w innym mieście, widzę tych, którzy na zajęcia chodzą tylko dla obecności i ani im w głowie, żeby cokolwiek z nich wynieść. Myślą tylko o imprezach i beztroskim życiu. Moja recepta jest prosta – ja takich ludzi po prostu olewam. Chociaż na jednym kierunku, który studiuję jest takich cwaniaczków zdecydowanie więcej niż na drugim – i żadnego zdziwienia tutaj nie ma, bo ten kierunek bardziej “cwaniakowaty” jest o 100% bardziej popularny wśród takich próżnych dzieci bogatych tatusiów, niż ten drugi kierunek. Akurat bardziej podoba mi się właśnie ten bardziej “cwaniakowaty”, na którym z resztą jest wielu bardzo wartościowych ludzi, jak ja to mówię – rasowych humanistów, chcących się rozwijać. Z wspomnianego przez eDa ostracyzmu niech sobie myślący student niewiele robi.

Idź za głosem serca, pierdol presję rówieśniczą. Ćwicz to co chcesz, nawet gdy kumple nie ćwiczą”.*

*Peja, W Konwencji rap, [w:] Zipera – Druga strona medalu, 2004, Prosto Records.

śmieszny kurs. PRL nie tak obcy dziś.

Rozbroiła mnie dzisiejsza informacja o tym, że w którymś ze szpitali lekarze są uczeni przez policjantów, dlaczego nie wolno przyjmować łapówek. Zorganizowano w tym celu specjalne szkolenie. To jest śmiechu warte. Uczyć to można narkomanów, żeby nie korzystali z tych samych strzykawek, co ich koledzy po fachu. Ale policja w tym kraju uczy moralności lekarzy?! Dla dorosłych ludzi policja organizuje szkolenia, żeby nie brali łapówek?! To co, oni nie wiedzą, że to jest niemoralne, że to jest złe?? To jest absurd. Ostatnio jedną z mód jest moda na różne płyty, dodatki do gazet i książki o PRL. Ale się nabijają na okładkach, zachwalając te produkty w stylu: “Codzienne życie w PRL, życie pełne absurdów. Gwarantowana zabawa”. Warto tylko zwrócić uwagę na to, że dzisiaj to życie jest nie mniej absurdalne i wydaje się (tylko 3 lata żyłem za komuny, więc nie poczuwam się do ostatecznego wyrokowania) dla wielu ludzi bardziej brutalne od tamtego. Wobec tego razi mnie trochę (a co dopiero tych, którzy odczuwają to na własnej skórze), że tak się teraz wszyscy naigrawają z PRL-u, a jednocześnie nie zwracają uwagi na absurdy współczesne. Z wypaczeń przeszłości można się śmiać, ale spytaj świadków dnia dzisiejszego czy z powodu teraźniejszych paranoi jest im do śmiechu.

Pismaku, czemu sam nie zostałeś inżynierem?

Nudzą mnie już artykuły użalające się nad humanistami. Autorzy tych wypocin martwią się o mnie 100 razy bardziej niż moja matka. Nie znajdę pracy i w ogóle po co ja jestem, nie przydam się i ogólnie bez sensu. Nieźle muszą te pismaki w łapę dostawać od tych wszystkich Rockefellerów, że im się nie nudzi pisanie cały czas tego samego. Mówiąc dobitnie – rasowy humanista w dupie ma 10 tysięcy miesięcznie, bo w dupie ma ten pieprzony wyścig szczurów i ten pieprzony materializm. Jak ktoś idzie na studia np. na etnologię, to jest świadomy tego, że pracując w zawodzie, nie dorobi się raczej lexusa ani willi z basenem. Jest tego w pełni świadomy i – co najważniejsze – gówno go to obchodzi. To jest humanista. Pismaku, zrozum ten szczegół. Chyba, że go rozumiesz, tylko że piszesz tak przez ten hajs od Rockefellerów – to już co innego. I wtedy jesteś dowodem, że jak komuś hajs taki drogi, to nie musi być inżynierem, wystarczy że się sprzeda jak dziwka, jak ty.

