Archiwum kategorii 'Szkoła'

Ocena z religii i nie tylko.

Są takie momenty, kiedy wolę się zastanowić kilka razy, zanim utwierdzę się w swoim przekonaniu. Jest tak i tym razem, a chodzi o przedmiot religię. Biskupi mówią nie tylko jednym głosem, ale i jednym tonem (i to jakim). Dzisiaj słyszałem trzy wypowiedzi: Dziwisza, Pieronka, Głódzia. Spośród nich autorytetem jest dla mnie Pieronek, bo Głódzia nie trawię, a Dziwiszowi nie ufam. W związku z tym, że głos zabrał Pieronek, sprawa jest dla mnie już nie tak łatwa, jak zdawała się być, bo wiem, że mogę się mylić.

Zanim o istocie.

Zastanawiam się między innymi, dlaczego Kościół tak zdecydowanie i dosłownie natychmiastowo zareagował na wypowiedź Legutki, w której padły słowa nieprzychylne projektowi Giertycha co do wliczania oceny z religii do średniej ocen. A że zareagował natychmiastowo teraz to znaczy, że mógł zareagować również w sprawie Rydzyka – a nie zareagował. Ja bym nawet powiedział – schował głowę w piasek. Nie było komentarzy. A tutaj, proszę – hierarchowie sobie nie żałują… Czyżby duchowni mięli jakąś zasadę jak np. lekarze – że jeden nie może publicznie skrytykować drugiego? Nic nawet z tego, że Pieronek wypowiedział się w sprawie Rydzyka w sposób, który mnie uspokaja… bo po jakim czasie?

Wracając do istoty – religii w szkole, to nie rozumiem, o co ten hałas duchownych. Wszystko podpowiada mi, że ocena z religii wśród ocen liczących się do średniej to zły pomysł. Nie przywołuję argumentów takich jak lewica – że państwo jest laickie; że narzuca się obywatelom rzecz, która nie może być narzucona; że to jest sprzeczne z modelem państwa, itd. Moje argumenty raczej opierają się na rzeczywistej bezcelowości tego, że religia będzie wśród ocen wklepywanych do kalkulatora. To prawda, że wiedzę religijną można ocenić na równi z inną wiedzą. Jednak czy religia sprowadza się w szkole tylko do historii biblijnej? Jeśli tak, to dlaczego na świadectwie widnieje “religia/etyka”? Etyka jest w tym wypadku zamiennikiem dla niewierzących i innowierców. Jest to dowodem na to, że w założeniach przedmiotu religia jest nie tylko nauczanie historii biblijnej, ale coś więcej. Na religii uczy się również konkretnego postępowania. Postępowania, które ma być wpojone na całe życie i którego nie da się sprawdzić na klasówce; postępowania, którego nie wolno sprawdzać i oceniać, bo to nie jest rola nikogo z ludzi. Dlatego z religii/etyki nie powinno być oceny w ogóle. Jakoś nie słyszałem, żeby Chrystus po nauczaniu ludzi robił im kartkówki. I to chyba nie dlatego, że nie było jeszcze wtedy papieru. Albo wyobraźmy sobie, że dziecko ma rozwolnienie przed klasówką z religii, albo ma komisa z religii, albo powtarza klasę, bo ma lacza z religii. Poza tym, nie spodziewam się, żeby odtąd społeczeństwo się umoralniło, czy choćby zwiększyło wiedzę religijną. Na przykład z historii, z której ocena przecież liczy się do średniej, większość nie wie, co to na przykład odsiecz wiedeńska. Bo przecież jedyne i jakże przewspaniałe, przez wszystkich znane z daty (ba, dziennej nawet!) zwycięstwo Polski to bitwa pod Grunwaldem. I jakoś fakt, że historia zawsze się do średniej liczy nie wpływa na poprawę sytuacji i ogólnie – tępy jest nadal tępy – czy mu uwzględnią tą tępotę do średniej czy nie.

Kościół jest innego zdania, tylko nie bardzo słyszę jakieś argumenty. Może się mylę, ale, jak wyżej, argumentów duchownych nie słyszę, dlatego, jak dotąd, do dyspozycji mam tylko swoje.