Polak – katolik

“Polacy to religijni analfabeci

Tak wynika z badań, jakie dla “Newsweeka” przeprowadziła firma SMG/KRC.

Tylko 20 proc. osób, określających się jako wierzący katolicy, umie wymienić
dziesięć przykazań, a ponad 30 proc. nie zna żadnego. Jedynie 18 proc. potrafi podać imiona czterech ewangelistów, a prawie 43 proc. z tych, którzy określają się jak głęboko wierzący, jest zdania, że można wyspowiadać się z grzechu pierworodnego.
Polacy ciągle chętnie określają się mianem katolików, jednak ich wiara ma coraz mniej związków z nauką Kościoła. Coraz częściej staje się zbiorem
zupełnie prywatnych wyobrażeń.

* Sondaż przeprowadzono na reprezentatywnej próbie 1000 dorosłych Polaków.
Tekst i pełne wyniki badań w świątecznym numerze “Newsweeka”.
“(źródło: www.newsweek.pl)

Ja mam nadzieję, że ta wiadomość jest związana z prima aprile.

Manifestacja i kontrmanifestacja.

Przypadkiem, włócząc się po mieście, trafiłem dzisiaj na jakąś manifestację feministek. Na prześcieradle przeczytałem: “Dość piekła kobiet”. Stała jakaś grupka kobiet i trzymały takie tam różne rzeczy z hasłami swoimi. Otaczała je straż miejska, trochę przechodniów się zatrzymało i patrzyło. Wstąpiłem do księgarni, ale nie mieli Dudka, więc wyszedłem zaraz. Na zewnątrz jakieś krzyki. Nie wiedziałem skąd, ale po chwili zauważyłem kontrmanifestację Narodowego Odrodzenia Polski. Oprócz kilku “narodowców”, obóz ten stanowiła powiększająca się grupka zamaskowanych szalikami męt (ale ja ich nie oceniam!). Tych już oddzielał poważniej wyglądający kordon policji, nie straż miejska. Zaryzykowałem przejście obok tych zamaskowanych. Ale się nie zatrzymywałem, bo niejeden miał apetyt na mojego fullcapa, a ja też jednak wolałem pozostać jego posiadaczem, więc byłby tu pewien konflikt interesów. W tym czasie od tych feministek przemówił taki feministyczny głos powitalny. Taki leniwy, pretensjonalny, przeciągający sylaby, obliczony na to, żeby trwać w nieprzerywalnym monologu. Jednym słowem, feministyczny. Powitał tych, którzy rozumieją i tych, którzy nie rozumieją. Widocznie ci obok musieli wziąć to ostatnie do siebie, bo zaczęli gwizdać i krzyczeć. Najlepsze było jak ci “narodowcy” zaczęli krzyczeć: “Precz z komuną!!”. Nie wiem, ja się przynajmniej nie domyśliłem, jaki związek był tej manifestacji feministek z komuną. Ale ogólnie spoko, że przynajmniej ktoś zakłócał  tych  zwolenników aborcji. Chociaż pewnie większość w tym obozie “narodowym” nie umiała tabliczki mnożenia (bo te męty zamaskowane), a co dopiero zrozumieć, o co chodziło. Od siebie dodam, że hasła typu: “Moje ciało, mój problem” to w kontekście aborcji debilizm. Czuje się zobligowany do obrony życia ludzkiego, dlatego aborcji mówię “NIE”.

Syndrom Polski. Paneuropejski podręcznik do historii.

Wspólnotę Europejską, a ściślej – przewodniczących jej Germanów dopadł syndrom Polski, czyli syndrom przeszłości. O tym, że europosłowie zajmują się samymi bzdurami to wiadomo, ale może zabrakło już im spraw typu: doradzenie odpowiedniej instytucji, ile procent tłuszczu powinno być w czymś tam. Zaczerpnęli więc zza Odry o wiele ciekawsze pole do działania, czyli historię. U nas historia ma się dobrze. Dziennikarze np. “Wprost” chyba już nie wychodzą z archiwów. Nie twierdzę, że nie należy zajmować się historią czy badać archiwaliów. Ale to powinni robić historycy a nie dziennikarze i politycy. Ale widać do zawodu historyka ciągnie ich niemiłosiernie. Raczej nie z zamiłowania a z chęci wywołania sensacji i instrumentalnego posługiwania się historią. Nie wiem, jaki mają cel Niemcy w tym, żeby przeforsować taki sam podręcznik do historii dla Unii Europejskiej, ale można się domyślać. “Polskie obozy”, naziści, którzy zmanipulowali naród niemiecki. Oczywiście naziści to według wykładni części (nie wiem jak dużej) Niemców, to ludzie, którym Niemcy nie przypisali narodowości, czyli tacy przybysze niewiadomo skąd. Bo o tym, że istnieją ludzie (narody) bez własnego państwa to wiemy. Ale o tym, że żyją ludzie niemający narodowości… Chyba że tych nazistów jakoś wychodowano, w jakichś miejscach odosobnionych, co sprawiło, że nie mieli narodowości. W różne rzeczy ludzie wierzą, ale ja mogę komuś, kto przyjmuje taką wykładnię, jedynie parsknąć śmiechem w twarz. Po drugie, ktoś i tak by musiał wychodować tych nieunarodowionych nazistów, więc wtedy ten ktoś byłby odpowiedzialny. Więc kto to? Tego nie mówią. Co do tego podręcznika paneuropejskiego – to sprawa jest niełatwa. Po pierwsze, ludzie z każdego kraju uczą się historii powszechnej, czyli najważniejszych wydarzeń w skali świata. Ale uczą się także historii swojego kraju. Polacy uczą się historii Polski, a Hiszpanie historii Hiszpanii. I pod tym względem nie da się napisać podręcznika dla wszystkich. Chyba że składałby się on z kilkudziesięciu tomów opisujących osobno dzieje każdego kraju. Oczywiste jest przecież, że dla Francuzów nie ma sensu uczenia się tego o historii Włoch, czego uczą się Włosi i na odwrót. Nie da się więć stworzyć takiego podręcznika dla wszystkich. Można ewentualnie stworzyć wspólny podręcznik do historii powszechnej, ale dodatkowo będą musiały istnieć podręczniki do historii poszczególnych krajów. Nie jest to może zły pomysł, ale należy się zastanowić, kto miałby zdecydować o zawartości podręcznika. Napewno najgorszy wariant to politycy. To byłby dopiero spektakl, aż nie chce mi się myśleć. Napisaniem takiego podręcznika do historii powszechnej zająć powinna sie komisja złożona z historyków wszystkich krajów unijnych. Fundamentalne znaczenie ma proporcjonalność – z każdego kraju musiałaby być wybrana taka sama liczba ekpertów. Członkowie tej komisji powinni być wybrani przez niezależne od nacisków rządów środowiska naukowe i wtedy możnaby spróbować. Napisanie takiego podręcznika nie byłoby łatwe, ale może udałoby się go stworzyć. Polacy mogliby uzyskać prawdę w podręczniku o spawach dotyczących obozów koncentracyjcyh i Zydów, ale równie dobrze efekt finalny mógłby być taki, że uczniowie (w tym jak najbardziej polscy) uczyliby się, że Polacy są winni holokaustu.

O politykach i dziennikarzach, czyli o grupach siebie wartych.