Jeszcze o studentach.

W tej notce odnoszę się do komentarzy do wpisu Pismaku, czemu sam…

Moje porównanie z “dziwką” było oczywiście do pewnego kręgu dziennikarzy, nie do studentów.

Ogólnie uważa się studentów za w miarę jednolitą grupę, wpasowującą się w pewien styl bycia, mentalność. Jednak jest to definitywnie błędne rozumowanie. Na własnej skórze mam okazję przekonać się o tym, że studenci jednego kierunku niewiele moga mieć wspólnego ze studentami innego kierunku studiów. Mimo tego, że drażni mnie uogólnianie, ponieważ człowieka postrzegam raczej jako indywidualną jednostkę i nie kieruję się socjologicznymi schematami w postrzeganiu ludzi, to jestem przekonany o tym, że w pewnym stopniu osoby wybierające dany kierunek studiów, wpasowują się w pewien, mniej lub bardziej określony schemat. Zauważyłem to i mimo swojego indywidualistycznego podejścia do człowieka, uważam, że studenci danych kierunków charakteryzują się poniekąd podobieństwami (chociaż nie jest to totalne uogólnienie, a jedynie pewna tendencja). Jako jeden z wielu studentów studiujących nie po to, żeby za kasę rodziców móc przez kilka lat pobawić się w innym mieście, widzę tych, którzy na zajęcia chodzą tylko dla obecności i ani im w głowie, żeby cokolwiek z nich wynieść. Myślą tylko o imprezach i beztroskim życiu. Moja recepta jest prosta – ja takich ludzi po prostu olewam. Chociaż na jednym kierunku, który studiuję jest takich cwaniaczków zdecydowanie więcej niż na drugim – i żadnego zdziwienia tutaj nie ma, bo ten kierunek bardziej “cwaniakowaty” jest o 100% bardziej popularny wśród takich próżnych dzieci bogatych tatusiów, niż ten drugi kierunek. Akurat bardziej podoba mi się właśnie ten bardziej “cwaniakowaty”, na którym z resztą jest wielu bardzo wartościowych ludzi, jak ja to mówię – rasowych humanistów, chcących się rozwijać. Z wspomnianego przez eDa ostracyzmu niech sobie myślący student niewiele robi.

Idź za głosem serca, pierdol presję rówieśniczą. Ćwicz to co chcesz, nawet gdy kumple nie ćwiczą”.*

*Peja, W Konwencji rap, [w:] Zipera – Druga strona medalu, 2004, Prosto Records.

Pismaku, czemu sam nie zostałeś inżynierem?

Nudzą mnie już artykuły użalające się nad humanistami. Autorzy tych wypocin martwią się o mnie 100 razy bardziej niż moja matka. Nie znajdę pracy i w ogóle po co ja jestem, nie przydam się i ogólnie bez sensu. Nieźle muszą te pismaki w łapę dostawać od tych wszystkich Rockefellerów, że im się nie nudzi pisanie cały czas tego samego. Mówiąc dobitnie – rasowy humanista w dupie ma 10 tysięcy miesięcznie, bo w dupie ma ten pieprzony wyścig szczurów i ten pieprzony materializm. Jak ktoś idzie na studia np. na etnologię, to jest świadomy tego, że pracując w zawodzie, nie dorobi się raczej lexusa ani willi z basenem. Jest tego w pełni świadomy i – co najważniejsze – gówno go to obchodzi. To jest humanista. Pismaku, zrozum ten szczegół. Chyba, że go rozumiesz, tylko że piszesz tak przez ten hajs od Rockefellerów – to już co innego. I wtedy jesteś dowodem, że jak komuś hajs taki drogi, to nie musi być inżynierem, wystarczy że się sprzeda jak dziwka, jak ty.

Czy praca magisterska ma zostać?