Nie ma potrzeby powtarzać po raz enty, że niektórzy ministrowie i posłowie z PiSu pomylili zawód polityka z zawodem historyka. Być może zapomnieli, co to w ogóle jest polityka, co znaczy to słowo. Pytam po co w ogóle ten raport o WSI? O Macierewiczu większość ma już zdanie wyrobione. Nie mam zamiarów czytać jego kolejnych chaotycznych “skrótów myślowych”. Jest jeszcze ten oszołomski elektorat, który za zaleceniem biznesmana Rydzyka, modli się za pomyślność dla Macierewiczowskich scen. Ale po co w ogóle robić jakieś raporty o WSI? Przecież już te służby zlikwidowali, więc niech się zaczną w końcu czymś na bieżąco zajmować. Bo jak tak dalej pójdzie, to za parę lat TA ekipa zostanie przez następną oskarżona o to, że nic nie zrobiła, gdy się źle robiło. Na domiar złego, będą dalsze części raportu. Ciekawe, czy PiS kiedyś stwierdzi, że to już koniec, że wszystko oczyścili, napisali, aresztowali, wymienili. Wątpię. Już mamy zapowiedź kolejnych raportów czy aneksów do raportu o WSI, więc gra trwa. PiS będzie regulował temperaturę w polityce, jak będzie to mu na rękę. Gnoza nadal będzie tylko dla rządu. PiS tak naprawdę nie chce skończyć z przeszłością, bo to oznaczałoby koniec z PiSem.

Ale winne są też media. Opublikowano raport, media do Wałęsy, ten od durniów, PiS do prokuratury, kamera znowu do Wałęsy. Pytają cały czas, co jeden sądzi o drugim, ten drugi ogląda to w telewizji, czyta w gazecie i w kolejnym dzienniku, przed kolejną kamerą się odgryza, grozi. I efekt jest taki, że “Wiadomości” zaczynają się od tego, co kto o kim powiedział i kto kogo i za co poda, czy nie poda do sądu. Chyba nie o to chodzi, żeby w ławach sejmowych było pusto, a parlamentarzyści siedzieli w sądach na procesach jeden przeciwko drugiemu, o to, kto ukradł Annie Walentynowicz gumę do żucia. A może właśnie o to chodzi…

Rząd jest zły tylko jako całość. Poszczególni ministrowie są kochani.

Sikorski nagle znalazł się na czwartym miejscu w sondażu, w którym pytano Polaków, na kogo zagłosowaliby w wyborach prezydenckich, gdyby wybory odbyły się w najbliższą niedzielę. Były MON wyprzedził nawet najbardziej opalonego członka rządu, ustępując tylko Tuskowi, Kaczyńskiemu i Borowskiemu. Po odejściu Dorna, wydawałoby się nielubianego ministra, Polska znowu stwierdziła, że Dorn OK, że wywalili go, że szkoda itd. W niepamięć poszły nieładne wypowiedzi ministra, który rzeczywiście swego czasu nie błyszczał. Wszystko, co złe mu zapomniano i ze współczuciem zastanawiano się, dlaczego doszło do jego dymisji. Mnie zastanawia, dlaczego Polacy, ci Polacy, którzy bardzo negowali rząd, nagle okazują taki żal, jakby stanowiska tracili ich najlepsi, ulubieni ministrowie. Trochę to dziwne, ale mam wrażenie, że chodzi tutaj o pewną skłonność, którą można przypisać wielu Polakom, nawet do tego stopnia, by stwierdzić, że jest to cecha narodowa. Tą cechą jest współczucie i gloryfikowanie przegranych. Jest ona tak silna, że przestaje się  liczyć nawet to, że taki Sikorski i Dorn byli członkami znienawidzonego rządu. Podobnie jest z faktem, że na swoich klęskach Polacy budują patriotyzm. Pewnie jakby Kaczyński odwołał wszystkich ministrów, to obserwując reakcje Polaków, opłakujących członków rządu, możnaby uznać ten rząd za najlepszy, jaki można było powołać. Z tym, że nigdy nie żałowanoby tego rządu jako całości, ale wzdychanoby za poszczególnymi jego członkami.

Polsko, kraju głupi.

W Bydgoszczy wpuścili na rynek jakąś lewą mąkę. Naukowcy z UKW przeprowadzili badania, z których wynika, że mąka zawiera toksyny mogące powodować problemy z nerkami, a nawet raka nerek. Wspaniałomyślni naukowcy nie podali jednak marki tej mąki. A niech się naród pochoruje! – myślą. Sanepid nic oficjalnie nie wie, sprawę zna z mediów i ma sprawę w… . Nie może się tym jeszcze zająć, bo … (i tutaj jakieś pierdoły). No to poczekajmy, aż się naród pochoruje. Polska służba zdrowia nie może się doczekać nowych pacjentów, szpitale puste, lekarze się nudzą i gdyby nie szansa, że przez tą lewą mąkę ludzie mogą zacząć chorować, to NFZ musiałby zwijać interes. Polsko.

Prawdziwi zostaną.

Teraz mogę już powiedzieć: chyba się pomyliłem. Myślałem, że Kościół w Polsce, rozumiany jako wspólnota katolików, czeka kryzys. Dobrze znane są mi przykłady, kiedy ludzie zniechęceni instytucją Kościoła, odwracają się od wspólnoty Kościoła i zarazem od swojej religii. Nie przychodzi mi nic innego do głowy, jak tylko to, że ich wiara jest krucha. Silna wiara nie jest zachwiana przez trudności Kościoła, co więcej – trudno mi pojąć tych, którzy odrzucają wiarę ze względu na postawy jednostek, nawet gdy jednostką taką jest hierarcha kościelny. Dzisiaj święto Trzech Króli, kościół pełny. Fakty ostatnich dni jakby nieistotne, niewyczuwalne. Powinno się pamiętać, że należy oddzielić dwie sprawy. Pierwsza to prawo do posiadania własnego zdania, nawet bardzo krytycznego, na temat instytucji Kościoła. Natomiast druga to trwanie w wierze (co wymaga też pewnego rodzaju kontaktu z klerem), na co sytuacja w Kościele nie powinna mieć negatywnego wpływu. Myślę, że taka właśnie postawa ma w Kościele w Polsce wielką przewagę. Nie wieszczę więc kryzysu. Spodziewam się co prawda, że niektórzy odsuną się od Kościoła, ale dla większości z nich, zło w Kościele będzie pewnie tylko pretekstem. Prawdziwi zostaną.

Legalize it, ale…

Jestem za legalizacją marihuany, bo skoro Bóg dał człowiekowi wolność, to niech człowiek ma wolność. Należałoby tylko wprowadzić ograniczenie sprzedaży do specjalnie określonych miejsc, gdzie wstęp byłby od 18 czy 21 lat, zakaz palenia w miejscach publicznych, no i może ograniczenie posiadania tychże liści tylko do określonej, niewielkiej ilości, albo nawet tylko w tych miejscach tudzież “palarniach”, o których w tym zdaniu wspomiałem. Rozwiązania mogą być różne, pewnie doskonalsze od tych zaproponowanych przeze mnie. Chcę zwrócić uwagę na to, jaki cel przyświeca mi w tych obwarowaniach. Chodzi o to, żeby zminimalizować szanse dotarcia tak zwanego siuwaksu (po co mam pisać “marihuany”, skoro to słowo ma tyle synonimów, ile przekleństw ma polski język) do osób, do których nie powinien dotrzeć – czyli do tych, za których myślą jeszcze inni, czyli do dzieci. Myślę, że to, co zastosował wobec nas Bóg, czyli wolną wolę bez ograniczeń, można nazwać liberalizmem liberalizmów. Jednak człowiek żyje w społeczeństwie, które organizuje się tak, by człowiek był nie tylko wolny, ale i bezpieczny. A to w parze nie idzie. Społeczeństwo ogranicza wolność człowieka po to, by zwiększyć bezpieczeństwo jego bliźnich. Jest to pewnego rodzaju umowa społeczna, której brak spowodowałby wysoce negatywne skutki. Wolność bez ogranczeń to brak bezpieczeństwa. Dobro jednostki często stoi w sprzeczności z dobrem ogółu. Zdaje się, że społeczeństwo, by utrzymać porządek społeczny i względne bezpieczeństwo, musi ograniczać ten Boży liberalizm, by prawidłowo funkcjonować. Jednakże, zalegalizowanie giboniwa [marihuany - przyp. autora] na ściśle określonych zasadach uwzględniających cel, o którym była mowa, to rzecz, którą jesteśmy smakoszom bata [marihuany - przyp. autora] winni.