Od początku mam w tej sprawie jasne zdanie: chcę pisać pracę magisterską. Egzamin zamiast pracy to moim zdaniem obraza studenta. Studia stałyby się bardziej jak “wyższa szkoła niższa”. Zastąpienie pracy magisterskiej egzaminem oznaczałoby właściwie zmniejszenie możliwości studiowania. Studia byłyby studiami w mniejszym stopniu. Dorn mówi coś o rynku prac magisterskich. Niech się więc zajmie likwidacją tego rynku, zamiast likwidować prace. Skoro to jest jego jedyny argument, to trochę żałosne. Zniesienie prac magisterskich to także likwidacja seminariów magisterskich, czyli zmniejszenie godzin pracy profesorów, czyli mniejsze nakłady na szkolnictwo wyższe. Może tu szukać przyczyn? Uważam, że pisanie pracy magisterskiej to jest sedno studiów, a nie jakiś egzamin. Z egzaminami to bardzo różnie bywa. Egzamin nie nauczy studenta pracy ze źródłem. Nie nauczy go wyciągania wniosków, myślenia, pisania pracy naukowej i w ogóle pisania. Po prostu nie rozwinie go. Studia to nie tylko wiedza, to też badanie i umiejętności. A co ze studentami trzeciego stopnia, czyli doktorantami? Jeśli nie nabędą podczas studiów magisterskich umiejętności pisania pracy naukowej, to praca doktorska najczęściej będzie ich pierwszą większą pracą. Tym samym prace doktorskie będą po prostu słabsze, a tytuł doktora mniej, powiedzmy, prestiżowy, poważany.

Jeżeli chodzi o prace licencjackie, to nie jestem tak zasadniczy, bo pisanie pracy po to, żeby za dwa lata napisać drugą (chociaż czeka to oczywiście tylko tych licencjatów, którzy podejmą studia magisterskie), może wydać się niedobre. Z drugiej jednak strony ci, którzy zechcą zakończyć studia na licencjacie nie pisaliby pracy wcale, czego, jak to już napisałem, nie popieram. Jeżeli mam się opowiedzieć po którejś stronie, to mówię: Niech zostaną te prace.

Syndrom Polski. Paneuropejski podręcznik do historii.

Wspólnotę Europejską, a ściślej – przewodniczących jej Germanów dopadł syndrom Polski, czyli syndrom przeszłości. O tym, że europosłowie zajmują się samymi bzdurami to wiadomo, ale może zabrakło już im spraw typu: doradzenie odpowiedniej instytucji, ile procent tłuszczu powinno być w czymś tam. Zaczerpnęli więc zza Odry o wiele ciekawsze pole do działania, czyli historię. U nas historia ma się dobrze. Dziennikarze np. “Wprost” chyba już nie wychodzą z archiwów. Nie twierdzę, że nie należy zajmować się historią czy badać archiwaliów. Ale to powinni robić historycy a nie dziennikarze i politycy. Ale widać do zawodu historyka ciągnie ich niemiłosiernie. Raczej nie z zamiłowania a z chęci wywołania sensacji i instrumentalnego posługiwania się historią. Nie wiem, jaki mają cel Niemcy w tym, żeby przeforsować taki sam podręcznik do historii dla Unii Europejskiej, ale można się domyślać. “Polskie obozy”, naziści, którzy zmanipulowali naród niemiecki. Oczywiście naziści to według wykładni części (nie wiem jak dużej) Niemców, to ludzie, którym Niemcy nie przypisali narodowości, czyli tacy przybysze niewiadomo skąd. Bo o tym, że istnieją ludzie (narody) bez własnego państwa to wiemy. Ale o tym, że żyją ludzie niemający narodowości… Chyba że tych nazistów jakoś wychodowano, w jakichś miejscach odosobnionych, co sprawiło, że nie mieli narodowości. W różne rzeczy ludzie wierzą, ale ja mogę komuś, kto przyjmuje taką wykładnię, jedynie parsknąć śmiechem w twarz. Po drugie, ktoś i tak by musiał wychodować tych nieunarodowionych nazistów, więc wtedy ten ktoś byłby odpowiedzialny. Więc kto to? Tego nie mówią. Co do tego podręcznika paneuropejskiego – to sprawa jest niełatwa. Po pierwsze, ludzie z każdego kraju uczą się historii powszechnej, czyli najważniejszych wydarzeń w skali świata. Ale uczą się także historii swojego kraju. Polacy uczą się historii Polski, a Hiszpanie historii Hiszpanii. I pod tym względem nie da się napisać podręcznika dla wszystkich. Chyba że składałby się on z kilkudziesięciu tomów opisujących osobno dzieje każdego kraju. Oczywiste jest przecież, że dla Francuzów nie ma sensu uczenia się tego o historii Włoch, czego uczą się Włosi i na odwrót. Nie da się więć stworzyć takiego podręcznika dla wszystkich. Można ewentualnie stworzyć wspólny podręcznik do historii powszechnej, ale dodatkowo będą musiały istnieć podręczniki do historii poszczególnych krajów. Nie jest to może zły pomysł, ale należy się zastanowić, kto miałby zdecydować o zawartości podręcznika. Napewno najgorszy wariant to politycy. To byłby dopiero spektakl, aż nie chce mi się myśleć. Napisaniem takiego podręcznika do historii powszechnej zająć powinna sie komisja złożona z historyków wszystkich krajów unijnych. Fundamentalne znaczenie ma proporcjonalność – z każdego kraju musiałaby być wybrana taka sama liczba ekpertów. Członkowie tej komisji powinni być wybrani przez niezależne od nacisków rządów środowiska naukowe i wtedy możnaby spróbować. Napisanie takiego podręcznika nie byłoby łatwe, ale może udałoby się go stworzyć. Polacy mogliby uzyskać prawdę w podręczniku o spawach dotyczących obozów koncentracyjcyh i Zydów, ale równie dobrze efekt finalny mógłby być taki, że uczniowie (w tym jak najbardziej polscy) uczyliby się, że Polacy są winni holokaustu.