Filozofia w szkołach

Za sprawą pomysłu wysuniętego przez Giertycha, zaczęła się w Polsce debata nad potrzebą wprowadzenia filozofii w szkołach. Osobiście, zgadzam się z tym, że filozofia powinna być przedmiotem w liceach. Wydaje mi sie, że człowiek, który kończy liceum, czyli zdobywa średnie wykształcenie, powinien mieć podstawową wiedzę o filozofii. Niby jest ona wpleciona w język polski, ale pewnie nie wszędzie i w zbyt małym wymiarze. Jeżeli chodzi o przydatność filozofii w życiu, to napewno nie jest ona mniej przydatna niż inne przedmioty. Nawet jeśli byłaby nauczana pobieżnie, w nienajlepszy sposób i przez nienajlepszych nauczycieli, to i tak warto. Ci, którym filozofia się spodoba, zaczną czytać sami. Niech ten przedmiot choćby zainteresuje część uczniów filozofią. Nie posługiwałbym się przytaczanym argumentem, że w Europie Zachodniej uczy się filozofii, a np. we Francji matura z tego przedmiotu jest obowiązkowa. Obecny poziom kulturowy na Zachodzie to jest dno i zamiast szukać tam wzorców, powinniśmy raczej znaleźć je w polskim szkolnictwie okresu międzywojennego. Jednak przy omawianiu tej kwestii przychodzi mi do głowy jeszcze inny problem. Potrzebna jest reforma, która doprowadziłaby do likwidacji większości liceów. W ich miejsce powinny powstać szkoły zawodowe i technika, bo coraz bardziej zwiększa się zapotrzebowanie na zawody, które zdobywa się po ukończenii tych szkół. Także dlatego, że licea są dzisiaj wypchane ludźmi, którzy nie powinni do nich trafiać, ale tych szkół jest tak dużo, że dostać się do jakiegoś tam liceum, to nie jest sztuka. I tym samym skończyć liceum to nie jest sztuka, bo poziom w większości jest taaaaki sobie. W tych liceach z dolnej półki wprowadzić filozofię, to tak jakby głuchy kupił sobie płytę z muzyką. Dlatego mój pogląd jest taki, że należy zwiększyć prestiż liceum i wtedy można wprowadzić do niego filozofię, łacinę, literaturę klasyczną.

Jak z tego wybrnąć?

http://www.zwoje-scrolls.com/zwoje44/text02p.htm
Zdaję sobie sprawę, że jest wigilijna noc. Kolację wigilijną, itp. mam już za sobą, więc – jak to rapował Ash: “Kiedy gwiazdy lśnią i jest cichy cały dom” – siadłem przed komputerem i zacząłem trochę szperać w internecie. Natknąłem się zupełnie przypadkiem na dwa bardzo ciekawe artykuły. Jeden z nich to ten, do którego łącze zamieściłem powyżej. Jest to tekst prezentujący 10 zasad, które według autora – Piotra Sztompki – “odnoszą się wprost do problemu lustracji i pozwalają łatwo odróżnić lustrację “dziką” od cywilizowanej.”. Zgadzam się z większością twierdzeń zawartych w artykule. Daleki jestem od prezentowania twardej opinii na temat lustracji. Niechętnie wypowiadam się na ten arcytrudny temat. Myślę, że lepiej nie formułować jakichś tez, gdy nie ma się wystarczającego przekonania, co do ich słuszności. Nie ma przecież konieczności prezentowania czy nawet posiadania jakiegokolwiek stanowiska w sprawie lustracji. No chyba, że jest się na przykład premierem, MSWiA, MS,… Jednak, chciałbym odnieść się do pewnej kwestii, co do której się z profesorem Sztompką nie zgadzam. Pisze on tak:

“Paradoksalnie, domniemani agenci, to także często ofiary systemu, czasów, w których żyli, presji, która przekroczyła ich odporność. Może zasługują choć trochę na współczucie, a nie tylko odwet.”

To już moim zdaniem przesada. Zdaję sobie sprawę, że miały miejsce różne okoliczności, wobec których jedni ulegali i dali się werbować. Jednak obok nich byli też ci, którzy znosili może i jeszcze gorsze próby bezpieki, nie dając się zwerbować nigdy. Ktoś może powiedzieć, że każdy człowiek jest w różnym stopniu silny, by przezwyciężyć tego typu rzeczy i nie dać się zwerbować, i że w takim razie nie powinno się oceniać wszystkich według tych samych kryteriów. Tego typu głosy znane są w nauce, ale nie uważam ich za słuszne. Analogicznie, są ludzie źli i dobrzy. Gdyby uznawać legitymację złych do czynienia zła, bo tacy właśnie są, nie moglibyśmy im nic zarzucić. Wytłumaczenie byłoby takie: przecież takimi zostali stworzeni. Mało tego, idąc dalej tym tokiem myślenia, nie moglibyśmy chwalić dobrych za ich dobroć, ponieważ takimi zostali stworzeni i nie ma w ich postępowaniu ich zasługi. Według mnie to absurd. Dlatego uważam, że wolno mieć negatywną opinię o pewnych służących bezpiece kapusiach, jak również pozytywną o tych, którzy złamać się nie dali. Mogę zgodzić się z profesorem Sztomką, że agenci byli ofiarami, jednak uzupełniając tę wypowiedź o dopełnienie – (ofiarami) własnej słabości. W zdaniu, które zacytowałem razi mnie także słowo “odwet”. Wskazywałoby ono, że to, co może spotkać ujawnionych agentów, będzie adekwatne do ich haniebnej działalności w PRL-u. Zauważmy do czego niejednokrotnie prowadziła działalność tajnych współpracowników. Zauważmy, jakie krzywdy oni wyrządzili ludziom, którzy mieli ich za przyjaciół. Czy ktoś mówi o podobnych skutkach lustracji?? Mało tego, śmiem twierdzić, że koniec PRL-u nie przyniósł końca szkodliwej działalności agentów i ich TW – tajnych współwinowajców.

Początek. Boże Narodzenie.

Witam.

Na blogu tym będę dzielił się swoimi przemyśleniami na różne tematy. Nie mam zamiaru skupiać się na tym, co jadłem na obiad, ani zwierzać się w sprawach typu: zakochałem się w Mariolce. Nie będzie to blog intymno-powszechny. Nie będzie też pisany “pod publiczkę”.

Ciężko nie napisać czegoś odnoszącego się do świąt. W końcu wszyscy o nich pewnie myślą. Sprawa osobista jak kto i czy w ogóle je przeżywa w wymiarze religijnym. Nie o tym mowa. Może moje wrażenie są tylko moimi wrażeniami, ale jakoś pozytywnie widzę “gorączkę przedświąteczną” w tym roku. Nie zauważyłem tego charakterystycznego, komercyjnego przesytu, który widziałem nieraz w poprzednich latach. Telewizji nie oglądam, ale z tego co jednym okiem i uchem do mnie dociera, to chyba nie przeginają. Portale internetowe też jakoś w normie. Raczej wątpie, żeby tego przesytu rzeczywiście nie było, ale chociaż dobrze, że ja go nie widzę. Widać, że ludziom żyje się trochę lepiej. Wysatrczy spojrzeć na autobusy, które zaczynają przypominać towarowe a nie osobowe środki komunikacji. Ludzie z torbami, których objętość przekracza objętość ich właścicieli, to chyba najbardziej charakterystyczny obrazek ostatnich dni. Jakby to powiedział Jurek Kiler: “W sumie jest git.”. Trzeba tylko znaleźć jeszcze jakiś umiar w tych wszystkich przygotowaniach i zakupach, i pamiętać, że przecież te rzeczy są dla nas, a nie my dla nich.