Filozofia w szkołach

Za sprawą pomysłu wysuniętego przez Giertycha, zaczęła się w Polsce debata nad potrzebą wprowadzenia filozofii w szkołach. Osobiście, zgadzam się z tym, że filozofia powinna być przedmiotem w liceach. Wydaje mi sie, że człowiek, który kończy liceum, czyli zdobywa średnie wykształcenie, powinien mieć podstawową wiedzę o filozofii. Niby jest ona wpleciona w język polski, ale pewnie nie wszędzie i w zbyt małym wymiarze. Jeżeli chodzi o przydatność filozofii w życiu, to napewno nie jest ona mniej przydatna niż inne przedmioty. Nawet jeśli byłaby nauczana pobieżnie, w nienajlepszy sposób i przez nienajlepszych nauczycieli, to i tak warto. Ci, którym filozofia się spodoba, zaczną czytać sami. Niech ten przedmiot choćby zainteresuje część uczniów filozofią. Nie posługiwałbym się przytaczanym argumentem, że w Europie Zachodniej uczy się filozofii, a np. we Francji matura z tego przedmiotu jest obowiązkowa. Obecny poziom kulturowy na Zachodzie to jest dno i zamiast szukać tam wzorców, powinniśmy raczej znaleźć je w polskim szkolnictwie okresu międzywojennego. Jednak przy omawianiu tej kwestii przychodzi mi do głowy jeszcze inny problem. Potrzebna jest reforma, która doprowadziłaby do likwidacji większości liceów. W ich miejsce powinny powstać szkoły zawodowe i technika, bo coraz bardziej zwiększa się zapotrzebowanie na zawody, które zdobywa się po ukończenii tych szkół. Także dlatego, że licea są dzisiaj wypchane ludźmi, którzy nie powinni do nich trafiać, ale tych szkół jest tak dużo, że dostać się do jakiegoś tam liceum, to nie jest sztuka. I tym samym skończyć liceum to nie jest sztuka, bo poziom w większości jest taaaaki sobie. W tych liceach z dolnej półki wprowadzić filozofię, to tak jakby głuchy kupił sobie płytę z muzyką. Dlatego mój pogląd jest taki, że należy zwiększyć prestiż liceum i wtedy można wprowadzić do niego filozofię, łacinę, literaturę klasyczną.